RSS
czwartek, 28 kwietnia 2011
Graficznie.

Poszukiwałam dzisiaj materiałów na lekcję o Mikołajku. Biografii autorów, ilustracji, ciekawostek i tym podobnych. Człowiek uczy się przez całe życie - ja na przykład dowiedziałam się przed chwilą w jaki sposób Goscinny wymyślił imię dla Mikołajka. :)
A poszukując grafik Sempe trafiłam na coś takiego.

Zdjęcie pochodzi z blogu Elliot Scribblings, który przed chwilą dodałam do swoich ulubionych. Chętnie bym też napisała w komentarzach pana Elliota, o tym, jak bardzo podobają mi się jego rysunki, jak lubię tego typu kreskę i parę innych miłych rzeczy. Napisałabym, ale tego nie zrobię. Mój angielski uwstecznił się w tak tragiczny sposób, że zaczynam się zastanawiać jakim cudem zdałam FCE... Od jakichś ośmiu lat, nie rozmawiałam, nie pisałam, nie uczyłam się angielskiego. Masakra. :(

poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Kwiatowo.

Buszowałam wczoraj po ogródku z "dużym" (baranim) aparatem. Nie był to do końca genialny pomysł, bo już w domu okazało się, że mam duuuuży problem ze: światłem, ostrością, kadrowaniem, trybem manualnym, czyli jednym słowem ZE WSZYSTKIM.
No cóż, nie będę nawet udawać, że "duży" aparat jest dla mnie. Swojego G9 jeszcze jestem w stanie okiełznać, chociaż on zazwyczaj wymięka (a ja z nim) jak nie ma wystarczającej ilości światła. Tym razem jednak do tematu podeszłam (zbyt) ambitnie i oto co mi wyszło...

I tryptyk z moich ulubionych bratków. :)

Miała być jeszcze ofocona piękna magnolia u sąsiadów, ale zamiast robić zdjęcia - poszłam do Lazarków pogadać. :) I dlatego zdjęć magnolii nie ma. :)

niedziela, 24 kwietnia 2011
Leniwa niedziela.

Tym razem też dla ludzi. :)
Mieliśmy pojechać na wycieczkę, ale pogoda zdecydowała za nas. Wypoczywaliśmy zatem biernie.

A ponieważ jeszcze trwa czas wielkanocny, poniżej okolicznościowy obrazek (z linkiem do źródła).

A na deserek Hugh. :)

sobota, 23 kwietnia 2011
Leniwa sobota.

Ale tylko dla kotów. Nam upłynęła bardzo intensywnie.
A ja powoli nawet odkopuję się spod zaległości, chociaż przeżyłam chwilę zwątpienia dokopawszy się do pracowych dokumentów rzuconych "na później" na półkę, na której jakoś nic się magicznie nie chce samo układać. :)

A tak w ogóle - dzisiaj Dzień Książki. Toteż zaczytania wszystkim życzę. :)

Nasze futrzaste kluski spędziły dzisiaj dzień kłębuszkowo.

Mała (w wersji gastronomicznej zwana: Kotlecik)

Fil (Pierożek)

Latte (od zawsze miała być: Cykoria)

Amber (Kluska lub Kartaczyk)

Bii (zwana Szarlotką, na co po raz pierwszy wpadł doktor Rybka ;) )

czwartek, 21 kwietnia 2011
Czwartkowo.

Futrzaste nadal kłaczą się na potęgę. Czy one kiedyś skończą? Planuję na sobotę wielkie balkonowe czesanie, ale jakoś nie wróżę powodzenia tej misji. :)

Oprócz tego, że się kłaczą - łapią też wit. D w futra, wylegując się w plamach słońca.  Uwielbiam je takie rozleniwione.

Pierzaści też zmieniają swoje fraki. Brakuje mi ich trelów i czekam już kiedy pierzenie się wreszcie skończy.

Mamy w domu pod dostatkiem kocich kłaków i wielokolorowych piórek...

Fil przeprowadziła ze mną wczoraj poważną rozmowę :) , na temat irtyowania się rzeczami, na które nie mam wpływu, radości z tego, co mam i neutralnego akceptowania tego, czego nie mogę zmienić. Podsumowała mnie krótko.


Nie miałam wyjścia - musiałam przestać narzekać skoro mój Pierożek poczuł się znudzony takimi problemami. :)

23:03, ofczasta
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 kwietnia 2011
Dwa tygodnie urlopu.

Dzisiaj w pracy był dzień pod tytułem "biorę torebkę i wychodzę". Miałam dosyć. Nie mogę sobie jednak na coś takiego pozwolić, a przypuszczam, że nawet godzina poza miejscem pracy by wystarczyła żeby wrócić tam bez  negatywnych emocji. I tu sobie pozwole na dygresję: w poniedziałek miałam wolne, postanowiłam więc skorzystać z okazji i pojechać do ulubionej piekarni i na targ, o cywilizowanej porze (która jest dla mnie abstrakcją, kiedy jestem pracy). Ogarnęło mnie dzikie zdumienie. Takich tłumów w obu tych miejscach nie widziałam chyba nigdy. Czy Ci wszyscy ludzie nie powinni być o tej porze w pracy? Rozumiem, że seniorzy robią w tym czasie zakupy, rozumiem, że ktoś tak jak ja - ma wolne przed świętami na sprawunki, ale, motyla noga, tam były same bizneswoman! Na szpileczkach i z pełnym (idealnym, a jakże) makijażem, pokazujące świeżo wymanikiurowanym pazurkiem czego sobie życzą. Szok.

Żeby mnie ktoś źle nie zrozumiał. Uwielbiam swoją pracę. Naprawdę lubię to, co robię. Nie znosze jednak ludzi wrednych, złośliwych, podłych i takich, których głównym celem jest obrzydzanie innym życia. Gdybym mogła jedynie  zajmować się tym, co lubię (nie ma nic fajniejszego w tej pracy niż uświadamianie czytelnikom, że zawiłości korzystania z katalogów i kartotek wcale nie są takie skomplikowane jak na początku wyglądają - olśnienie pojawiające się na obliczach jest bezcenne :) ) - bez całej tej skomplikowanej, niewesołej i mocno stresującej otoczki - byłoby super.
A nie tak dawno wpatrywałam się w szpitalny sufit i zaklinałam się w myślach, że nigdy więcej praca nie spowoduje pogorszenia mojego samopoczucia i stresu skręcającego kiszki...

Czarę dzisiejszej goryczy przelała jeszcze jedna osoba. Wiedzieliście drodzy pasionkowi czytelnicy, że nauczyciele, to banda debili? To już kolejna taka opinia, która wybitnie kłuje mnie w oczy, traktuję ją jak osobistą zniewagę i nie zamierzam tym razem przejść obok niej obojętnie. Dlaczego? Bo sama jestem bardziej nauczycielem niż bibliotekarzem więc solidaryzuję się bardziej z tą grupą. Nie zaprzeczam, że istnieją nauczyciele zupełnie nie nadający się do tego zawodu, którzy z pedagogiką nie powinni mieć nic wspólnego. Wybitnie irytują mnie jednak matki przeświadczone o genialności swoich pyskatych pociech. Matki, które nie zdają sobie sprawy, że takich "genialnych pociech" nauczyciel ma w klasie około trzydzieścioro i musi nie dość, że nad nimi zapanować, to jeszcze zainteresować lekcją i czegoś nauczyć.
Bo nauczyciele w znakomitej większości, to jednak nie banda kretynów, tylko  ludzie, którzy wiecznie się czegoś uczą, doskonalą, chodzą na kursy, szkolenia, dbają o swoich uczniów, przejmują się swoją pracą i nie osiadają na laurach.

Wiem, bo tak mam. Nawet jeśli nie stoję codziennie przy tablicy i nie uczę sześciu różnych klas. Wbito mi też do głowy szacunek dla nauczyciela jakikolwiek by on nie był. Ale to przecież zamierzchłe czasy. Bo ja dinozaur jestem...

Przydałyby mi się dwa tygodnie urlopu. Żeby odpuścić, odstresować, nabrać obiektywnego spojrzenia. W pierwszym tygodniu bym nadrabiała wszelkie zaleglości, a w drugim TYLKO odpoczywała.

Pomarzyć... fajna rzecz.

Tagi: Pasionek
22:52, ofczasta
Link Komentarze (3) »
piątek, 15 kwietnia 2011
Piątek.

I kiedy większość zaczyna łikend ja myślę o tym, że jutro do pracy...

Popełniłam dzisiaj crumble. Wczoraj, jeśli chodzi o ścisłość, też. Deser jest pyszny (że tak stwierdzę nieskromnie) i miał mi dzisiaj w założeniu pomóc zasypać pocałotygodniowego doła. Pomógł jedynie częściowo.
Fotek póki co nie ma. Przepisu też nie. Może będą przy trzeciej odsłonie.

Mam ochotę wziąć maczetę i wyeliminować ze społeczeństwa ludzi używających głowy tylko po to, żeby im nie padało do szyi. A, nie - przepraszam. Maczeta jest dla A. (ona też ma swoje powody), ja wezmę tę nową, błyszczącą siekierę z garażu...

Muzycznie (i przewrotnie) na dziś.

21:58, ofczasta
Link Komentarze (4) »
czwartek, 14 kwietnia 2011
Filozoficznie?

O Housie napisano już wiele różnych książek. Mniej lub bardziej udanych. Nie czytałam żadnej z nich, chociaż recenzje prawie wszystkich. Nie czytałam, bo nie chcę żeby ktoś sugerował mi (lub wprost nakazywał) co mam  myśleć.

Wiem, że to serial stworzony po to, żeby przyciągnąć publikę, wiem, że to realizacja pomysłu, który powstał w czyjejś głowie. I doskonale wiem, że (UWAGA! SPOILER!) gdy House skakał z hotelowego balkonu żeby się zabić (!), to powinnam być w szoku i powinnam kurczowo trzymać się NzM jednocześnie mamrocząc: "Nie rób tego, nie rób tego, House, nie rób tego..." Wiem.

Załóżmy jednak, na jedną małą chwilę, że postać tego geniusza jest postacią realną. I w związku z tym, od jakiegoś czasu, z autopsji,  nasuwają mi się pytania.

Wszyscy narzekają, że House jest wredny, złośliwy, podły, szalony i jakiś tam jeszcze. Tak więc: czy którykolwiek z tych krytyków-malkontentów zastanowił się co go (House'a) ukształtowało? Co spowodowało, że jest taki? Jaki może być człowiek trawiony przez nieustający ból? Co jest w stanie zrobić i do czego jest zdolny, żeby chociaż na chwilę przestało boleć? Żeby na chwilę przestać myśleć o tym, że nie da się tego wytrzymać? Czy dziwne w tej sytuacji jest uzależnienie od czegoś, co tymczasowo odsuwa cierpienie?

Wystarczy sobie przypomnieć co House wyprawiał, kiedy na jakiś czas przestało go boleć.
No właśnie.

11:10, ofczasta
Link Komentarze (5) »
środa, 13 kwietnia 2011
Poranny dialog.

Wjeżdżam dzisiaj na parking w pracy, patrzę - kot. Zaparkowałam. Wylazł. Chudy, "bengalski" i do mnie zagaduje i się łasi.
- Mrr! Pogłaszcz!
- (głaszczę) Ładny jesteś. Ale nie wolno się tak łasić do obcych, bo ktoś Ci krzywdę zrobi.
- Ty jesteś obca, a nie zrobisz mi krzywdy. Poza tym - Twój samochód z zewnątrz pachnie kotami. Mrr! Głaszcz!
- No przecież głaszczę. Właśnie dlatego, że "pachnie" to od razu wiesz, że lubię koty. Chcesz coś zjeść? Chudy jesteś.
- Mrr!
- Poczekaj, pójdę po chrupki.
- Dobrze. Głaszcz!
- (wracam z chrupkami) Nie da się głaskać kotka jak się idzie po chrupki. Proszę, jedz! (sypię chrupki)
- Mrr! To wszystko dla mnie?!
- Tak, jedz, chudy jesteś.
- Mrr! Głaszcz.
I tak w kółko.

Zaprosiłam na Pasionek kota. Wirtualnego. Znalezionego u Miranii. Jest fantastyczny. :) Oprócz oczywistych zalet - dodatkowo nie kłaczy się i nie mdleje co 15 minut z głodu (jak Amber). :)

Tagi: koty Pasionek
08:19, ofczasta
Link Komentarze (5) »
niedziela, 10 kwietnia 2011
Lektury.

Nazbierało się lektur, oj nazbierało.
Zacznę od końca.


Po "Białym kle" szukałam lektury, która byłaby zupełnym jej przeciwieństwem. I znalazłam. Przez przypadek. Sama książka wpadła mi w ręce podczas jednej z wizyt w "Świecie książki", ale nie zatrzymała mojej uwagi na dłużej. Potem jednak, przy poszukiwaniu jakiejkolwiek książki o wilkach - objawiła się ponownie.
Nie jest to łatwa książka, szczególnie jeśli ktoś nie lubi filozofii (a ja nie przepadam), ale wszystkie fragmenty, w których autor opowiada o swoim życiu z wilkiem Breninem, rekompensują to. Przyznaję, że przy końcu książki już tylko przebiegałam wzrokiem wątki filozoficzne skupiając się na wilczych, ale jak wspomniałam - filozofii nie rozumiem, nie nadaję się do polemiki w tym zakresie, a dodatkowo czas mnie gonił (żeby zdążyć przeczytać przed lekcją z dziećmi, by móc im o tej książce opowiedzieć). Myślę, że jeśli ktoś lubi książki filozoficzne - ta lektura jest przede wszystkim dla niego. Mnie przede wszystkim podobała na
rracja o Breninie.

s. 11 ("Filozof i wilk : czego może nas nauczyć dzikość o miłości, śmierci i szczęściu" Mark Rowlands)

"Książka ta opowiada o wilku imieniem Brenin. (...) Jak się przekonacie, pozostawianie go bez opieki miało fatalne skutki dla mojego domu i dobytku. Musiałem więc zabierać go ze sobą do pracy, a jako że byłem wykładowcą  filozofii, towarzyszył mi na zajęciach. Leżał w kącie sali i drzemał, mniej wiecej tak jak moi studenci, podczas gdy ja ględziłem na temat jakiegoś tam filozofa czy nurtu filozoficznego. Czasami, kiedy wykłady były szczególnie trudne do wytrzymania Brenin siadal i wył, czym zaskarbił sobie sympatię studentów, którzy zapewne mieli wielką ochotę zrobić to samo."



Już jakiś czas temu NzT wspominała mi o upiornych wierszykach (nie)dla dzieci. Nie potrafiłam wtedy znaleźć ani ich autora ani książki, w której mogłyby się znaleźć. Świadczy to jedynie o fakcie, że źle (lub też  nie wystarczająco) wtedy szukałam. Książkę z upiornymi wierszykami nabyłam niedawno i stwierdzam, że rzeczywiście, są to wierszyki "niekoniecznie dla dzieci". Smaczku tej małej antologii dodają ilustracje Bohdana Butenko.

A to jeden z wierszyków:

[strony w książce nie są numerowane] "Wesoła gromadka", wybór poemacików i fotografii oraz ręczne zdobienie Bohdan Butenko"

Historia bardzo smutna o chłopcu, który nie chciał jeść zupy

"Michaś był tłusty, zdrów najzupełniej,
z buzią okrągłą jak księżyc w pełni,
jędrną jak orzech, śliczną, rumianą,
jadł i pił wszystko, co na stół dano.
Raz, gdy mu zupę stawia służąca,
on stąd ni zowąd talerz odtrąca.
Mama go łaje, a Michaś w sprzeczki:
"Nie chcę i nie chcę ani łyżeczki!"
Nazajutrz Michaś tak schudł niebożę,
że nikt go w domu poznać nie może.
Dają do stołu, on znowu w sprzeczki:
"Nie chcę jeść zupy ani łyżeczki!"
Na trzeci dzionek, bieda, nie żarty,
i schudł i osłabł Michaś uparty.
Lecz znów przy stole w krzyki i sprzeczki -
nie chce jeść zupy ani łyżeczki.
Nie słuchać starszych, rzecz bardzo brzydka!
W czwartym dniu Michaś wychudł jak nitka,
w piątym coś w piersiach i w gardle dusi:
kto nie je zupy, ten umrzeć musi.
Tak też z Michasiem!
Był zdrów i tłusty,
pięć dni grymasił,
umarł na szósty.
"



Trudno ciągle pisać, że Pratchett jest genialny. No bo jest. Toteż będzie tylko cytat z "Piramid", które są jednym z lepszych tomów cyklu.

s. 117 ("Piramidy" Terry Pratchett)

"- Udam się do moich pokojów - oświadczył lodowato Teppic. - Wiele spraw muszę przemyśleć.
- Zatem przyślę ci obiad, sire - zapewnił kapłan. - Smażone kurczę.
_ Nienawidzę kurcząt.
Dios uśmiechnął się.
- Ależ skąd, sire. W środy król zawsze rozkoszuje się kurczęciem.
"


Jagnięciem będąc zaczytywałam się (od kiedy nauczyłam się tak składać literki, żeby w głowie powstał mi z nich jakiś sens) w stosach bajeczek z serii "Poczytaj mi Mamo". Młodzież pewnie nie ma pojęcia, że coś takiego w ogóle  istniało, ja jednak wspominam je zawsze z rozrzewnieniem. Tym większa radość mnie ogarnęła kiedy dowiedziałam się, że "Nasza Księgarnia" zafundowała mi nostalgiczną podróż w lata 80-te XX wieku. Wchłonęłam te 10 bajeczek jednego wieczora, ale niedosytu nie zaspokoiła nawet szczegółowa lektura biografi autorów. Jedyne pocieszenie jest takie, że to dopiero księga pierwsza! :) Antologia jest pięknie wydana (na papierze kredowym) i w związku z tym cenę ma zdecydowanie nie-piękną (prawie 50 zł). Jednak nostalgiczny powrót do czasów dzieciństwa - zagwarantowany.


To jedna z lepszych książek Schmitta. Jest to zbiór czterech opowiadań, z których trudno mi wybrać najlepsze. Trudno mi też napisać recenzję tak małego utworu jakim jest opowiadanie nie zdradzając przez przypadek jego sensu. Powiem więc tylko, że Schmitt wrócił do formy (jeśli kiedykolwiek ją stracił) i znów mnie językowo zachwyca. Po raz pierwszy też pojawił się w Schmittowej książce pamiętnik autora. Z czymś takim spotkałam sie do tej pory jedynie u Kinga, więc moja satysfakcja z przeczytanej lektury była jeszcze większa. I powtórzę tylko za autorem cytującym Woltera: "Najlepsze książki to te, które w połowie zostały napisane przez wyobraźnię czytelnika."

Tagi: książki
22:39, ofczasta
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2












Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie: