RSS
sobota, 26 lutego 2011
:(

No i mnie dopadło.
Po całym, intensywnym tygodniu, po udowadnianiu wszem i wobec, że bardziej jestem pierwszym niż drugim członem słowa nauczyciel-bibliotekarz - wzięło mnie.
Z nosa fontanny, w gardle ognisko, a w głowie napuchnięte trociny.
Do poniedziałku daleko, pracy dużo, a przyszły tydzień zapowiada się podobnie jak poprzedni, więc nawet jak się podkuruję, to może to nie mieć długotrwałych efektów.
I tylko koty się dziwią, że gadatliwa Owca przez cały dzień milczy, a jak już coś usiłuje powiedzieć, to raczej rzęzi. No cóż. Owca wymiękła.

Na osłodę, w oczekiwaniu na wiosnę i przy okazji zmiany nagłówka Pasionka zapodam letnią Latte.

 

21:30, ofczasta
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 lutego 2011
Przed poniedziałkiem i podsumowująco.

Wena mnie odeszła. Pewnie bawi na jakichś Bahamach wachlowana przez naoliwionego piętaszka podającego drinki z parasolką. Czyli zupełnie inaczej niż ja bym teraz chciała...

Futra
Śpią, albo jedzą. Albo śpią. Albo jedzą. I tak w kółko. Twierdząc, że to najlepsze sposoby na przeczekanie do wiosny.

Pasionek
Krótki urlop (ale tylko od pracy) dla Owcy i intensywny tydzień dla Barana. W interesach (czyli służbowo) byliśmy aż w G. 
NzM wraz z Zerrikanką zafundowali nam przejażkę na 1k km. Nie wiedziałam, że aż tyle potrafią. Kiedy wróciliśmy do domu nieco wykończeni, Duża Czarna wjechała do garażu ze zdziwieniem: "To już? Może gdzieś jeszcze pojedziemy?". Niesamowity samochód, niesamowity kierowca. Ja - pasażerka, widząc co inni "kierowcy" wyprawiają na drogach miałam dosyć już po godzinie, a nerwy napięte do granic możliwości przez cały dzień. 
Tak na marginesie stwierdzę tylko, że pewna stacja radiowa w godzinach 5-6:00 rano nadaje muzykę przerwaną jedną reklamą. Od godziny szóstej nadawane są reklamy (dokładnie co 15 minut, trwające 3-5 minut) przerywane czasem muzyką. Straszne to jest. Dobrze, że nie oglądam telewizji i tylko z opowiadań wiem, że tam z kolei reklamy przerywane są filmem.
Miasto powiatowe - G. wspominam z brakiem jakichkolwiek emocji. Byliśmy, zrobiliśmy co było trzeba i wróciliśmy do domu. I tyle.

Dzisiaj Międzynarodowy Dzień Fajczarza. Z tej okazji świętowaliśmy wraz z fajkomiłośnikami ze ŚKF. Było sympatycznie - jak zawsze. Odbył się też okolicznościowy turniej (palono tym razem flake'a), w którym NzM zajął drugie miejsce. Jestem jak zwykle dumna i blada. Baran, Ty wiesz co. :)  :*
Fociłam tym razem trochę ja, z tym że aparatem baranim, ustawionym na "auto" - chyba pierwszy raz w historii tego aparatu. Stwierdzę krótko - uwielbiam obiektyw "fish eye". :)

Książki
Teraz Pratchett. "Czarodzicielstwo" konkretnie. Moim zdaniem najsłabsza z dotychczas czytanych, chociaż genialna jak zawsze. Jeszcze jednak sporo do końca więc nie wydaję ostatecznego werdyktu. :)
W sobotę pierwszy raz w życiu przeczytałam też "Tomka w krainie kangurów". Nie wiem jakim cudem mnie ta lektura ominęła w czasach, kiedy powinnam była ją przeczytać. Przeczytałam jednak wczoraj, co ma bezpośredni związek z pomysłem, który być może uda mi się już w najbliższy piątek zrealizować.
Po lekturze stwierdziłam jednak z dużym zdziwieniem, że to nie jest książka dla mnie. Starzeję się. Nie mam nic przeciwko temu, ale wolałabym się nie starzeć w taki sposób - kiedy okazuje się, że książki dla dzieci i młodzieży  przestają mi się podobać. Pierwszy tom cyklu Szklarskiego, to dobra książka. Każdy powinien ją przeczytać. To klasyka powieści przygodowej dla młodzieży. I właśnie dlatego przede wszystkim w tym czasie swojego życia powinno sie ją czytać. Niekoniecznie później.
Przeczytałam też Wisłocką. Też pierwszy raz w życiu. Na tę książkę był to jednak jak najbardziej odpowiedni czas. I tytułem podsumowania powtórzę za autorką:
"Sztuka kochania jest przeznaczona przede wszystkim dla kobiet, ale i mężczyzna powinien ją przeczytać, żeby wiedzieć kim jest kobieta."

Filmy
Nic nowego, odgrzewane (ale jakie smaczne!) kotlety. Jesteśmy na etapie "Piratów z Karaibów" (zapomniałam jakie to jest fajne!), których z przyjemnośćią obejrzałam po raz kolejny, a także "Ocean's eleven" i "dwunastkę" też. Zdecydowanie uważam, że jest to film dla kobiet. :) Takiej ilości "ciastek" w jednym filmie nie ma chyba nigdzie indziej. Zdecydowanie polecam - genialnie się ogląda, a i treściowo - całkiem, całkiem.
A "premierowo" - czekam na Natalkę w "Czarnym łabędziu". Myślę, że będzie co oglądać.
No i oczywiście House. Mniam. Tylko dlaczego te odcinki trwają tylko ok. 4o minut?!

Tymczasem jutro trzeba będzie wrócić do pracowej rzeczywistości...

czwartek, 17 lutego 2011
=^..^= International Cat Day =^..^=

Tagi: Bii koty
12:55, ofczasta
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 lutego 2011
Owca i kubki.

Jakoś tak wyszło, że gromadzę kubki. Że jak ktoś nie wie czym mnie obdarować, to fakt wręczenia mi kubka z owcą lub kotem, prawie zawsze zaowocuje moim dzikim entuzjazmem.

Nie wszystkie kubki są warte kolekcji, nie są byle jakie i nie po to, "żeby były".
Dla mnie to Kubki Specjalne. Pamiętam historię każdego, pamiętam od kogo, w jakich okolicznościach i z jakiej okazji dostałam dany kubek.
Przeważają owcze i kocie oczywiście.

Niedawno okazało się, że kubki nie mieszczą się na półce w szafce. Nawet ustawiane w piramidki.
Co prawda - mam swoje ulubione, których użwam częściej, ale tak naprawdę częściej lub rzadziej wszystkie są w użyciu. Dlatego dostały ("ręcyma" NzM) swoje własne miejsce - wypasioną półeczkę (półeczki).

Miejsca jest oczywiście już ZA MAŁO. :) Część kubków (tych najrzadziej użwanych) pozostała w szafce, a kolejne już są "w drodze".

A "pewna firma na N", której kubki przeważają w moich zbiorach nieustaje w wypuszczaniu coraz to nowych serii (z owcami i kotami oczywiście)...

Tagi: koty Pasionek
14:02, ofczasta
Link Komentarze (4) »
środa, 09 lutego 2011
Aktywność nocna.

Po północy, kiedy już niczym para zombie, udajemy się z Baranem na spoczynek, kiedy na całym Pasionku zalega (niemal) idealna cisza, niektóre z naszych futrzastych panienek mają własne pomysły na to, jak spędzić noc.

Amber zaczyna na przykład głośno oznajmiać o tym, że upolowała myszkę/sponiewieranego szczurka z Ikei/grzechoczącą kuleczkę i że mamy przyjść ją pochwalić. Najlepiej natychmiast. Nie chcemy? Ale dlaczego? Skoro ona jest taka dzielna, mądra i łowna. Po dłuższym braku reakcji ze strony Dwunożnych, śliczna tricolorka uznaje, że nie jesteśmy godni jej uwagi i idzie spać.

Problemy egzystencjalne, uczuciowe, niewymowna ciężkość bytu, wszystkie problemy tego świata (i okolicznych też), albo po prostu zwykłe smuteczki dręczą też czasem Fil.
A ponieważ kocica ma „subtelny” głosik (i nie zniechęca się tak szybko, jak Amber) koncert zazwyczaj trwa dłuższą chwilę. Filemona nie da się ignorować. Można spróbować ją zawołać (przy czym musi się odezwać oboje Dwunożnych, bo Fil raz reaguje na wołanie Owcy, a raz na wołanie Barana – przy czym nigdy nie wiadomo na czyje będzie miała kaprys zareagować tym razem) i wtedy biegnie jak szalona przeskakując między szczeblami łóżka, odbijając się od mojego brzucha jak od trampoliny, po czym ląduje na NzM, udeptuje, mruczy jak traktor i radośnie obślinia wszystko dookoła ciesząc się, że jednak nie jest sama, samiuteńka w całym domu, po czym robi trzy zawijki na cześć bogini Bastet i układa się do snu. Czasami wołanie nie pomaga. Wtedy Baran wstaje, idzie po Filemona, tłumaczy, że Filemony się nie smucą, bo są dzielnymi i mądrymi kotkami, po czym odbywa się to wszystko, co wyżej napisałam z wyłączeniem dzikiego pędu i skoku między szczeblami.

Czasami o sile swojego głosu i zdolnościach perswazyjnych przypomina nam też Mała. Siada sobie na środku przedpokoju i zaczyna gadać. Miauczenie ma różną siłę i różne tonacje. Zazwyczaj ma miejsce „z powodu”, a często się zdarza, że bez powodu jest nawet ciekawiej. Królik więc siedzi i gada. Wołanie i zachęcanie, żeby udała się na spoczynek nie przynoszą efektu, pytania o powód zawodzenia też nie dają rezultatu. Można jedynie próbować zignorować Indyka (co nie jest możliwe, bo nawet jeśli jej gadanie nie jest głośne, to jest metodycznie… upierdliwe i nie da się spać) albo wstać (tu nie ma znaczenia kto wstanie) i zapytać co się stało. Wtedy Mała:
1) robi bęcka, przeuroczo się uśmiecha i twierdzi „O! Ty też nie śpisz! Właśnie tak sobie siedziałam i zastanawiałam się komu też się nudzi…”
2) stwierdza: „Nareszcie!” po czym pędzi do drzwi balkonowych, usiłując mnie przekonać, że wypuszczenie jej na balkon o pierwszej w nocy jest doskonałym pomysłem, a ja nie dostrzegam jego szeregu oczywistych zalet, lub też
3) dziwi się „O! Wstałaś/wstałeś! Wobec tego miziaj mnie po brzuszku/daj chrupki/otwórz drzwi na korytarz/rozmrucz mnie!”

Latte wydoroślała (przy okazji ubyło jej rozumu) i już jej przeszło (po ostatniej kolacji po prostu wchodzi pod wannę i wychodzi spod niej na śniadanie..), ale kiedyś jej ulubioną zabawą było skradanie się (Fil i Amber na przykład głośną tupią i doskonale wiadomo gdzie są i gdzie idą) do sypialni, stawanie u wezgłowia lub pod naszym łóżkiem i przeraźliwy, syjamski wrzask. Tak dla zabawy, żeby Dwunożni szybko i efektownie wyrwali się z uczty u Morfeusza.

W całym stadzie tylko Bii jest kotem, który ZAWSZE grzecznie idzie spać. Twardo upiera się, że będzie spała na pralce, a nie z nami. Po czym rano budzę się - zupełnie nieoczekiwanie – przygnieciona kłębuszkiem szylkretowego futra.

Na marginesie dodam, że gdy kocice mają fochy i tłuką się zawzięcie między sobą, a Fil rozdaje sprawiedliwe razy na prawo i lewo, to i tak zawsze ziemią niczyją, miejscem, w którym zawsze powiewa metaforyczna biała flaga (lub żółty ręcznik) jest łazienka. Szczególnie zimą, kiedy wszędzie jest chłodno (jeśli nie zimno), a łazienka jest jedynym w miarę ciepłym miejscem.
I tak: Latte można znaleźć pod wanną, Fil na swoim kocyku (na czujniku temperatury, bo tam jest najcieplej), czasem przytula się niej Amber (która też często śpi „rozrzucona” na ŚRODKU łazienki – biada temu, kto w nocy chce z łazienki skorzystać). Bii oczywiście układa się na pralce, po czym wkracza Mała i bada stan „miejscówek”. Pod wannę nie wejdzie, bo tam siedzi najgłupszy (według Indyka) kot świata. Na kocyku obok Fil jest jakoś NISKO, więc wskakuje na pralkę, obdarza Bii zniesmaczonym spojrzeniem „O, TY też tu jesteś…” po czym układa się do niej tyłkiem i zaczyna udawać, że już śpi.

Więc jak, JAK pytam, my mamy się wyspać mając taką piątkę pomysłowych futer w domu? :)

wtorek, 08 lutego 2011
Kot łowny.

Definicja obrazkowa. ;)

Tagi: fil koty
23:20, ofczasta
Link Komentarze (3) »
Zmęczenie materiału.

Przedwczoraj przekroczyłam masę krytyczną. Nie ma to nic wspólnego z masą ciała własnego (która, na szczęście, ciągle spada). Wybuch nastąpił, ale gdyby nie Ktoś, Kto potrafi zapanować nade mną i nad moją wyobraźnią - byłoby bardzo, bardzo ciężko.

Wczoraj pozostałe okoliczności przyrody dobiły mnie całkowicie i spowodowały zawieszenie, że tak informatycznie to ujmę. Dotrwałam tyle, ile było trzeba, po czym nastąpił reset (współudział dwóch tabletek od bólu głowy jest tutaj nie do przecenienia) wykończonego organizmu.

Po resecie mnie olśniło.
Decyzje zostały podjęte.
Częściowe zmiany już wprowadzono.
Ciąg dalszy nastąpi.

Tagi: Pasionek
10:32, ofczasta
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 lutego 2011
2xP czyli niezrealizowane zachcianki kulinarne.

Prawie 5 miesięcy temu, kiedy wróciłam już do domu i wcześniej, w czasie trwania „delegacji” (kiedy już przypomniałam sobie, jak to jest być Owcą) chodziły mi po głowie dwie rzeczy: kromka świeżego chleba z masłem i kefir. "Chodziły po głowie" to może nie jest dokładne określenie.
Ja pałałam dziką chęcią wchłonięcia tych pokarmów, najlepiej od razu. O ile w przypadku kefiru nic nie stawało na przeszkodzie, o tyle w przypadku świeżego chleba mogło być gorzej, ponieważ wyraźnie zalecono chleb czerstwy. Nie ma nic bardziej topornego dla owiec niż czerstwy chleb. Jeśli ktoś mi wmawia, że jest inaczej – najwyraźniej nie zna natury owczej. Ale! Do tej pory pamiętam smak tej mikroskopijnej kromeczki zrobionej przez NzM (tym lepsza) i nektaru, ambrozji wprost, którą okazał się kefir.

Drugą zachcianką kulinarną były pierogi. Własnoręcznie zagniatane przez Barana, ruskie, moje ulubione… I tak realizowałam powoli swoje zachcianki kulinarne, pilnie uważając żeby nie trafić znowu na „delegację”.

Nie wszystkie jednak.

Placki ziemniaczane.
Uwielbiam  - i co gorsze - jem bez opamiętania. NzM robi je w sposób nie nadający się do powtórzenia: są gumowate (takie lubię) a czasami chrupiące, niewielkie, z cebulką lub czosnkiem, lubczykiem… do tego kubek wspomnianego kefiru… eh, rozmarzyłam się. Nie jestem w stanie zjeść małej ilości takich placków (co byłoby rozwiązaniem dobrym), dlatego nie jem ich w ogóle.

Pączki.
Ale nie jakieś zwykłe, o nie. Takie pączki jak jedliśmy na wakacjach, nad morzem. Gorące, z nadzieniem takim, że to tej pory jak o nim myślę, to ślinianki ogłaszają nadprodukcję. Pączki były lukrowane, albo nie. W ich pulchnym wnętrzu miłośnik słodkości mógł znaleźć: płynny serek waniliowy, toffi (ale prawdziwe, a nie jakieś tam…), konfiturę różaną lub jagodową, wiśnie w syropie… I tak bez końca – chyba z piętnaście rodzajów pączków. W niedziele kolejki do budki z pączkami były większe niż do smażalni ryb.
Pączki te pozostaną jednak tylko w sferze owczych marzeń. :)

Cały post ma jedną, konkretną przyczynę. Wczoraj, nie pytając mnie o zdanie (a dlaczegóżby?) podarowano mi pączka. Pączek niestety (bo to nie wina obdarowującego) śmierdział na kilometr olejem z frytek. Chwilowo więc mi przeszła ochota na pączki. Jakiekolwiek.

Ciekawe kto i dlaczego obrzydzi mi placki.













Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie: