RSS
czwartek, 31 marca 2011
Porządki.

Wygoniłam dzisiaj zimę. Kategorycznie. Wiosna więc nie ma wyjścia i musi już przyjść na stałe.

Wygoniłam zimową panią (mam nadzieję, że) skutecznie, chowając zimowe kurtki i zimowe buty (uprzednio nawąchawszy się pasty do tychże).
I mam nadzieję, że nie będzie tak jak rok temu, kiedy w szybkim tempie wyjmowałam to wszystko, co wcześniej schowałam, bo nieoczekiwanie spadł śnieg w środku wiosny...

Przy tych porządkach spłynęła na mnie nieco okrutna świadomość, że czas rozejrzeć się za nowymi butami.

Futrzaste pomagaczki pomagały dzielnie (co ja bym bez nich zrobiła!) kłacząc wszystko to, co jeszcze nie było do tej pory zakłaczone...

Tagi: Pasionek
23:46, ofczasta
Link Komentarze (5) »
środa, 30 marca 2011
Spacery.

Futra coraz częściej urządzają sobie spacery balkonowo-okienne.

Szczególnie jak jest już cieplej, w ciągu dnia. Rano natomiast główną entuzjastką wietrzenia futra jest Amber.
Poranny "spacer" Fil i Małej wygląda tak:

Latte, jak przypuszczam, jest w tym czasie pod wanną, a Bii pewnie piszczy na Barana żeby dał jej plasterek kiełbaski (Amber na balkonie, Seniorki na piecu, Latte pod wanną, więc nie trzeba się - według Szylkretki - z nikim dzielić).

poniedziałek, 28 marca 2011
Tarta - część druga. :)

I znowu tarta, tyle że w innej odsłonie.
Tym razem nie tak bardzo kryzysowa jak ostatnio, chociaż znowu nie obyło się bez niespodzianek.
Tarta wystąpiła w roli ciasta prawie_że_urodzinowego w wersji z wiśniami i budyniem czekoladowym.

Jeśli chodzi o niespodzianki, to pierwszą zrobiły wiśnie, które po rozmrożeniu (a wczesniejszym ich odkryciu w czeluściach zamrażarki) okazały się wiśniami z pestkami... w związku z czym drylowanie "umiliło" mi znaczną część wieczoru. Druga niespodzianka to zupełna nie-niespodzianka, bo trudno oczekiwać nagłego pojawienia się wiórków kokosowych, skoro zapomniało się je kupić ostatnio na zakupach.

Cała reszta taka sama jak poprzednio, tylko zamiast jabłek wiśnie, a budyń czekoladowy. Posiedziała też trochę dłużej w piekarniku (40 minut).

Entuzjastów i entuzjastek nie brakowało, jak widać...

czwartek, 24 marca 2011
Tarta jabłkowa.

Popełniliśmy z Baranem tartę. Kryzysową. :)
To wszystko z dwóch powodów: po pierwsze, za dużo przeglądam ostatnio kulinarnych blogów żeby przejść obok niektórych ciast obojętnie. Po drugie: przyszły wczoraj: forma na tartę i kokilki! Do tej pory nie wiem jak ten miły pan to zapakował, że nic się w transporcie nie stało (Baran mówił, że przeżyłoby atak wojsk napoleońskich), ale formy już na mnie po pracy czekały.

 

Toteż zrobiliśmy wieczorem tartę. Ciasto, którego wykonanie miało zająć jakieś pół (bez pieczenia i oczekiwania w lodówce) zajęło nam jakieś trzy godziny. I było wyjątkowo "kryzysowe". Najpierw okazało się, że jabłek  jest za mało. Toteż gdy zrobił się z nich już pseudo-mus wymyśliłam, żeby po upieczeniu przykryć je budyniem. Po czym okazało się, że budyniu nie mamy (jest to o tyle dziwne, że budyń mamy ZAWSZE). Cóż było robić -  zaadaptowaliśmy krem z innego ciasta na nasz własny budyń, posypałam wszystko uprażonymi na sucho płatkami migdałowymi (planowałam wiórki kokosowe, ale TEŻ nie mieliśmy). I tarta wyszła.

 

Dzisiaj już by nie było co fotografować. ;)
Szarlotko - powinnaś być ze mnie dumna (coraz częśćiej smakuje mi to, co sama przygotuję), bo ja jestem, a co najważniejsze NzM bardzo. :)
Poniżej tarta:

 



Ciasto Baran ugniótł z 200g mąki, 100g miękkiego masła i kilku łyżek wody, po czym włożyliśmy je do lodówki. W tym czasie na patelni, na łyżce cukru i odrobinie wody robił się mus jabłkowy (ale jabłek było za mało). Po upieczeniu (30 minut, ale myślę, że przetrzymane dłużej byłoby lepsze  - w 200 stopniach). Po upieczeniu władowałam na górę budyń z 1/2 litra mleka i posypałam uprażonymi płatkami migdałowymi. :)
Było boskie.

 

Dowód? Tak owce pożerają tartę krusząc dookoła i brudząc sobie nos. :D

 

wtorek, 22 marca 2011
Na dobranoc.

Różowy* nosek mojego Kochanego Pierożka. :)

*enztuzjastów fotografii i tak nie przekonam, że nosek JEST różowy, bo z pewnością zauważą, że mi się WB rozjechał ;)

 

Tagi: fil
22:38, ofczasta
Link Komentarze (3) »
Wiosna?

Wiosna idzie.
Oficjalnie przyszła wczoraj, chociaż jeszcze jej nie ma, ale zapowiedź czuć już w powietrzu. W naszym kalendarzu ogrodniczym jest takie fajne przysłowie:

I wiosna by tak nie smakowała
gdyby wcześniej zimy nie było

I o to właśnie chodzi.

Na moich ulubionych blogach też zastoje, bo Autorki - podobnie jak mnie – dopadło jakieś przesilenie wiosenne. Przejdzie, ale zanim człowiek wskoczy na odpowiednie obroty, to trochę potrwa. No i niedługo jeszcze przesuwamy godzinę (i znowu będę jeszcze krócej spała…).

Dodałam do swoich ulubionych dwa blogi – kulinarny (znaleziony w ulubionych linkach Kasi), na którym znalazłam przepis na muffinki z chałwą i które (nieskromnie dodam) wyszły mi całkiem dobre i koci – do Darmozjadów, których dzieje śledzę już strasznie długo. :)

Nasze Kociarstwo jeszcze pozimowo rozleniwione, ale spacery naokienne już urządzają wyglądając jak puchate figurki ustawione w jednym rządku na parapecie. Amber zaczyna zmieniać zimową sukienkę na wiosenną, w związku z czym przewiduję, że już niedługo będziemy [jeszcze bardziej] tonąć w kocich kłakach. Razy pięć…

Zrobiliśmy sobie ostatnio z NzM dwa kinowo-oskarowe wieczory.

Na pierwszy ogień poszedł „Jak zostać królem”. Podobno reklama w TV była na tak agresywna, że  niektórym film obrzydł zanim jeszcze go zobaczyli. Oszczędzamy sobie z Baranem tej wątpliwej przyjemności jaką jest TV więc szliśmy (a ja szczególnie) z dużym entuzjazmem.

Film jest warty wszelkich pozytywnych opinii jakie o nim wygłoszono. To film o pokonywaniu własnych niedoskonałości w taki sposób, że widz przez 1,5 godziny kibicuje bohaterowi w jego staraniach i trzyma kciuki za powodzenie przedsięwzięcia. Gdybym nie widziała Colina Firtha w innych kreacjach stwierdziłabym, że po prostu zatrudniono do filmu aktora, który się jąka.*

Colin przeszedł samego siebie. Ale nie on jeden. Obsada jest taka, że szczęka mi trwale opadła na dłuższy czas. Nie wspomnę o Helenie, bo ona jest klasą samą w sobie, ale zarówno bohaterowie poboczni jak i drugoplanowi grają przekonywująco i rewelacyjnie.

Film jest spokojny (chociaż to nie do końca odpowiednie słowo na określenie wydarzeń w nim zachodzących), bez wybuchów, strzelania i wrzasków. Oddaje prawdę historyczną w taki sposób, że nawet jej nie-pasjonaci wychodzą z kina usatysfakcjonowani. Trzeba koniecznie obejrzeć.

*tu nasuwa mi się skojarzenie. NzT często mnie pyta „Owco, a gdzie grał ten aktor” i ja wtedy (dumna jak PięknOwca po wynalezieniu nowego balsamu do futra) sypię jak z rękawa tytułami filmów od razu, bądź też po dłużej chwili gdy wspomogę się Filmłebem. Ale! Pamiętam jak przekonywałam ją, że niepełnosprawny bohater filmu „Co gryzie Gilberta Grape’a” wcale nie jest upośledzony i że to ten sam aktor, który później fałszował czeki w „Catch Me If You Can”.  Do tej pory nie wiem czy mi uwierzyła. :)

Tydzień później przywiodła nas do kina historia baletnicy. A przynajmniej tak prozaicznie wyobrażałam sobie „Czarnego Łabędzia”. Film o baletnicy. I tyle. I bardzo się myliłam. To film jednej aktorki. Cała reszta obsady gra dobrze, bez uchybień, ale tak naprawdę stanowią jedynie tło dla niej. Natalie Portman dała z siebie wszystko i nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak wiele. Jest doskonała i chociażby tylko po to trzeba ten film zobaczyć.

Jest mroczny i przeraża nie tylko aurą psychozy i pogłębiającym się obłędem bohaterki. Mnie chyba najbardziej przeraziło… życie głównej bohaterki. Despotyczna matka, której córka usiłuje wynagrodzić to, czego jej samej nie było dane osiągnąć, balet, który jest wszystkim i dążenie do doskonałości, które w końcu prowadzi do destrukcji. Film nie pozostawia obojętnym.

A scena (uwaga, mały spoiler) w której Nina przemienia się wreszcie w Czarnego Łabędzia to mistrzostwo. I powiem jeszcze tylko tyle: jeśli Aronofsky ma zamiar zabrać się za ekranizację Wolverine’a to ja już czekam (i już się boję)…

22:34, ofczasta
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 marca 2011
Prezenty.

Problem przyszedł mi do głowy zupełnie niedawno, kiedy po raz kolejny potrzebowałam genialnego pomysłu na prezent.

Jak to jest z dawaniem i otrzymywaniem prezentów?

Lubię dostawać, nie ukrywam tego. Ale lubię dostawać takie, które doskonale wiem, że darujący mocno przemyślał i wie, że efektem tych przemyśleń będzie moja radość. Tą zasadą kieruję się też przy wybieraniu prezentów dla innych, ale o tym za chwilę.

Po głębszych przemyśleniach stwierdzę, że znam jedynie troje ludzi, którzy są dla mnie w stanie znaleźć prezenty idealne. Dokładnie ta trójka sprawia (lub sprawiała), że każdy gift jest trafiony i cieszę się z niego jak GłodOwca na podwieczorek. Jedną z tych osób jest oczywiście NzM – choć w tym przypadku akurat doskonałość ta jest idealnie wypracowana tymi „kilkoma” latami, które już ze sobą jesteśmy. Bo na początku też zdarzały nam się porażki prezentowe. ;)

Uważam, że całkiem dobrym pomysłem jest robienie list prezentów świątecznych i innych, jeśli ktoś kupuje większe ilości przy różnych okazjach. Taka lista może być „na dłużej” jeśli nie uda się jej zrealizować przy pierwotnej okazji. Wbrew powszechnemu myśleniu uważam też, że sprezentowanie gotówki nie jest złe ani bezduszne (a takie opinie słyszałam). Uważam, że to bardzo dobre rozwiązanie dla kogoś, kto nie widzi frajdy w wymyślaniu innym prezentów, obawia się podarowania prezentu totalnie nietrafionego, albo powielonego. Myślę, że to dobre wyjście, bo za otrzymaną gotówkę można sobie kupić coś, co się podoba, a czego nie kupilibyśmy sobie „bez okazji”.

Wracając jednak do obdarowywaczy. :) Piszę o tym, bo ma to dla mnie ogromne znaczenie. Przez większą część swojego życia (a przynajmniej tę jego część, kiedy dotyczył mnie obowiązek szkolny) dostawałam zawsze do rówieśników zupełnie nietrafione prezenty. I nie chodziło tu o zasobność portfela (bo logiczne, że u każdego jest inna), ale o sam fakt braku wysiłku przy wyborze. Kolokwialnie mówiąc: olewano mnie totalnie. Ja zawsze wybierałam coś, co (miałam nadzieję, że) się spodoba i co sama chciałabym dostać, a dostawałam hity, których nawet nie można było potraktować jako prezenty przechodnie.

Co ciekawsze, ta passa nie do końca minęła. Do tej pory pamiętam (i pamiętać będę) nasze prezenty ślubne. Mimo próśb o gotówkę (marzył nam się z Baranem aparat cyfrowy – totalny wypas na tamte czasy!) dostaliśmy między innymi: 5 kompletów pościeli, w tym jeden SATYNOWY (WSZYSTKIE zaś z jedną gigantyczną poszewką na poduszkę i kołdrą na 120 cm, podczas gdy używamy dwóch „jaśków” z gorczycy i kołdry na 160 cm), ciężką jak Amber po kolacji, metalową figurkę słoni, którą spokojnie można było potraktować jako narzędzie mordu, obrzydliwie „śliczny” komplet wiosenny udający zastawę obiadową na 6 osób z promocji w kerfurze… i tak mogę wymieniać długo. Prezentów, które kupiono „na odczep się”, bez zastanawiania się czy spodobają się nam, albo czy w ogóle je wykorzystamy było zdecydowanie [za] dużo. Dla kontrastu mogę dodać, że były też te starannie przemyślane (robot kuchenny,  żelazko, zastawa obiadowa z Chodzieży, koc wełniany), które służą nam do tej pory.

Zupełnie inna historia ma miejsce z obdarowywaniem. Tak jak pisałam wyżej – zawsze długo się zastanawiam co obdarowywany mógłby chcieć, z czego mógłby się ucieszyć, co mogłoby się spodobać. I potem dopiero robię/kupuję/przygotowuję. I znowu reakcje są różne, ale nie wszystkie rozumiem, a na niektóre nie wiem nawet jak zareagować.
Problem pewnie w tym, że nauczono mnie cieszyć się z wszystkiego, co dostanę (było to dosyć trudne, szczególnie wtedy, kiedy dostawałam totalne porażki prezentowe), a jeśli już nie będę w stanie się cieszyć, to przede wszystkim podziękować za starania. Nigdy, nikomu nie powiedziałam, że prezent jest głupi, niefajny, nie dla mnie, nieprzemyślany, brzydki, kiczowaty, albo po prostu tragiczny (a niektóre rzeczywiście takie były). Dlaczego? Z bardzo prostego powodu: żeby nie zrobić darczyńcy przykrości. Bo mogłoby się okazać, że ktoś się bardzo starał, a mu po prostu nie wyszło. Że ktoś szukał dobrego pomysłu, ale mu się tym razem nie udało…

Toteż zupełnie nie rozumiem niektórych reakcji. A na moje prezenty reagowano już różnie:

1) zdziwieniem (że pamiętałam) i/lub radością (że udało mi się trafić w gust) – ta reakcja akurat jest wspaniała i uskrzydla darczyńcę ;)

2) irytacją, że „nie trzeba było i po co” albo „to nie jest takie, jak oczekiwałam/oczekiwałem i co mam teraz z tym zrobić?!”

3) udawaniem, że nic się nie stało: „o fajnie, dzięki, ale się pogoda poprawiła, prawda?”

4) konfabulacją: „o, świetny prezent, z pewnością mi się przyda!” podczas gdy później okazuje się, że nigdy nie był (i prawdopodobnie nie będzie) używany ani wykorzystany.

Kto dotarł to tego miejsca (gratuluję cierpliwości przy czytaniu tego wpisu), może odpowie mi na pytanie: co zrobić w sytuacjach 2-4? Bo nie ukrywam, że odechciewa mi się angażowania, wymyślania czegokolwiek, starania się i dbania o to, żeby obdarowywany był zadowolony.

Zniechęcić się, czy udawać, że nic się nie stało?

Tagi: Pasionek
17:43, ofczasta
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 marca 2011
Torba na dokumenty.

Poszukiwałam ostatnio torby na dokumenty. Kiedyś (teraz chyba też?) nazywało się to po prostu: aktówka.

Przetrzepałam popularny portal aukcyjny, rozglądałam się w sklepach.

Nic nie spełniało moich oczekiwań. Znalezione torby na dokumenty nijak nie przypominały tego, co mi potrzebne, wcale do mnie nie pasowały i były albo za drogie albo za... brzydkie. Nie wspominając, że teraz w torbie na dokumenty nosi się laptop. A nie dokumenty. ;) A na laptop to ja torbę mam. Nie wejdzie jednak do niej teczka A4, nawet jeśli chciałabym ową torbę tymczasowo zaadaptować.

I wtedy (przy przeglądaniu blogosfery) mnie olśniło. Napisałam do Pracowni za Piecem. Robią piękne rzeczy więc zapytałam czy dla mnie też by mogli jedną zrobić.

I zrobili. Torba jest przecudna. Dokładnie taka, jak chciałam. Wybrałam jedynie kolor spośród nadesłanych propozycji. Forma, motyw (poprosiłam tylko żeby był książkowo-koci) i wykonanie - to pomysł Pracowni.

Tu link do mojej pięknej torby. :)

Tagi: koty Pasionek
21:57, ofczasta
Link Komentarze (3) »
niedziela, 13 marca 2011
:)

Zgodnie z obietnicą - post dedykowany Fankom Amberzycy. :)

Zdjęcie z archiwum - jedno z moich ulubionych - pod tytułem:
"To z tyłu, to nie moje łapy!"

A na marginesie wspomnę tylko, że jestem po lekturze Pilipiukowego "Wampira z M-3" (świetny przerywnik między lekturami dla uczniów szkół podstawowych a kolejnymi tomami Pratchetta).
I w tymże dziele pana Jędrzeja pojawia się w wątku pobocznym kocur... tricolor.
I moje pytanie jest takie: czy Pilipiuk wie, jak RZADKIE są tak umaszczone koty płci męskiej i czy właśnie dlatego wybrał mu takie kolory (żeby kot w książce był jeszcze bardziej wyjątkowy) czy też nie miał pojęcia i strzelił, bo takie koty (jak widać wyżej) po prostu są bardzo ładne i ładnie też będą "wyglądać" też w książce? :) Ciekawa jestem. :)

środa, 09 marca 2011
Dialogowo.

Wczorajszy dialog wieczorny.
Baran (prowokacyjnie, do kotów wrzeszczących z głodu przed ostatnią w tym dniu kolacją): Spać! Natychmiast!
Amber (patrząc na niego, jak na wariata): NA CZCZO?!

 
1 , 2














Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie:



free counters