RSS
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Relacja.

Działo się dzisiaj, oj działo... ale o tym będzie na końcu, bo najpierw będzie o wczorajszej wycieczce. 

W niedzielę odwiedziliśmy Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach. Było fantastycznie i zdecydowanie polecam to miejsce - nie tylko po to, żeby wybrać się tam z potomkiem (wszak my jesteśmy childless).

NzM zrobił mnóstwo zdjęć, a ja wybrałam kilka z nich, bo reszta i tak pewnie niedługo pojawi się w jego galerii. :)

To był nasz kolejny przystanek na Szlaku Zabytków Techniki.

 

Widzieliśmy mnóstwo wiekowych wozów strażackich

 

fotografowanych od wewnątrz 

 

i w szczegółach

ale nie tylko.

 

Na sam koniec zwiedzania Owca walnęła w dzwon (spiżowy?), który kiedyś służył do zawiadamiania o pożarze. "Walnęła" to odpowiednie słowo (nie spodziewałam się takiego efektu) bo od dźwięku i wibracji zadzwoniły mi nawet pięty. ;)

 

Było fantastycznie, chociać brakowało mi dwóch rzeczy: współczesnego wozu strażackiego (chociaż to pewnie kłóciłoby się z założeniem muzeum) - tak dla kontrastu - i tej takiej błyszczącej rury, po której można zjechać piętro niżej. :)

A poza tym - jak dorosnę, to zostanę strażakiem. :)) 

A z rzeczy zmieniających życie:

- byłam dzisiaj w urzędzie zanieść dokumenty. Teraz pozostaje mi tylko czekać do sierpnia na egzamin, a potem... No cóż, o tym co będzie później będziemy pisać jak już to "potem" nastąpi. ;) 

- Kasia od Lazarków sprezentowała dzisiaj mojej NzT kota. Właściwie "miejsce na kota", bo dokładnie nie wiadomo jeszcze czy to on czy ona, ani co z niego wyrośnie. Kłębuszek futra ma 4-5 tygodni i nie jest w jakiejś rewelacyjnej formie (jak to znajda), ale nie jest też bardzo źle. 

Poprzednim razem nasza sąsiadka sprezentowała nam sikorkę "wypadniętą" z gniazda (NzM udało się znaleźć miejsce, gdzie się nią zaopiekowali), a tym razem uratowała sprzed paszcz swoich psów (zdumiała mnie tym faktem niezmiernie, bo z tej strony chartów nie znałam) - mały kawałek futra. 
To na razie tyle. Jak już puchata kluska zacznie przypominać kota, napiszemy coś więcej.  

A to dopiero początek tygodnia. 

niedziela, 26 czerwca 2011
Spiżarnia.

Nawet wtedy, kiedy wydaje mi się, że mam trochę więcej czasu... najczęściej mi się właśnie WYDAJE.

Weekend bardzo intensywny, choć aura nie do końca sprzyjająca. 

O dzisiejszej wyprawie będzie jutro, a tymczasem dzisiaj wrzucam zaległe zdjęcia zapasów owczo-baranich.

NzM widząc moje zapędy w przygotowywaniu potworów na zimę odpowiedział na moje zapotrzebowanie i zrobił mi nowe półeczki, dzięki czemu nasza zwykła komórka urosła do rangi SPIŻARKI. :)

Półeczki będę sukcesywnie zapełniać, słoiki dzisiaj kupiliśmy (bo dotychczasowe zapasy mocno się skurczyły) - wystarczy tylko poczekać na ulubione owoce.
Wiem czego nie będę robić - nie będę robić dżemu ze śliwek. Z bardzo prostego powodu - żaden dżem ze śliwek nie smakuje tak, jak ten zrobiony przez NzT. Po co więc w ogóle zaczynać? :)

Wszystkie zdjęcia robił NzM - obiektywem (fish eye), który bardzo lubię. 

 

 

W sumie na półkach goszczą: soki (z truskawek, bazylii i mięty), dżemy (z truskawek i rabarbaru) oraz pomidory (w zalewie i oleju z bazylią). 

A na koniec kot, który materializuje się jak tylko usłyszy słowo "spiżarnia" (wszak kojarzy się ono z jedzeniem...).

 

czwartek, 23 czerwca 2011
Na balkonie (cz. 2)

Była fauna, a teraz będzie flora balkonowa, czyli nasze kwiatuszki. 

Jak już pisałam wcześniej - zagapiliśmy się z pomidorami i dlatego w tym roku na balkonie urządzamy Kwiatowe Królestwo. Jest kolorowo i pachnąco. A co to będzie jak maciejka wzejdzie!

Na początek niecierpki:

zaraz obok petunie,

a w nastepnej doniczce panoszy się mięta

nad wszystkim góruje jałowiec,

obok niego g(w)oździki,

a na wszystkich spoglądają dwa "wisiele".

Nie zapominajmy o przysmaku Glostera - pietruszce.

I na koniec - co prawda nie balkon, ale rosną jak szalone - kuchenne (bo to okno kuchenne) pelargonie.

 

I tak wygląda nasze balkonowe Kwiatowe Królestwo. :) 

Tagi: Pasionek
22:12, ofczasta
Link Komentarze (10) »
środa, 22 czerwca 2011
Kot śmietnikowy...

Taak...

 

To jest Amber.
Siedzi w koszu na śmieci. 
Bo lubi.

Czy coś jeszcze na tym zdjęciu wymaga komentarza? :) 

Tagi: Amber koty
22:30, ofczasta
Link Komentarze (5) »
wtorek, 21 czerwca 2011
Na balkonie (cz. 1)

Dzisiejsze zdjęcia będą nieco archiwalne, bo od samego wydarzenia już trochę czasu minęło. Co nie zmienia faktu, że było bardzo interesująco. Bardzo! (jak stwierdziły koty).

Co tak zainteresowało trzy ciekawskie futra? 

 

Co tak zdenerowało Filemonka, że aż musiała nakrzyczeć?

Oto winowajca!

 

Ptaszek nie był w szczególnie dobrej formie (czego dowodem był chociażby fakt przesiadywania czterem kotom PRZED NOSAMI), ale zaintrygował nasze puchate panny bardzo mocno. 

 

Kiedy nie udało się go "upolować" a "szczękanie" (i namowy w stylu: "Wpadnij do nas na obiad!") na pierzastego nic nie dało - wataha sierści poczuła się zdegustowana.

 

W czasie rozmów kuluarowych doszły najwidoczniej do wniosku, że lepsze chrupki w garści (w misce) niż gołąb na wsporniku. :)

 

To "coś" czego nie widać i co udaje, że go nie ma, to Latte i jej sposób polowania i działania grupowego. 

 

 

Ponieważ dzisiejszy wpis jest koci-ptasi, na koniec zagadka:

Co widać na zdjęciu? :)

 

sobota, 18 czerwca 2011
W kilogramach...

Nie wiem co mnie napadło, ale do zagadnienia podeszłam bardzo ambitnie.

Przeglądając kolejne blogi kulinarne postanowiłam zrobić własnoręczne potwory*. Najpierw pomysł zakiełkował: że to takie fajne i w ogóle, własnoręczne, można podarować komuś słoiczek i ten ktoś się zachwyci jakie to dobre i że lepsze (!) niż ze sklepu. I przede wszystkim – nie takie słodkie! I drugie przede wszystkim – sama, własnoręcznie i… pierwszy raz w życiu.

*tak się u nas w domu mówi na przetwory.

Potem pomysł zaczął się rozrastać, wizja Owcy krzątającej się po kuchni krystalizować, a słoiki wyparzać. Brakowało już tylko najważniejszego składnika. No dobrze, dwóch. Wolnego czasu i truskawek. :)

W piątek (wczoraj), bladym świtem (hi hi), NzM udał się na targ warzywny, a gdy przyszłam do domu, czekała już na mnie wanna truskawek i… („Baranku, kup też proszę rabarbar”) jakieś 6 kg rzewienia.

A potem już tylko obierałam, dusiłam, zalewałam, mieszałam, puchłam z dumy jak się wszystko udawało i załamywałam jak masa dżemowa żyjąc własnym życiem, po wyjęciu z piekarnika opuszczała słoiki…

Efekt wczorajszych działań jest widoczny dzisiaj w postaci:

- 7 słoików z komponcikiem (tak Owca, jagnięciem będąc, mówiła na kompot) z truskawek
- 8 słoików dżemu z truskawek (z dodatkiem rzewienia, o czym za chwilę)
- 3 słoików soku truskawkowego
- i jak na razie 3 słoików dżemu rabarbarowego

Ponieważ powyższe dzieło, jest dla mnie godne (co najmniej!) oskara przechodzimy do momentu, w którym dziękuje się współautorom sukcesu, a zatem:

- dziękuję mojemu Mężowi za przyniesienie 8 kilogramów truskawek, 6 kg rabarbaru (i 20 kg ziemniaków, ale one nie biorą udziału w tym przedsięwzięciu) i przypominaniu mi (kiedy w końcu zaczynałam narzekać, że kręgosłup odmawia mi posłuszeństwa), że „sama chciałam” i „zobacz jaki fajny dżem będziemy mieli” oraz że „kotki są głodne i się nudzą, bo się nimi nie zajmujemy” czyli w ogóle za pomoc oraz pacyfikowanie walecznej (i gorącej!) masy, która notorycznie uciekała ze słoików,

- autorkom blogów kulinarnych, które zmotywowały mnie do działania i pozwoliły uwierzyć, że jestem w stanie stworzyć coś, chociaż odrobinę podobnego, do ich dzieł (szczególnie Szarlotce – ona już wie za co ;) i Bei, od których dowiedziałam się, że DA SIĘ zrobić potwory bez żelfixa czy innego glutka, a ważnym słowem, którego muszę się nauczyć i zrozumieć jest PEKTYNA :) ).

Na dzisiaj, jak wrócę z pracy, planuję:

- zrobić coś z tą wielką michą pokrojonego rzewienia,
- galaretkę bazyliową i miętową.

Uprzednio poszedłszy „na rower” rzecz jasna. :)

 

Tytuł postu zobowiązuje, więc zamieszczam (w kilogramach) poniżej efekty wczorajszego ważenia koteniek:

Mała 4,30

Fil 4,36

Latte 4,43

Amber 4,76

Bii 4,22

Z powyższego wykazu wynika, że mimo iż Indyczek jest chuda jak przecinek, to waga 4,3 kg nie jest niepokojąca. W przypadku Pierożka również. Latte jak zwykle udając, że jej nie ma, sprawia wrażenie bycia o wiele mniejszą, niż jest w rzeczywistości. Wzięcie syjamki na ręce pozbawia jednak złudzeń („ubity”, ciężki kotek). Bii zamyka stawkę i nadal jest chuda (chociaż „torba na chrupki” dynda jej pod brzuszkiem), a Amber…, no tak – Amber to kawał kocicy. Kawał WIECZNIE GŁODNEJ kocicy. :) 

niedziela, 12 czerwca 2011
Niedziela.

I znowu zabrakło mi dnia.
Marzą mi się już wakacje, ale do września (najbliższy przewidywany termin urlopu) daleko, więc trzeba się wziąć w garść.
Byliśmy dzisiaj (we trójkę - czyli z NzT) w parku. Jeździliśmy dwie godzinki, co jak na Owcę, która miała dłuższą rowerową przerwę, jest całkiem dobrym osiągnięciem.

Moje biało-różowe cudeńko.

Przy okazji NzM "released the dragon" czyli latał Lamą, która usilnie opierała się wiatrowi, aż do momentu kiedy mimo usilnych starań Barana, wpadła na latarnię. I takie były efekty tego zderzenia... (ułamana łopata).

