RSS
sobota, 31 grudnia 2011
Wszystkiego po trochu i... życzenia :)

Jeszcze raz wszystkim dziękuję za wsparcie, kciuki, ciepłe myśli i komentarze. :)

Może komuś nasze doświadczenia okażą się pomocne, jeśli kiedyś zaistnieje taka potrzeba (a oby nie zaistniała). 

Na Pasionku powoli wszystko wraca do normy. L. Amber opróżniła dzisiaj cały pęcherz za kuwetę - pewnie doskonale pamięta jak jeszcze 4 dni temu błagałam ją, żeby nasiusiała gdziekolwiek, byle nasiusiała. ;)

Z Kawą byliśmy na kontroli uzębienia, ale niestety nadal dziąsła są zaczerwienione więc znowu  dostała antybiotyk. 

Dzisiaj mamy naszą małą rocznicę - to 9 lat temu zamieszkała w naszym domu Mała - nasz pierwszy kot. :)

 

Jeśli chodzi o Pierożka, to wiem, że dzisiejszą noc w większej części spędzimy przy wannie towarzysząc Fil, która będzie siedzieć przerażona pod wanną. I pod tym względem nienawidzę Sylwestra szczególnie.

Cieszę się jednak, że ten okropny rok już się kończy i choć nie ma perspektyw, że będzie lepiej (oby nie było gorzej!), to jak mawia moja babcia "Dziecko, jesteśmy twarde. Poradzimy sobie. Bo jak nie my, to kto?" ;)

Życzę Wam wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Przede wszystkim dużo zdrowia (dla Was, bliskich i zwierząt) i jak najmniej zmartwień.  

Na zakończenie, zobaczcie co znalazłam w czibo w czasie poszukiwań kubka termicznego (jeden już mam, ale Baraniasty mi go podkrada rankiem gdy idzie latać ;) ). Czy ktoś wie gdzie są te szuflady i przede wszystkim: po co?

(zobaczcie sami, po wpisaniu słowa "kubek' w wyszukiwarkę na ich stronie). ;)  

piątek, 30 grudnia 2011
Futrokolorka ;)

Zaczęło się w wiligię. Amber zwróciła śniadanie. Trudno, zdarza się, nie pierwszy i nie ostatni raz. Poza tym wcześniej skubała kocią trawę więc pewnie po prostu wyczyściła sobie żołądek.
Potem były nasze przygotowania do kolacji wigilijnej (Amber spała), a po niej odrobina rybki dla tricolorki.
A potem się zaczęło.
W nocy jeden zwrot. Nad ranem kolejne. Co tylko Amber zjadła - zwracała w połowie strawione (jak Mała zrzuca pawia, to wygląda on prawie jak forma pierwotna - na misce i doskonale wiadomo, że jadła na szybko).
W sumie nic nie zjadła i nie wypiła. Nie korzystała też z kuwety.

Wieczorem zaczęło już być coraz gorzej, dlatego od razu rano, w drugi dzień świąt pojechaliśmy do weta. Wet pooglądał, pomacał brzuszek, zmierzył temperaturę (w normie), dał zastrzyk z wit. B i powiedział, że gdyby się nic nie zmieniło, to mamy się pojawić nazajutrz.

26. 12 przez cały dzień Amber nie jadła (nie chciała) już kompletnie nic, nie piła i nie chodziła nadal do nocnika. Nie pomagała parafina (olej), len, ani nic, co byliśmy w stanie wymyśleć.
W nocy zmieniło się wiele, bo zaczęła się szykować do opuszczenia nas. :((
Baraniasty nie zastanawiając się wsiadł w samochód i pojechał do apteki po kroplówkę.
Od ok. 4:00 do 7:00 Amber dostała w sumie trzy kroplówki i jestem przekonana, że tylko to uratowało jej życie.
To znaczy NzM ją uratował, bo tylko on potrafi to zrobić (wkłuć kotu kroplówkę) - bo ja w tym czasie głaskałam ją po futrze, ryczałam i mówiłam, że tak dzielnego kota jeszcze nie widziałam...

