RSS
wtorek, 30 listopada 2010
Ciąg dalszy.

Zima. Mam tylko jeden (gigantyczny, przyznaję) powód żeby lubić tę porę roku, ale nawet on już nie wystarcza.

Tak teraz wygląda (za oknem, w kuchni) mój ulubiony wrzos.

No i jak można się było spodziewać dzisiaj był ciąg dalszy.
Totalny dzień świra (lub świrowcy jak kto woli).
Rano wyszłam z domu odpowiednio wcześniej, świadoma konieczności odkopania Fordki spod tego białego świństwa. NzM
stwierdził, że "jak mam pokrowiec to zajmie mi to chwilę". Tak więc moja chwila trwała 20 minut. Pokrowiec spełnił swoją rolę całkiem genialnie, ale to nie wystarczyło. Półmetrową zaspę musiałam zgarnąć tak, czy inaczej. Co było o tyleż zabawne, że wystrojona byłam jak stado owiec na otwarcie pastwiska (spotkanie z licealistami zobowiązuje), a niemal tarzałam się w śniegu do pasa. Sama radość. :/

Wykopałam Fordkę, odpaliłam, a ona wyskoczyła jak z procy przez te nieszczęsne zaspy. Dzielny samochodzik. Dzielny,
ale zamrożony. W drodze do pracy zastanawiałam się, czy odmrozi się zamek, czy też nie zamknę mojego autka w ogóle.
Może jutro już będzie lepiej, bo NzM posmarował uszczelki, poodmrażał zamki i napoił Fordkę płynem do -35 st.
Zobaczymy.

Nie lubię zimy. A od kiedy marzną mi kończyny niemal natychmiast po wyjściu z domu nie lubię jej jeszcze bardziej. To naprawdę nic fajnego. Zakładanie dzisiaj po południu pokrowca na Fordkę zajęło mi jakieś 10 minut. Czucie w palcach dłoni odzyskałam po jakiejś godzinie... Nie muszę wspominać, że gdy na termometrze pojawia się temperatura poniżej zera - ja ubieram dwie pary rękawic? (w tym jedne - narciarskie)

Ma ktoś może genialny pomysł na skuteczne "rozkrążenie" Owcy?

Pozytywne strony tej pogody są takie (jakieś podobno zawsze są), że już od jakiegoś czasu do podniebnej stołówki przylatują sikorki. A ostatnio zawitała nawet sójka. :) Wygoniliśmy z kuchni wszystkie futrzaste zainteresowane ornitologią pasjonatki (przesiadują na parapecie i "szczękają" do ptaszków) żeby jej nie przestraszyły. :)



I jedna z pasjonatek (Mała).

poniedziałek, 29 listopada 2010
White sh*t.

Zaczęło się.
Nie cierpię, nie znoszę, nienawidzę!
To nie są warunki do hodowli owiec!
Czy te owce wyglądają na zachwycone?

 

Owce nie lubią śniegu. Jest niesmaczny i mrozi kopytka.
A oprócz tego trzeba spod niego wykopywać Fordkę i przedzierać się przez zaspy.

Futra wyszły na balkon, stwierdziły, że się popsuł, zjadły śniadanie, obsiadły organizer na koty i czekają na wiosnę. Szkoda, że Owca z Baranem tak nie mogą.

Białe paskudztwo.

Zazwyczaj staram się skontakować z właścicielem blogu zanim dodam sznurek do ciekawych linków. Nie zawsze jest to jednak możliwe. Dlatego mam nadzieję, że jarrko nie będzie miał/a nic przeciwko linie z Pasionka do kociego blogu. :) Bo Czort jest cudny, a zdjęcia wypasione. :)

Tagi: koty Pasionek
09:37, ofczasta
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 22 listopada 2010
Jak się to wszystko zaczęło...?

Nie raz już odpowiadałam na to pytanie.
"Owco, dlaczego masz koty?"
Przede wszystkim - od zawsze chciałam mieć psa. Całe swoje lata jagnięce pałałam dziką pasją posiadania psa. Ponieważ w domu były tylko (przez jakiś czas) rybki odczuwałam wyjątkowo silny "głód" posiadania czegoś puchatego do rozpieszczania i opiekowania się. Co tu dużo mówić - uważam, że dziecko powinno wyrastać wśród zwierząt - szanując je i całą przyrodę. I co ciekawsze - nadal twierdzę, że zostawienie po sobie "śmiecia" na przykład w górach, może się źle dla śmiecącego skończyć.

Ale wracając do psa. Najpierw marzyłam o bernardynie (to pewnie pod wpływem filmu) potem był owczarek niemiecki (patrz nawias poprzedni), a potem trochę mniejsze rasy. Zawsze to jednak musiał być pies z prawdziwego zdarzenia, a nie cziłała tudzież york.

Gdy Baran był mały, to zawsze otaczały go jakieś zwierzęta. Były dwa psy, były i koty prawie "od zawsze". On wychowywał się w otoczeniu tego, o czym ja tylko marzyłam. :) I dlatego to, co ja znałam tylko teoretycznie - on wiedział bez problemu praktycznie, nie mówiąc już o intuicji. :)

Z czasem przyszła świadomość, że moje psie marzenie uda się zrealizować dopiero przy założeniu własnej rodziny. I już oczami wyobraźni widziałam tego golden retrievera broniącego nas przed złem tego świata. :) A potem poznałam Barana, a potem jego Mamę (chociaż jeśli chodzi o ścisłość, to kolejność była dokładnie odwrotna). Kiedy już okazało się, że mamy z Baranem zamiar założyć Pasionek, Mama Barana zapytała mnie: "Owco, a Ty w ogóle lubisz koty?". No lubię, pewnie, że lubię, dlaczego mam nie lubić - pomyślałam sobie. Dwa razy w swoim życiu zastygłam bez ruchu na godzinę, kiedy kot spał mi na kolanach, więc chyba lubię.

Po tym pytaniu (i odpowiedzi), bez zbędnych ceregieli, Baran włożył mi w ręce Łatka. Nie wiem kto był wtedy bardziej przerażony - ja czy Łat. Ja - bo to mały, dwumiesięczny kot, dopiero co wyrwany śmierci, jeszcze kośćmi dzwoni i JAK JA W OGÓLE MAM TĘ PUCHATĄ, DELIKATNĄ KULKĘ TRZYMAĆ? Łatek - bo pierwszy raz widzi Owcę, a ta z kolei kompletnie nie wie co z nim robić. Nie zapomnę tego wieczoru nigdy. :)

I z całą pewnością mogę powiedzieć, że miłości do kotów nauczyli mnie własnie oni dwoje: NzM i NzT. Jestem im bardzo wdzięczna, bo kiedy wreszcie do mnie dotarła ta oczywista prawda (że koty, to ja uwielbiam) - zaczęłam się zastanawiać jak ubogie było moje życie bez zwierząt.

W czasie tych (dokładnie dzisiaj mija) 8 lat, od kiedy założyliśmy z Baranem Pasionek, mieszkały z nami dwie papużki, kanarek oraz stadko myszy; mieliśmy też na przechowanie scynkę (lub scynka). Epizodyczną rolą zasłynął też wąż (również tymczasowo), ale nie jestem w stanie sobie w tej chwili przypomnieć jakiej rasy. :) Były gryzonie, było ptactwo. Brakuje jeszcze rybek, ale no cóż - krótko mówiąc - dopóki potencjalny nowy lokator Pasionka będzie mniejszy niż Bii, lub nie będzie w stanie się przed nią bronić - musimy sobie odpuścić.

A pies? No cóż, dotarła do mnie oczywista prawda, że jestem zbyt leniwa na psa i jestem zdecydowanie większą amatorką kocich istnień. Psy nadal bardzo lubię, ale podchodzę do nich z większą rezerwą niż kiedyś (kiedyś - pchałam łapy do każdego napotkanego psa), bo nie każdy pies lubi zapach nogawek moich spodni, na których Fil zostawiła swoje kłaki. :)

Lubię psy sąsiadów - wszystkie Lazarusy, lubię psy znajomych. Uwielbiam psicę A. - Bonnie. Tak mądrego, kochanego i niesamowitego psa nigdy nie spotkałam. Wiem, że trudno, żeby Owca nie lubiła Szetlanda, ale i tak. :) A gdyby kiedyś, lenistwo ze mnie uleciało, a Baran i nasze kocice nie mieliby nic przeciwko - miałabym o taką spanielkę. :D

Póki co - na Pasionku mamy Barana i Owcę, pięć puchatych futer oraz kolczastego Bolesława. I dokładnie takie życie sobie wymarzyłam. :)

Storczyk Z DZISIEJSZEJ OKAZJI, który cudem się ostał (chowany i usuwany z drogi Amberzycy). :)

Tagi: koty Pasionek
22:01, ofczasta
Link Komentarze (2) »
niedziela, 21 listopada 2010
W objęciach Morfeusza.

We wszelkich możliwych konstelacjach...

Mała (śpi na grze "Owczy pęd", na zdjęciach rtg Barana, a przede wszystkim - na półce między książkami)

Fil (słodka jak zawsze)

Sen syjam(s)ki

Tricolorka, jak zawsze, musi być oryginalna

Bii (na moim kapciu)

i bonus :) Amber i Fil.

kocice focił oczywiście NzM :)

sobota, 20 listopada 2010
Filmowo.

Ten weekend upływa nam w atmosferze kinomaniactwa (w czasie poprzedniego szaleliśmy z piłą łańcuchową i toporkami w ogródku). Wchłonęliśmy cztery całkiem niezłe filmy.

Na pierwszy ogień poszedł "Książę Persji - Piaski czasu". Bardzo fajny przygodowy film. Duża zasługa dwójki głównych bohaterów (chociaż na drugoplanowych też nie można narzekać) Jake Gyllenhaal cudnie napina bicepsy (dzięki czemu przestanę go wreszcie kojarzyć z Brokeback Mountain) i pląsa po perskich dachach, a Gemma Arterton słodko mruży oczęta i wywija szabelką - dzięki czemu wszyscy są zadowoleni. Miłe "wytopienie" czasu. Warto obejrzeć - poprawia humor i sympatycznie się ogląda.

 

"Duże dzieci". Jak wyżej. Zdecydowany poprawiacz humoru. Obsada interesująca - taki tłum komików w jednym filmie gwarantuje dobrą zabawę, chociaż "szału nie było". :) Miejscami bywa niestety prymitywnie (jak to w amerykańskich komediach), ale zanim oglądacz zdąży się zniesmaczyć - znowu robi się zabawnie. No i w epizodycznej roli - genialny jak zawsze - Steve Buscemi. :) Zdecydowanie polecam na listopadowy wieczór, głównie dlatego, że akcja filmu rozgrywa się lipcu.

"Wyspa tajemnic". To jedyny niewesoły, nieprzygodowy, niedisnejowski i kompletnie nieefekciarski film w tym zestawieniu. Daje do myślenia, ładnie buduje napięcie, świetne zdjęcia (światło!), plenery, no i Leo di Caprio. Nie powala jak w "Incepcji" czy "Infiltracji", nie jest to rola jego życia, ale przyjemnie - jak zawsze - widzieć go na ekranie. Jak na thriller psychologiczny - jest co oglądać. Polecam.

"Robin Hood". Przyznam, że zżerała mnie ciekawość - jak "gladiator" poradzi sobie z rolą Michael'a Praed'a (trzydziestolatkowie doskonale wiedzą o czym mówię - to serial z naszej młodości) tudzież Kevina Costnera (scena rozpraszania Robina przez Marion przeszła do historii mojej własnej kinematografii :) ). I poradził sobie całkiem nieźle - w końcu to film Ridleya Scotta. Musi być z rozmachem i dokładnie tak jest. Efektowne sceny batalistyczne, piękne plenery i rewelacyjna obsada. Galadriela w roli Marion też robi wrażenie. Ładny, widowiskowy film. Podobało mnie się. Zdecydowanie. :)

Tagi: filmy
23:43, ofczasta
Link Dodaj komentarz »
Hurma :)

Teraz, kiedy już jesteśmy w komplecie, znowu można wrócić na Pasionek. :)

Nie jest to, co prawda, blog kulinarny, ale przecież Dwunożni na Pasionku, też coś muszą jeść.
Odkryliśmy z Baranem ostatnio owoc persymony czyli kaki. Nie było to odkrycie przełomowe i godne wspomnienia w mediach, bo odkryła je przed nami M., to znaczy - kazała zjeść, bo "to dobre". :) No to zjedliśmy i okazało się, że to jest coś, co Owce lubią najbardziej. Bo morele są pycha, banany mogą być, jabłka bardzo rzadko, gruszki są yyy, a na dobre brzoskwinie już dawno nie trafiłam. No i okazało się, że persymona jest objawieniem. Jest słodka, ale nie mdła. Jest soczysta, ale sok nie cieknie po brodzie no i można zjeść w całości, chociaż skórkę i ogonek bym sobie darowała. ;)
Mam specyficzne podejście do wszelkiego rodzaju nowinek kulinarnych, a do owoców egzotycznych szczególnie. Zaczynam jednak teraz żałować wszystkich niezjedzonych kaki. Taka strata! :)

I pytanie: ile owoców kaki można kupić przy jednym podejściu, żeby nie zostać posądzonym o uzależnienie?

niedziela, 14 listopada 2010
Kocia literatura.

Wspominałam kiedyś o posiadanych przez nas książkach o kotach, czyli felinoliteraturze. :)
Wizualnie to będzie tak:

Na zdjęcia załapała się też (skromna) część mojej (znacznej) kolekcji kotów figurkowych i innych. Prawie wszystkie dostałam od NzM lub kupiłam sama, ale są też tutaj dwa koty od NzT - oba czarne i oba niezwykle eleganckie.

Osoby spostrzegawcze pewnie zauważą, że wśród kotów siedzi mysz z siana. :)

Przygotowujemy już z NzM listy świątecznych prezentów. To genialny pomysł jest i gorąco polecam takie rozwiązanie.
Ale wracając do list - tworzą się, a w mojej ma zamiar wystąpić, w jednej z głównych ról, owca zimowa. Owca zimowa ma różowe nauszniki i różową mufkę.

I w związku z tym wywiązała się krótka rozmowa między Baranem a mną.

Owca: Zobacz, jakie ona boskie te nauszniki! No i mufkę. Myślisz, że teraz jeszcze ktoś wie, co to jest mufka? Do czego służy?
Baran: Tak, Owco, pewnie ktoś wie. :)
Owca: No dobrze. A młodzież? Dzieci?
Baran: Owco, przecież jedno spojrzenie wystarczy, żeby młodzież stwierdziła, że "to jest taki wypasiony pojemnik na empetrójkę".

Bez komentarza. Ja wolę jednak żeby to była mufka. :)

Tagi: Pasionek
21:12, ofczasta
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 08 listopada 2010
Włóczkowe koty podbijają internet! :)

Zazwyczaj nie biorę udziału w takich zabawach z prostego powodu: w tych, w których kiedyś wzięłam udział nie udało mi się nigdy nic wygrać.
Ale tym razem nie omieszkam zareklamować wyrobów Sankowych za pośrednictwem Pasionka.
W końcu to wełniste koty. :) 

piątek, 05 listopada 2010
"All good people read good books"... and watch good films ;)

Czyli zła passa wreszcie się skończyła. Nie wątpię, że jeszcze nie raz trafię na kiszki zarówno literackie jak i filmowe - to w końcu ryzyko "czytacza" i "oglądacza". Mam tylko nadzieję, że nie będzie ich tak dużo, jak ostatnio.

W pierwszej kolejności będzie o książkach.
Jak pisałam wcześniej M. pożyczyła mi kilka "mastridów" (z ang. "must read") czym ujęła mnie ostatecznie - wyszłam
od niej wniebowizięta - z reklamówką książek. :) I w ten sposób rozpoczęła się moja przygoda z Bazylkiem na przykład.

"Przygody Pana Bazylka" chłonie się błyskawicznie. To książka o samotnym ojcostwie, momentami mocno rozczulająca, a na pewno wprowadzająca w świetny nastrój. Przygody małego Bazylka i jego taty przede wszystkim bawią, ale też wzruszają. Czyta się bez większego wysiłku - to w końcu książkowe wydanie blogu. Na chandrę jesienną jak znalazł. Wchłonęłam też trzeci tom przygód Bazylka (pomijając drugi), ale to już, niestety, nie to samo. Tendencja jakoś mi się "przejadła". Mimo to - jak najbardziej polecam. :)

M. podsunęła mi też perełkę, jaką jest książka "Listy do "Przyjaciółki". Rewelacyjna, jako swoisty zapis lat 70-tych XX wieku. Nie było mnie wtedy jeszcze na świecie, ale do lat 80-tych jakoś niewiele się zmieniło, a poza tym, znam te czasy chociażby z opowiadań. A zdjęcia z "roczku", w zrolowanych przy kostkach rajstopach (na trzylatka) też w końcu mam. :) Książka to zbiór listów, które czytelnicy wysyłali do czasopisma "Przyjaciółka". Teraz ich problemy mogą się wydawać nawet zabawne, ale nie watpię, że dla tych wszystkich ludzi, były to osobiste dramaty. A jednak dali sobie radę, przetrwali, nie załamywali się i jakoś na świecie było więcej życzliwości niż jest teraz. Czyta się przyjemnie - starszych dopadnie nostalgia i pewnie często będą nad książką nieświadomie kiwać głową ("rzeczywiście tak wtedy było!"), młodych pewnie rozbawi, ale to ważne żeby i oni dowiedzieli się o tym, jak się żyło jakieś 40 lat temu.

Na koniec "wpadła mi w ręce" Olga Tokarczuk. M. jest nią zafascynowana, a ja jakoś nie miałam okazji przeczytać ani jednej książki tej autorki i trochę było mi wstyd, że nie mam pojęcia o czym mówi. Wpadł mi więc w ręce "Prawiek i inne czasy". Książka niesamowita. Nie będę się rozwodzić nad fabułą, bo składa się na nią wiele wątków, a każdy może sobie wyguglać wszelakie ilości recenzji tej pozycji. Powiem tylko, że jest smutna, magiczna i pięknie napisana. W niektórych książkach proza aż zgrzyta w mózgu, a tę książkę czyta się jak... melodię. Sama układa się w głowie. Na pewno sięgnę jeszcze po inne dzieła tej autorki. Nie wątpię, że też mi się spodobają. Bez wahania polecam. :)

Po książkach przyszła kolej na filmy.

Książka Cormaca McCarthy'go jest dobra, a film nie odstaje od niej zbytnio. To obraz świata po apokalipsie, przez który wędruje dwoje ludzi: mężczyzna i chłopiec. Motywy: bohaterskiego (tak, myślę, że to dobre slowo...) ojcostwa, czystej duszy dziecka nieskażonej wszechobecnym złem, świata po katastrofie i przede wszystkim głodu - dają do myślenia i nie pozostawiają obojętnym. Film należy oglądać z odpowiednim nastawieniem - najlepiej nie spodziewać się fajerwerków, wybuchów jak w Transformersach, latających samochodów strącających helikoptery i Bruce'a Willisa ratującego świat (tym razem nie zdążył...). Należy nastawić się na refleksje. I zachwycić doskonałą, naprawdę genialną rolą Viggo Mortensena - tak sugestywną grę wychudzonym ciałem (stricte - chodzi o wygląd) widziałam ostatnio tylko u Bale'a w "Mechaniku".
Film bardzo dobry.

Przyszła też kolej wreszcie na cztery babeczki z "Seksu w wielkim mieście". Serialem, jakiś dłuższy czas temu zaraziła mnie osoba, która podsuwała mi pod nos większość rewelacyjnych seriali. Jestem wdzięczna, bo dzięki niej odkryłam swoją nietajoną fascynację House'm, ale nie o tym miało być. Na początku, przy pierwszych odcinkach "SATC" mocno kręciłam nosem, ale usłyszałam "Owco, poczekaj, pooglądaj następne - spodoba Ci się". Tak też zrobiłam i przygody Carrie, Mirandy, Charlotte i Samanthy wciągnęły mnie całkowicie. I jak - zazwyczaj - z dużym dystansem podchodzę do kinowych ekranizacji swoich ulubionych seriali (kinówki "Friendsów" jakoś sobie nie wyobrażam...) tak "Seks w wielkim mieście" na dużym ekranie podobał mi się obu przypadkach. Druga część jest trochę mało rzeczywista (jak na polskie standardy) i zaczyna przypominać komedię romantyczną, ale nie chodzi o to żeby przekazywać prawdę historyczną ze śmiertelną powagą, a jedynie dobrze się bawić - to ten typ filmu przecież.
Przyjemnie sie ogląda, idealny na poprawę humoru. Ogląda się najlepiej samej (męża wysyłając do swoich zajęć) albo z przyjaciółką, najlepiej pod kocem, z kubkiem gorącej jabłkowo-cynamonowej herbaty w łapce.
A buty Carrie już zawsze będą powodować mój szczękopad (powiedziała bezobcasowa Owca...). :)

21:37, ofczasta
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2














Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie:



free counters