 

Potem oczywiście Lama latała dalej... (ucięłam kawałek koła, bo wcale nie łatwo zrobić zdjęcie w stylu: "atak wściekłej Lamy", hi hi - rower co prawda stoi, czego nie można powiedzieć o heli)

W parku było fantastycznie, pogoda piękna (wszyscy wrócili pięknie zaróżowieni oprócz mnie - jak zwykle przez całe lato będę udawać "córkę młynarza"), ludzi niestety też dużo, chociaż wyjechaliśmy rano (owcze rano - czyli ok. 9:30). Widzieliśmy faunę

i florę (te krzaczory za różowymi kwiatkami oszałamiająco pachną miodem. Czy ktoś może je rozpoznaje? Miło by było wiedzieć co tak pięknie pachnie. :)

W drodze powrotnej mocno się zdziwiłam, bo kolejka do chorzowskiego Zoo była trzy razy zawijana. Do tej pory mnie to zastanawia (mam wyrobione, raczej mało pozytywne zdanie o "naszym" Zoo).

Potem szalałam w kuchni, a Baran chichotał, że do tej pory jedliśmy ryż z warzywami, a od kiedy jego żona czyta blogi kulinarne, to spożywamy risotto ze szparagami. Przepis ponownie wzięłam od Dorotki i powiem, że całkiem dobrze to wszystko smakowało. Gdyby nie wybitnie irytujące obieranie szparagów - byłoby to danie idealne. ;)
Potem wizyta u babci, potem przygotowanie się na jutro, karmienie futer (które dzisiaj jadły chyba z piętnaście tysięcy razy) a na kolację gofry.
Boskie,
własnoręcznie robione przez NzM - gofry. Drożdżowe, puchate, z serkiem waniliowym i dżemem wiśniowym. Mniam.

Trudno określić jak bardzo optymistycznie taki dzień nastraja i jak dużą siłę daje, do zmierzenia się z nadchodzącym tygodniem (który wcale nie będzie łatwy). :)

sobota, 11 czerwca 2011
Syjamsko.

Dlaczego wolne dni zawsze tak błyskawicznie upływają? Dlaczego są takie krótkie?!

Zrobiłam dzisiaj na drugie śniadanie pankejksy z przepisu Szarlotki, a na deser pieczony rabarbar z lodami, znaleziony u Dorotki. Zostało mi jeszcze trochę zielono-różowych "patyków" więc zapasteryzowałam i czekają na swój czas w dwóch słoiczkach. :) 

Efekty sesji balkonowej. Dzisiaj - Latte. :) 

"gruszka" syjamska ;)

 

profil 

 

błyszczące futro w kolorze latte  

 

a na koniec zagadka: gdzie jest Latte?

 

i odpowiedź

:) ("helikopter" uszny)

 

I wspomnę jeszcze tylko przy okazji, że NzM kupił mi dzisiaj piękny rower. Zdjęć na razie nie ma - ważny jest kolor: biało-różowy. ;) Byłby różowo-biały, ale w ostatnim momencie zdałam sobie sprawę, że nie mam 12 lat, tylko "trochę" więcej. :D
Cieszę się jak GłodOwca na kolację. :D

 

wtorek, 07 czerwca 2011
Słoneczna sjesta.

Najbardziej fotogenicznego (?) kota na Pasionku. 

O co chodzi? Zawiniętego ucha nie widziałeś?

Zjaaaadłam bym coś. ;) 

Ale tak serio: czego chciałeś? 

 

23:16, ofczasta
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 06 czerwca 2011
Tylko tekst.

Dzisiaj (wraz z kolejnym deszczem) spłynęło na mnie olśnienie: prawie od tygodnia trwa czerwiec, a ja nie zajrzałam nawet na Pasionek.
Ten pierwszy tydzień czerwca był jednak na tyle intensywny, że czuję się usprawiedliwiona.

Pasionek.
Czyli my (tym razem zacznę od Dwunożnych). W ubiegłą sobotę udało nam się posadzić kwiatki na balkonie. Fotek na razie nie będzie (bo jeszcze nie ma całokształtu) podobnie jak pomidorów w tym roku, bo się zagapiliśmy. Będą więc zioła, petunie (ciotka Petunia...) i pięknie pachnące goździki. A za oknem kuchennym (tam gdzie był wrzos) kwitną, jak oszalałe, pelargonie.

Byliśmy wczoraj w Krakowie. Bez szczególnej przyczyny, chociaż w planie miałam odwiedziny na Targach Książki Dziecięcej i Młodzieżowej. Pogoda (upał) zniechęciła mnie jednak skutecznie i zamiast tego - posiedzieliśmy sobie znowu pod Wawelem nad Wisłą. W cieniu oczywiście. :)

Nie byłabym sobą, gdybym nie zaciągnęła Barana do krakowskiego Empiku (oczywiście z samozapewnieniem, że NIC nie kupuję). Skończyło się wiadomo jak. Pal licho zubożenie konta, pal licho postanowienie, że "na razie nie kupuję żadnych książek" - mam dla Barana nowego Pilipiuka (komiks tym razem) z autografem! Niestety nie zdobytym "własnoręcznie", a tylko dzięki uprzejmości pani kasjerki ("a czy nie chciałaby pani egzemplarza z autografem?"), ale mamy!

W Czekoladopijalni tym razem trochę zaszaleliśmy, dzięki czemu poznałam smak lemoniady grejpfrutowej z bazylią. Tego sie nie spodziewałam! Genialne! A potem już standardowo.

Dzisiaj spotkanie ślakich fajczarzy, po którym udowodniłam wszem i wobec, że certyfikatu Dobrej Żony nie dostałam na piękne owcze oczka. ;) Pozwoliłam Baranowi dokończyć fajkę w Fordce. Mimo, że nie był to Peterson (tytoń cudnie pachnący).  :)

NzM skończył grać w "Wiedźmina 2". Bardzo ciekawa byłam jego recenzji (uzależniam od niej swoje rozpoczęcie gry), no i wywiązał się taki dialog:

Owca: I jak oceniasz grę? Wiesz, tak ogólnie - w skali od 1 do 10, skoro większość recenzji daję ocenę 9,5.
Baran: Hm... tak z 6...
Owca: ?!?!?! Ale jak to? Przecież to jest takie super! I w ogóle! I jak możesz tak nisko oceniać?! Ale przecież!
Baran (spokojnie dokańczając): ... powyżej 10...
I za to (i nie tylko za to) go uwielbiam. :)

Fordka
27 maja minął rok od kiedy razem jeździmy. Przejechałyśmy ponad 3 tysiące kilometrów. A ja ciągle się uczę. Ciągle poznaję mój niebieski samochodzik. Każde kolejne "drapy" przeżywam jak osobiste rysy na honorze. Nauczę się w końcu. I będę śmigać jak "Błędny Rycerz" (autobus w cyklu o Harrym Potterze, który przejeżdżał... nawet tam gdzie pozornie nie było to możliwe). :)

Futra.
Przez wiekszą część dnia leżą "rozrzucone po całym domu, jak wyliniałe futra". Nie są oczywiście wyliniałe, są jednak futrzaste co pewnie im jakoś szczególnie nie pomaga - w taką pogodę. A NzM tylko śle mi mmsy naszych kiciusiów rozłożonych w różnych konstelacjach. Robi im też czasem sesje balkonowe (jeśli nie jest za gorąco na trzymanie aparatu, hi hi) czego efekty wrzucę niebawem.

Póki co - niedawna sesja fajkowa. Bardzo mi się podobają, szczególnie churchwardeny.

Praca.
Napisałam i oddałam. Teraz czekam. Czyli chwilowy spokój. Uzbrajam się w cierpliwość, bo wiem, że to dopiero początek. Nie zmienia to jednak faktu, że chciałabym mieć to wszystko za sobą.

Acha. I House się skończył. Mogę w sumie powiedzieć, że NARESZCIE, bo ta ostatnia seria, to była jakaś porażka. Niech sobie odpuszczą dalsze kręcenie i niech zostawią po sobie dobre wrażenie, a nie niesmak.

 

Chciałabym, żeby pewne rzeczy w życiu były prostsze...















Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie:



free counters