Zaraz rano (po kroplówkach) pojechaliśmy znowu do weta. Wet znów pooglądał brzuszek, zabrał Amber na prześwietlenie, zapodał kolejną partię zastrzyków (z antybiotykiem tym razem) zaopatrzył nas w kolejne kroplówki i lekarstwa. W międzyczasie ku niezmiernej naszej radości odkryliśmy siusiu!
Siu wydarzyło się
po drodze do kociego lekarza, wsiąkło w ręcznik - dzięki czemu później, u weta okazało się, że możliwe, że do tego wszystkiego Amber jeszcze siusiała piaskiem... (ręcznik wyglądał jak posypany brokatem)

Od tego momentu powoli zaczęło iść ku dobremu. Amber powoli zaczęła jeść, ale jeszcze nie czuła się dobrze. Do jedzenia dostawała wszystko, co mokre z racji dalszego nie picia. Rozpoczęło się też wielkie siusianie, jakby chciała nadrobić 3 ostatnie dni. Kupy jednak nadal nie było. :((

Kolejnego dnia (środa) zaczęła już jeść trochę większe porcje i odważyliśmy się dać jej odrobinę chrupek. Po zjedzeniu odrobiny chrupek Amber zaczęła pić jak smok wawelski. Miska za miską. Siusianie, woda, siusianie, woda. A kupy nadal nie było. 

W końcu, kiedy po prostu zasnęliśmy, Amber skorzystała z nocnika, a mnie rano przypadła analiza - do kogo naprawdę należy ta qpa. ;))
Przyjęliśmy (drogą wykluczenia), że właśnie do Trikolorki.

W czwartek rano pojechaliśmy na kontrolę do weta i drugi zastrzyk z antybiotykami. Przed wyprawą Amber, żeby zrobić przyjemność Owcy rozgrzebała cały żwirek w  kuwecie i na moich oczach zapodała qpę - żebym już nie miała wątpliwości i żebym miała się z czego cieszyć. ;)
Wet się później śmiał, że niektórym ludziom do szczęścia niewiele potrzeba - czasami nawet kocia kupa wystarczy. :)

Po zastrzyku Amber była jeszcze trochę smętna, ale wieczorem zaczęło się już grymaszenie (nie chcę Gourmecika, Sheby, Gimpeta, surowej wołowiny za 32 zł/kg,  gotowanego kuraka - chcę chrupeczki!), a dzisiaj rano wielka demolka - czyli Amber wraca do formy. :)

Podumowując:
- nie wiemy co się stało i dlaczego tak się stało, nie wiemy czy się czymś zatruła czy "przytkała" (analizowaliśmy wszystko, co robiła, co jadła a także to, co my robiliśmy i co jedliśmy oraz co się w domu zmieniło)
- to już druga taka sytuacja (z drugą naszą kotką) kiedy wręcz wołamy ją z Tamtej Strony i robimy wszystko, co jesteśmy w stanie zrobić, żeby nie odeszła :(
- Amber, zgodnie z moją obietnicą, za to, że była bardzo, bardzo grzeczna, w domu przy kroplówkach, u weta przy badaniu i zastrzykach i za to, że jest bardzo dzielną kotką otrzymuje tytuł Lady Amber (wiem, że na Królową Brytyjską się nie nadaję, ale umówiłyśmy się, że wystarczę ;) ). Nie chciała być Dame (odpowiedni męskiego "Sir"), bo Lady ładniej brzmi. :))
- wiemy co Trikolorka ma w brzuszku ;)


(na zdjęciu widać też palce dłoni Baraniastego ;) )

- Święta i moja resztka urlopu (przeznaczone na odpoczynek, "niedenerwowaniesię" i może na jakąś wycieczkę) okazały się fikcją, bo nie byłam w stanie zrobić nic (NzM tak samo), kompletnie nic. Nie mogłam czytać, pisać, malować, myśleć. Jak
każdy, kto ma w domu chorego kota (chore zwierzę), któremu nie wiadomo co tak naprawdę jest i jak mu pomóc.
- wszystko (zasoby gotówkowe), co dostaliśmy pod choinkę (od NzT i babci) udało nam się wydać w lecznicy...
- i na sam koniec, ale równie ważne - Wasze kciuki i ciepłe myśli znowu podziałały. Dziękujemy bardzo. A Trikolorka przesyła Wam mruczanki. :)

p/s Teraz, gdy to wszystko piszę L. Amber chodzi i mędzi, bo jej się nuuuudzi! :)

p/s2 Uwielbiam jak moja Trikolorka się nudzi, rozrabia, miauczy, że jest głodna i poluje na Bii. :))

wtorek, 27 grudnia 2011
Utopia?

Jakiś czas temu naszła mnie refleksja. Jest to bardziej jakaś utopijna wizja, ale i tak Wam ją przedstawię.
Chciałabym, żeby każdy pracujący kociarz (psiarz i miłośnik innych zwierząt rzecz jasna, ale dla ułatwienia będę pisać o miłośnikach kotów) miał "kocie L4", czyli takie dni, które może wykorzystać dla swojego pupila.
Żeby być przy nim wtedy, gdy jest chory albo na przykład przy hodowlanej kotce, kiedy przychodzą na świat jej dzieci.

Przydałby się też koci urlop macierzyńsko-opiekuńczy - wtedy, gdy hodowca chce być przy kotce, a każdy innych kociarz przy swoim futrzaku, który wraca do zdrowia po operacji lub jakiejś niedyspozycji.
I żeby leki były refundowane - taki koci NFZ (Narodowy Fundusz Zwierzęcy) a operacje i zabiegi w cenach, które
zwykły człowiek potrafi ogarnąć, a nie w takich, które powalają na wstępie. 
Chciałabym też, żeby miłośnik kotów miał czas na żałobę - żeby nie musiał iść zaraz do pracy i tłumaczyć się z zapuchniętych od płaczu oczu albo otępienia z rozpaczy.

Chciałabym żeby koci miłośnik miał do dyspozycji własną kocią pielęgniarkę, która przyjedzie wtedy, kiedy jest potrzebna - nawet (szczególnie) w nocy. Bo nie każdy potrafi poradzić sobie z zastrzykiem, albo kroplówką, albo innymi zabiegami.

I żeby istniała Firma Przewozowa (może się nazywać Mobile Cat) i wtedy każdy, kto chce mógł zostać zawieziony do kociego lekarza ze swoim pupilem, albo kot został dowieziony do nowego domu, albo przewieziony, albo cokolwiek - w zakresie przewozowym.

Chciałabym żeby każdy kociarz dostawał bony upominkowe, których rabat rósłby wraz z ilością posiadanych Futer - wtedy każdy by mógł kupować jak najlepsze jedzenie dla swojego pupila, a nie tylko takie, na jakie teraz może sobie pozwolić finansowo.

Niezbędny byłby też bon przyznawany raz lub dwa razy w roku - na rzeczy specjalne takie, jak: wypasiona kuweta, drapak, itp.
Zabawki (pluszowe myszki na przykład) dostawałoby się gratis. Produkowałaby je firma MDTK (Myszy dla Twojego Kota), która zapewniałaby raz w miesiącu stosik myszy dla kociambrów.
Dla szczególnie grzecznych kotów byłyby myszki z kocimiętką.

I jeszcze chciałabym profesjonalną opiekę dla kotów - przesianą przez sito gorsze, niż w przypadku opiekunek do dziecka, może prowadzoną przez CoC (Care of your Cat). I wtedy każdy kociarz mógłby odsapnąć na wakacjach nie obawiając się o samopoczucie swoich Podopiecznych (bo nie każdy, niestety, ma Prywatne Wykwalifikowane Kocie Opiekunki takie, jak: NzT, Babcia Sąsiadka czy Mama Sowy). :)

I żeby każdy, KAŻDY bez wyjątku kociarz był poważany za to, że koty lubi, szanuje i o nie dba.
Macie jakieś własne pomysły do mojej listy życzeń?

 

Amber jest chora. Bardzo Was proszę o kciuki, ciepłe myśli i wszystko, co pozytywne dla naszej kochanej Trikolorki.
Napiszę więcej, jak już jej się polepszy (bo przecież nie ma innej opcji, prawda?).

środa, 21 grudnia 2011
W promocji ;)

To jest Pierożek - wszyscy to wiemy. A gdzie Pierożek siedzi?

Wiem, że wiecie. :) Fil siedzi w koszyku.

Zazwyczaj w opróżnionym po zakupach koszyku siedzi Amber, ale tym razem Fil udawała "gratis", którego nie kupiliśmy a dostaliśmy. :)

I jeszcze Kotlecik na deser. Śpiący, bo Pani Prezes szybko się męczy. :)

 

wtorek, 20 grudnia 2011
"I'm a little teapot...

...short and stout."

Kto zna słowa, niech sobie nuci dalej, a kto oglądał Kingowy "Sztorm stulecia" i tak się nie odważy. ;)

Wczoraj był dobry dzień. Ciężko w pracy (jak zwykle, kiedy niektórzy czytelnicy chcą przed świętami zrobić NATYCHMIAST i WSZYSTKO, na co mieli czas w ciągu roku ;) ), ale potem przyszły gifty! Nic tak nie poprawia humoru jak gifty! :)

Jeden prezent był od Kogoś, kto zna mnie już długo (i lepiej niż ja siebie samą), a drugi od Osoby, która zna mnie od niedawna i mimo tego (i bez żadnych podpowiedzi) dokładnie trafiła w sedno moich zapatrywań. :)

Zobaczcie, dostałam piękny imbryk i herbatę, którą niezwłocznie w nim zaparzyłam.

 

Dziki zachwyt mnie ogarnął i uśmiechałam się do końca dnia. Dziękuję moim Darczyńcom. :)

Tymczasem dzisiaj okazało się, że giftom nie ma końca, bo znowu przyszła przesyłka - tym razem od Tajemniczej Podczytywaczki Pasionka - dekupażowana bombka tak ładna, że zastanawiałam się czy nie powinnam schować do szuflady wszelkich własnych narzędzi do dekupażu. :) Ale może też się nauczę kiedyś takie robić. :)

Dziękujemy. :)  

niedziela, 18 grudnia 2011
Piecowo.

Kiedy my (Dwunożni), w nawale obowiązków świątecznych (i nie tylko) opracowujemy kolejne strategie bycia w kilku miejscach jednocześnie - futra odpoczywają.

Wstają, jedzą szóste śniadanie, ósmy podwieczorek i dziesiątą kolację, a w międzyczasie śpią. Albo odpoczywają zmęczone snem. :)

A tak wygląda relaks po syjamsku (z rozrzuconymi łapami i porzuconym ogonem). :)

 

A u DekOwcy ;) pudełko z misiem. :) 

czwartek, 08 grudnia 2011
Słomeczka.

Zwana też rurką do napojów - jest jedną z bardziej interesujących kocich zabawek. O tym wie każdy, kto ma kota. ;)
Zawsze myślałam, że to ulubiona zabawka Bii, ale ostatnio popis dała również Amber.

Zwróćcie proszę uwagę na to szaleństwo w oczach, położone uszy, kły i pazury... 
Podpadła jej ta słomka widać okrutnie. :)

Wróg zlokalizowany... 

Czas wziąć go "na kły".

 

Stawia się?

 

Z Trikolorką nie ma żartów!

 

I słomeczka upolowana.

 

wtorek, 06 grudnia 2011
Pracowita sobota.

W sobotę udało nam się przygotować do oblotów (pomalować) podchoinkowy prezent Baraniastego, czyli Funjeta. 
Z góry wygląda tak:

 

A od spodu tak: (Fun-testerki okazały się oczywiście niezbędne)

Na koniec Pierożek "zapodał focha" ("bo nie zajmowaliśmy się nią przez cały wieczór, tylko czymś innym", mimo że bezustannie była z nami i obserwowała proces malowania i obklejania modelu):

 

a Bii stwierdziła, że jej to wszystko nie dotyczy - ona ŚPI. 

Taka to była pracowita sobota. :) 

niedziela, 04 grudnia 2011
K.

Marzy mi się takie zwykłe 5xK.
Kubek gorącej earl grey z cytryną, katarzynki (pierniki bez czekolady), ciepły kocyk i kot, czyli Pierożek na kolanach.
A póki co nadal, ciągle jestem w biegu.

Wykończyłam (jak to brzmi...) świąteczne prezenty i teraz po kolei będą się pojawiać na Dekupażu Owczym. Przy okazji zachęcam do odwiedzin, bo znalazłam czas żeby tam trochę odkurzyć, posprzątać i "pomalować". Tak więc nowości, nowości, nowości - na moim drugim, rękodzielniczym blogu.

klik

Na moim najpierwszym, najważniejszym Pasionku zmian szczególnych nie przewiduję, chociaż nadal rozważam przenosiny na WP. Zobaczymy jaka będzie ostateczna konkluzja. ;)

Pasionek nie jest co prawda blogiem książkowym ani filmowym dlatego też obszernych recenzji nie będzie, ale wspomnę dzisiaj o kilku pozycjach, które  przeczytałam i które - mimo nawału obowiązków - udało nam się obejrzeć.

Książek nie było dużo (bo i czasu było mało), ale wpadł mi w ręce drugi tom "Poczytaj mi mamo" (pierwszy jak na razie wydaje mi się lepszy) i miło było ponownie odbyć sentymentalną podróż do dzieciństwa.
To nie to samo co czytanie kwadratowych bajeczek o formacie 15 cm (strzelam, nie pamiętam dokładnie), ale
przecież liczy się treść. :)

Dzięki uprzejmości M. udało mi się też pochłonąć kolejny tom "Pamiętnika Kociłapki" (trzeci, tym razem). Jeśli lubicie komiksy - zachęcam, bo mnie się bardzo podobały perypetie właścicielki syjamki (a potem również innych trzech kociambrów), ale jeśli nie trawicie komiksu typu manga (ja tak mam...), to i tak nie powinniście czuć się zrażeni, bo wydaje mi się, że to nie jest typowa manga.
Czyta się szybko (za szybko!) i bardzo przyjemnie. :)


W międzyczasie była jeszcze "Tarantula", która zaskoczyła mnie do tego stopnia, że chcę zobaczyć film (Almodovara) i wtedy może będę w stanie powiedzieć chociaż co myślę. Bo teraz myślę jedynie: intrygujące.

Na poprawę humoru wchłonęłam pratchettowego "Kosiarza", który (standardowo) podobał mi się bardzo - może dlatego, że uważam iż postać Śmierci wyszła Mistrzowi Terry'emu naprawdę dobrze. Nie tylko w tym tomie.

Filmów natomiast było kilka, różnych, mniej lub bardziej wartych zapamiętania.

Podobał mi się "Wanted" (MIMO przeraźliwie chudej Andżeliny) i - skoro jesteśmy przy superbohaterach to - "X-men pierwsza klasa". Nie potrafię obiektywnie podejść do serii X-menów (lubię), ale wydaje, że to jedna z lepiej zrobionych części. Polecam wielbicielom tego gatunku, naprawdę mi się podobało. I nawet głębia psychologiczna tam jest ;) a podryw "profesora" Xaviera powinien przejść do klasyki cytatów filmowych. Podobnie jak scena w barze (z Wolverine'm). :)

Obejrzeliśmy też "Gnomea i Julię" (brawa, BRAWA za dubbing!) oraz Baranka Shaun'a (nadal oglądamy, bo to odcinki - jakie to jest fajne!).

Filmem, który mną mocno wstrząsnął i przeraził bardziej niż niejeden horror było "127 godzin", czyli film o uwięzionym grotołazie (speleologu?). Sporo  retrospekcji (facet siedzi uwięziony w kanionie, to co ma robić jak nie wspominać i przeprowadzać głęboką analizę swojego życia?), które uśpiły moją czujność.
Najważniejsza scena w całym tym filmie wgniotła mnie w fotel i zostawiła w tym miejscu jeszcze długo po napisach. Głównie dlatego, że to film
oparty na faktach - fikcję przyjęłabym bez mrugnięcia okiem. Czegoś, co naprawdę się zdarzyło już tak łatwo nie przetrawię... 

Jeśli chodzi o książki, to czeka już na mnie stosik (nie wiem kiedy ja to wszystko przeczytam...) a w nim między innymi listy M. Skłodowskiej-Curie do córek, Kompendium Wiedzy Smokologicznej ;) i inne cudeńka. A teraz czytam Wilta. ;)

W przypadku filmów ostrzę sobie kły na "Fightera" oraz "Conana" (mimo miażdżącej opinii M.) ;) a także na "Zmierzch vol. 4 part 1" (a czemu nie?).

Czy zauważyliście tę szaloną tendecję do dzielenia wszystkiego na połówki, dwuczęściówki, cokolwiek tylko możliwe?
Ja wiem, że chodzi o pieniądze (ponad wszystko!) ale żeby to miało jakiś, jakikolwiek sens? Co to za idiotyczna moda?
Ostatnia część Harrego Pottera - w
dwóch częściach, Zmierzch 4 - dwie części, Hobbit wejdzie na ekrany w dwóch częściach (!), a nowego, ostatniego już Eragona (książka!) również widziałam w dwóch częściach. Obłęd.

A przy okazji - gdy przygotowywałam dla dzieci spotkanie właśnie o "Hobbicie..." to trafiłam na plakaty z filmu, który ma za rok pojawić się na ekranach kin. 
I powiem tak - nigdy nie przypuszczałam, że Thorin tak może wyglądać. :) Sami zobaczcie :)

 
źródło 

Czy pamiętacie (bez pomocy googli) jak nazywał się ten piękny miecz Thorina? A kto poda wszystkie trzy nazwy? :)













Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie: