RSS
wtorek, 27 maja 2014
Jeden dzień z życia glosterów.

Cześć, nazywam się Aloes. Jestem ulubionym kanarkiem Owcy (tylko nie mówcie Arabelowi, bo jemu się wydaje, że on jest), opowiem Wam, jak wygląda jeden dzień z naszego pierzastego życia.

Wstajemy o 6:00. Prostujemy piórka, przeciągamy się, Arcydzięgiel drze dziób.  On twierdzi, że "sprawdza czy nadal umie tak pięknie i głośno śpiewać jak wieczorem", ale nie ukrywajmy - drze dziób. W końcu całą noc nie śpiewał. Moi bracia (Arabel i Aronij), kilku sąsiadów i ja - usiłujemy do niego dołączyć, ale odpuszczamy. Trzeba posprawdzać czy u naszych żon wszystko dobrze, sprawdzić czy ładnie wysiadują jajka, nakarmić kobiety i - jeśli ktoś już ma - dzieci. 
Czekamy na Hodowcę, bo da świeże ziarno i/lub pokarm jajeczny, czasem zieleninkę. Lubimy. Wczoraj dali nam arbuza, dobry był, chociaż wolę brokuła. Albo mleczyk, a najbardziej to babkę. Owca ostatnio mi dała babkę, ale niedużo, bo akurat mieliśmy kilkudniowie pisklęta i Hodowca mówił, że nie wolno. Niech mu będzie.

Arcydzięgiel nadal drze dziób, ale co on ma do roboty? Ma uczyć Dzieci (które już opuściły swoje rodzinne domy) jak jeść, jak się kąpać, jak się bujać na sznurku... A co robi? No właśnie - słychać wyraźnie.

Pojawia się Hodowca. Nasypuje ziarna, wyjmuje puste spodeczki, czyści pojniki (poidełka) i trochę się denerwuje, że znowu się w nich kąpaliśmy. Przewrażliwiony jakiś. Dziewczyny z klatki D to nawet powrzucały tam zrąbki (to jest to, co mamy w klatkach, w miejscu, w którym ludzie mają dywany) i papier. Zrąbki można porzuć, czemu nie, ale wrzucać do pojnika? Bezsęsu. 
Hodowcy zawsze witki opadają jak to widzi i szykuje kąpiele dla tych, co wypultali wszystko z pojników. Ja w tym względzie zachowuję się wzorowo, a Goplana (moja żona), to tylko do basenu wchodzi. 

Następnie Hodowca sprawdza co słychać w gniazdach. U nas Goplana zawsze grzecznie wstaje  i pokazuje, co wysiaduje oraz w jakiej czystości utrzymuje gniazdo, ale wiem, że niektóre sąsiadki trzeba po kilka razy prosić żeby ruszyły z gniazd pierzaste zadki i pokazały jajka albo dzieci. Wiem też (to z kolei powiedział mi Aronij, że u sąsiadów tak było), że czasem rodzice nie nadążają i trzeba dzieci dokarmić. Hodowca przygotowuje wtedy specjalny pokarm i napełnia głodne dzioby. My nie mieliśmy takiego przypadku, bo świetnie sobie z Goplaną radzimy.

Potem Bezpierzasty sprawdza czy wszyscy są w dobrej formie. Dobrze jeśli tylko obserwuje, gorzej jak wsadza łapska do klatek i nas łapie. Nie lubimy, a Młodzież to taką panikę sieje, że czasami aż piórka na głowie dęba stają (nawet Glosterowi, a on w końcu ma grzywkę). Kto ma dostać lekarstwo albo witaminy, to dostaje, a potem mamy wolne. 
Czasem Hodowca zostaje dłużej i czyści jakąś klatkę. Lubię, jak czyści moją, bo wtedy mogę wyjść na spacer PRZED spacerem. Wczoraj słyszałem, jak Hodowca mówił Owcy, że pierwszy raz kanarek mu wylazł z klatki w czasie sprzątania. A po co miałem czekać? Z tego co Gloster mi mówił, to Hodowca też wychodzi, jak Wełnista sprząta (podobno po to, żeby nie zawadzać). To co się dziwi.

 Potem załatwiamy wszystkie ważne sprawy, o których Personel nie ma pojęcia. Jemy, karmimy żony i dzieci, kąpiemy się, oblizujemy ściany (Cydr bardzo lubi - twierdzi, że ściany mają niespotykane walory smakowe). Ja tam nie wiem, nie oblizuję, ale może on wie lepiej? W końcu jest przyjezdny, kawał świata już zwiedził. Tyle, że latać nie potrafi. W sensie - na spacery. Nie wie gdzie lecieć, gdzie lądować, panikuje jak Bezpierzaści usiłują go złapać. Katastrofa. Nie to, co ja.
Dzień mija i nastaje wieczór. Przychodzi Hodowca, a z nim Owca. Najpierw jesteśmy cicho, w końcu to oni przychodzą, niech się pierwsi przywitają, ale potem już nie możemy wytrzymać i gadamy wszyscy na raz. 
Zaczyna oczywiście Arcydzięgiel. Że Dzieci były niegrzeczne (nieprawda) i niczego się nie nauczyły (jeszcze większa nieprawda) i co on ma zrobić. W tym momencie zaczyna Cynamon (który ma więcej powodów do narzekań, bo Młodzież dosłownie mu wchodzi na głowę), ale cicho, bo wrzaskliwy szafir nie daje mu dojść do słowa. Wtedy dołącza Aronij, Arabel i ja. Frodo, Orzech i Omlet też dodają coś od siebie (oczywiście Bezpierzaści nie są w stanie niczego zrozumieć w tym wrzasku), Adonis czasem też, ale rzadko. Wtedy wkurza się Artur - też zaczyna śpiewać (Molly jest oczywiście zachwycona) i na chwilę jest spokój. Na chwilę, bo Litwor (Arcydzięgiel) znowu zaczyna.
Personel zazwyczaj wtedy już odpuszcza sobie wszelkie rozmowy (i tak nie słyszą się nawzajem) i przystępują do swoich zadań. Owca zamiata i odkurza (niektórzy z nas zaczęli już wymieniać pióra), sprząta kupy, które pisklaki zrobiły "przez okno". Ja swoim dzieciom nie pozwalam tego robić, ale inni wychowują pisklęta bezstresowo i pozwalają na wypinanie kuprów poza gniazdo, w efekcie czego kupy są robione "przez okno".
Potem Owca jedzie "do Irlandii na zmywak". Na początku nie wiedziałem co to znaczy (bałem się co będzie z moim spacerem!), ale Gloster mi powiedział (on jest bliżej zlewozmywaka...). Po prostu zbiera z wszystkich klatek spodeczki (czasem przypadają po dwie na lęgówkę, a we fruwajkach u Dzieci i Młodzieży to nawet po trzy) i szoruje je, żeby Hodowca miał nam w czym podać kolację i śniadanie. Potem wyciera podłogę. Potem (tym razem z Hodowcą) robią przegląd i czyszczenie gniazdek. Często myją całą klatkę. U nas jest (prawie zawsze) wzorowo, ale po pisklętach w innych rodzinach trzeba posprzątać, a nawet umyć całą budkę. 
Zazwyczaj wtedy, któryś z sąsiadów wychodzi (w końcu nie ma budki i dzieci, a żona rozprostowuje nogi, bo dopiero wstała z gniazda), ale jeśli to nie jest któryś z moich braci (tylko ktoś z "przyjezdnych") to za bardzo im te spacery nie wychodzą. No cóż, nikt nie jest doskonały, nie każdy może się nauczyć tak szybko, jak ja.

Muszę przyznać, że jak widzę, że ktoś fruwa mi przed nosem, to się denerwuję i ochrzaniam Owcę, że też już chcę na spacer! Muszę jednak czekać dopóki Personel nie posprawdza wszystkich gniazdek i (jeśli trzeba) nie zaobrączkuje dzieciarni. Bardzo tego nie lubię (tego czekania).
Ale jak już jest posprzątane, wszyscy napojeni i nakarmieni, zaobrączkowani i zadowoleni, to wtedy jest czas dla mnie i dla Owcy. Wełnista otwiera mi drzwiczki i fruuu! Najpierw ląduję na wierzbowych gałązkach i je obgryzam. Wypuściły takie smaczne listki! Potem na chwilę wracam do Goplany - niech też coś ma z mojego latania, bo sama nie chce wychodzić z klatki. Potem lecę do Aronija i Arabela. Napyskuję im trochę, ale to w końcu moi bracia, więc mi wolno. Potem skręcam w prawo, do klatki dziewczyn (nie mówcie Goplanie), bo całkiem ładne są. Cynamonowe - jak je pierwszy raz zobaczyłem, to myślałem, że z drążka spadnę! W życiu nie widziałem takich babeczek! Myślałem, że wszystkie są tak śliczne, jak Goplana - zielone i z grzywką, szczególnie jak się okazało, że Arabel też ma zieloną żonę (Asparagus ma na imię), ale potem się dowiedziałem, że żoną Aronija jest Aromat, a ona jest płowa. Potem mi Gloster powiedział, że są też żony żółte, jak jego - Pani Glosterowa i jej identyczna córka - Ananas. Widzicie sami - to wcale nie jest takie proste.

Od dziewczyn z klatki D lecę do Artura, ale nie zagaduję go za długo, bo nie wypada - to bardzo stateczny jegomość, potem zaglądam do Froda. Z nim często polemizuję na temat zalet posiadania rodziny wielodzietnej (on teraz ma czwórkę, ja jedynaka, ale wcześniej też miałem cztery pisklaki), ale Owca tego nie rozumie, mówi "Aloes, zaczynasz być krnąbrny" i bierze patyczek.
Patyczek jest windą - służy do tego, żebym usiadł i został odtransportowany do klatki (ostatnio się uczę podróżować na owczym kopytku, ale na razie jeszcze mi nie wychodzi), ale ja nie chcę i usiłuję wytłumaczyć Wełnistej, że przecież prowadzę dyskusję z Frodem! Owca wtedy chichocze i mówi do Hodowcy: "Zobacz, mam kanarka na patyczku, który śpiewa". Jestem tak zaskoczony tym, że ona myśli, że to patyczek śpiewa, a nie ja, że nawet nie zauważam, a już jestem w klatce. Podjem trochę, zerknę do Goplany i lecę dalej. Do Glostera. Jego nie ma co zaczepiać, bo się szybko denerwuje, więc przyczepiam się do klatki Arcydzięgla (Owca nie daje mi tam żerdki, na której mogę usiąść, bo twierdzi, że się kłócę z Litworem - ciekawe skąd ona to wie) i mówię mu co myślę o darciu dzioba przez cały dzień!

Zaraz potem mam eksmisję do klatki ("Aloes, nie wolno zaczepiać innych kanarków!"), ale to nic, bo już jestem zmęczony, więc jem, piję i karmię rodzinę. 
Potem obserwuję, jak czasami Bezpierzaści wypuszczają młodzież. Teraz trochę rzadziej, bo okazało się, że Młodzież jest zachwycona, wychodzą prawie wszyscy i  więcej kanarków jest poza niż w klatce (Cynamon twierdzi, że takich chwilach kompletnie siwieje), rozłażą się i rozfruwają, a Owca nie jest w stanie ich połapać. Hodowca wtedy się śmieje,  idzie po aparat i robi jej zdjęcia, kiedy trzyma sześć kanarków na jednym patyczku i usiłuje złapać pozostałe. Przyznaję, że Wełnista naprawdę wygląda wtedy zabawnie. A kiedy już zagoni Młodzież do klatki i usiłuje ich policzyć - też. :)
 
Potem jeszcze trochę pośpiewamy, podjemy i zaczynamy się kulkować (układać do snu). 
Strasznie pracowite z nas kanarki, prawda?
To mówiłem ja - Aloes. :)
 
PS W ogóle nie widać mi oczu, bo brwi mam takie pierzaste, jak mój tata - Limon.
Pióra z brwi zawsze mu wchodziły do oczu i Hodowca musiał je przycinać. Był "zachwycony" (przycinaliście kiedyś piórka kanarkowi przy oku?) - Hodowca, bo mój tata się nie bał i nigdy nie miał nic przeciwko. :)
 
Konsultacja: Hodowca&Owca 
środa, 21 maja 2014
Dlaczego mnie nie ma,

gdzie jestem i co wtedy robię.

I dlaczego zawsze, ale to zawsze Pasionek przegrywa z nadmiarem "rzeczy do zrobienia".
W ciągu dnia jestem w pracy, logiczne. Nie robię niczego innego, angażuje mnie całkowicie.
Przeanalizujmy więc czas "po pracy". Tylko w jednym tygodniu.
Jeśli jakimś cudem uda mi się wrócić prosto z pracy do domu, to karmię koty, wymyślam obiad (NzM go przygotowuje), jemy i robimy później resztę rzeczy, ale zazwyczaj nie jest tak "dobrze".

PONIEDZIAŁEK, oczywiście zaraz po pracy:
- piekarnia, bo zamrażarka (ani chlebownik) nadal nie mają zainstalowanej funkcji: twórz chlebek. Najlepiej pokrojony. I nie zapomnij o bułeczkach. :)
Potem ogrodniczy (kupiłam piękne lwie paszczki, bo ostatnio jak tam byłam, to usiłowałam zwalczyć chęć nabywania kolejnych kwiatków - no i po co usiłowałam?), potem castorama - stały punkt programu ostatnio, w międzyczasie kerfur (coś na obiad). Gdy wróciliśmy do domku, nakarmiliśmy koty (Baraniasty), wyczyściliśmy nocniczki (Owca), nakarmiliśmy Hodowcę i jego Owcę, to okazało się, że jest 20:00. Dużo czasu do 22:00, o której zawsze planujemy iść spać, prawda? No to czas na kolejny punkt programu, czyli: glostery (o tym będzie zupełnie osobny wpis). Wróciliśmy przed 22:00 (wyjątkowo krótko tym razem) i okazało się, że Baraniasty musi jeszcze poodpisywać na mejle. No to Owca też, wyjątkowo, na te najpilniejsze. Godzinę później olśniło mnie, że miałam o coś zapytać mojego Padre. Wysyłam sms, Padre oddzwania. Rozmawiamy tym razem jakieś cztery razy krócej, niż zwykle, bo tylko 12 minut. Wieszam pranie, które się zdążyło wyprać. Czas na pluskanie, czyszczenie kuwet, ostatnie karmienie kotów. Zasypiam przed pierwszą. Nastaje

WTOREK, dzień dyżurowy, więc wysypiam się jak arystokracja. :D Pierwsze śniadanie Futrzastym organizuje dzisiaj NzM, więc jak wstanę, to tylko nocniczki i przygotowanie się do pracy, sprawdzenie co słychać na balkonie (koty jeszcze nie obgryzły lwich paszczek ani pelargonii, które czekają na przesadzenie), szybkie ogarnięcie hacjendy, chęć zrobienia zamówienia w kocim sklepie internetowym (zakończona porażką). Potem praca. Po pracy odebranie zamówienia, załatwianie spraw Baraniastego, potem do Lidka, bo Pierzaki nie mają brokuła. W domu - standardowe czynności oraz zamówienie w zoo+, zapłacenie rachunków, ostatnie ustalenia na jutro, karmienie kotów, kuwety, itd.. Obecność sprawdzałam o 23:45 (po cichu, bo wszyscy już spali)...

ŚRODA, po pracy - spotkanie. Będę w domu nie wcześniej, niż o 18:00 i będę usiłowała zrobić to wszystko, co powinnam w czasie krótszym, niż zwykle. A potem Baraniasty poprosi o pomoc przy glosterach i znowu dzień się skończy bardzo późno.

CZWARTEK jest dniem w całości zaplanowanym, więc - oprócz właśnie tych rzeczy zaplanowanych - nie zrobię nic. Ale oto nadchodzi

PIĄTEK. Na piątek po pracy nie mam na razie planów (wiem, że jak tylko to napiszę, to zaraz się znajdą), więc pewnie pojedziemy na większe zakupy jedzeniowe, może uda się przesadzić kwiaty na balkonie i za oknem w kuchni, może uda mi się nawet poodkurzać! Może, bo pewnie piątek będzie bardzo podobny do poniedziałku. Jak zwykle.
Zresztą... o czasie zaczynającym się od piątku "po pracy" do NIEDZIELI przed północą nawet nie piszę. Dlaczego? Dlatego, że czas wtedy biegnie dwa razy szybciej, a nam się wydaje, że jesteśmy w stanie zrobić wszystko, czego nie zrobiliśmy w ciągu tygodnia. Co za bzdura.

A potem znowu poniedziałek. I tak jest ciągle. Zmieniają się tylko konfiguracje, godziny, dnie, miesiące, lata, niektóre rzeczy do załatwienia. Nie zmieniają się obowiązki. :) Kiedy koty, przy naszym jedynym posiłku, który mamy szansę zjeść razem, obsiadają nas w komplecie, to zaczynamy sobie zdawać sprawę, że "długo nas nie było" i nie mieliśmy dla nich tyle czasu, ile powinniśmy.

W tym tygodniu nie mam zaplanowanych żadnych lekcji ani zajęć, na szczęście (jeśli chodzi o czas), bo do całokształtu doszłoby jeszcze: wymyślanie quizów, konkursów, rozsypanek, rebusów i krzyżówek, które mogą zainteresować dzieciarnię, drukowanie tego wszystkiego, wycinanie, przygotowywanie. Fontanny i wodotryski. Kiedy? Zazwyczaj "w czasie wolnym", czyli od 22:00 do oporu materii wełnistej.

Czego - od dłuższego czasu - nie zrobiłam:
- nadal nie wyprasowałam tej sterty prania. Często w stanie skrajnej paniki (nie mam naszykowanych rzeczy na jutro!) i ku zdumieniu Baraniastego wyjmuję ze sterty bluzeczkę "na jutro", rozkładam deskę, wyjmuję żelazko i prasuję. Zazwyczaj jest to na jakieś pół godziny przed północą.
- od dłuższego czasu nie jestem w stanie odpocząć. Tak po prostu. Wyspać pewnie też nie, bo zazwyczaj "padam kłodą" jak już znajdę się w łóżku i budzę się na upierdliwy dźwięk budzika.
- zdjęć. Nie miałam czasu na obróbkę zdjęć. Nie przestaję ich robić, więc narasta ich coraz więcej. Same się nie przygotują i nie umieszczą na Pasionku, nie mówiąc już o emocjach, które towarzyszyły przy ich wykonywaniu, a które już powoli zapominam. Nie miałam też kiedy nauczyć się darmowego programu do obróbki zdjęć i nadal korzystam z picmonkey. Super, do momentu, kiedy nie okazuje się, że znowu coś się zawiesiło i dziesięć minut dłubaniny (nad jednym zdjęciem) poszło na marne.
- nie przeczytałam ostatnio żadnej książki. Tak od początku do końca. Czytam z doskoku, przy okazji, kiedy tylko się da. Ale ciągle za mało, ciągle stos się nie zmniejsza, a ja już tyle nowych, interesujących książek widziałam!

- nadal nie odpisałam na ważne dla mnie mejle...

Rzeczy, które zrobiłam zamiast tego ^ wszystkiego, jest na pewno więcej, ale przecież i tak pamięta się tylko te niezrobione i "zawalone"...

Na koniec (gratuluję temu, kto dotrwał do tego miejsca :) ) powiem tylko, że cieszę się z mojego Instagramu. Raduje mnie umieszczanie tam codziennych zdjęć, które nie potrzebują jakieś specjalnej obróbki, a pomagają mi zapisywać rzeczywistość obrazem. Nieustannie zapraszam tutaj. :)

Na koniec zupełnie wyluzowana Amber, wielbiąca nowe panele. :D
















Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie:



free counters