RSS
niedziela, 31 lipca 2011
Lipcopad.

Tytuł dzisiejszego wpisu wymyśliła mi w komentarzach AMW. I dziękuję, bo dokładnie tak chciałam tę katastrofę pogodową określić.

Pada. Siąpi. Deszczy. Leje. Kropi.
Świra można dostać.

Szczególnie kiedy człowiek usiłuje się dostać małym niebieskim samochodem na drugi koniec sąsiedniego województwa i jedzie tam (i z powrotem) w sumie jakieś 8 godzin. 170 kmx2. Obłęd. Nad morze dojechaliśmy w niecałe 7.

Jedyną zaletą tego wszystkiego jest fakt, że NzT wypoczęła (mam nadzieję) i zobaczyła (pod mgłą) mały kawałek naszych pięknych gór. Zrobiła do tego stos ładnych zdjęć (widziałam!) i może pozwoli mi kilka na Pasionek wrzucić. :) 

Wadą zasadniczą było zaś to, że jak u nas przez ten tydzień lało, tak i tam góry były codziennie moczone i opakowywane we mgłę.

 

Poza tym - stan psychiczny Owcy bez zmian. 
Niedługo egzamin. Wydaje mi się, że nic nie wiem, niczego nie umiem, wszystkiego zapomniałam i nie mam pojęcia co powiedzieć.

 

No i Duża Czarna. Nie jestem w stanie na nią patrzeć nie rycząc: z ulgi, że dzięki niej mój Baran jest cały i żałości, że ulubione, genialne, wyczekane autko wygląda tak, jak wygląda przez czyjąś głupotę.

piątek, 29 lipca 2011
Zombie.

Czuję się jak chodzące zwłoki.
Nie dosypiam, jestem zmęczona i mam dosyć.
Nie śpię, bo codziennie wstaję przed szóstą, co z założenia mnie dobija. Mimo, że wstaję wcześniej niż zwykle, to jakoś nie kładę się spać wcześniej niż dotychczas, więc nie dosypiam z założenia. Zaczynam kontaktować ok. 10:00 po czym następuje spadek energii i od 13:00 myślę już tylko o tym jak bardzo chce mi się spać.
Co ciekawsze - czeka mnie perspektywa niewyspania jeszcze przez co najmniej tydzień. Już się cieszę. :/

Jestem zmęczona swoimi problemami na tyle, że nie mam siły wchłaniać jeszcze czyichś. A powinnam. A przynajmniej tak mi się wydaje. Na pewno natomiast niektórym się tak wydaje.

Jestem zirytowana tym, że denerwuję się JUŻ (na zapas) egzaminem, który chociaż bliżej niż dalej, to jednak jeszcze nie jutro. Nic nie daje tłumaczenie sobie, że to nie ma najmniejszego sensu i że powinnam się denerwować tego dnia lub ewentualnie dzień przed. A nie teraz.

Dosyć mam pogody i lipca, który udaje październik. Każdego dnia, od co najmniej tygodnia, pada deszcz. Tyle że pada akurat wtedy, kiedy wychodzę z pracy. Albo zaczyna ok. 14:00 (żebym nie miała złudzeń, że się wypogodzi zanim wyjdę) i tak bez końca. Na rower więc tylko sobie mogę popatrzeć. No cóż - piękny jest. Szkoda tylko, że w komplecie nie dawali dobrej pogody na czas, kiedy się chce jechać na wycieczkę rowerową.

I ponad wszystko: chce mi się urlopu. Tak bardzo, jak to tylko jest możliwe.
A że myśląc o tym w tej chwili dopadnie mnie jedynie jeszcze większa frustracja, to też reaguję wściekłym warczeniem jak słyszę o wszelakich: Grecjach, Tatrach, Toskaniach, Mazurach, Włoszech i Helu.

Bo ja też chcę. Bo tak wykończona psychicznie i fizycznie już dawno nie byłam.

Tagi: Pasionek
14:21, ofczasta
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 25 lipca 2011
Jak rozpieszczać swoje koty - poradnik. ;)

Telefon.
- Słuchajcie, Wasze futra jedzą Shebę, tak?
- Tak, pochłaniają wręcz.

A potem się okazało, że cena jest bardzo okazyjna, więc poprosiliśmy A. i I. o kupienie zapasów.

No i kupili (sami chcieliśmy) i jeszcze przywieźli. :)

I teraz w spiżarce - oprócz słoików z potworami - króluje kocie jedzonko w ilościach hurtowych.

Zaraz po przyniesieniu i podzieleniu wyglądało tak:

A potem Pierożek zaczął ponaglać:
"Jeść!"

Wtórowała jej Amber:
"Jestem głooodna!"

Cóż było czynić... ;)

Urodziny :)

Blog pasionkowy ma dzisiaj rok. Pierwszy wpis zamieściłam 25 lipca 2010 r. o godzinie 15:47. Dotyczył... początku pisania blogu :) a jako pierwsza skometowała go osoba, która teraz już nie chce mieć ze mną nic wspólnego (a ja z nią).

Miałam straszną tremę kiedy myślałam jak bardzo się otwieram przed... internetem? ;) Chciałam pisać o wszystkim, co dla mnie ważne (założenie zrealizowane), ale przede wszystkim o piątce naszych kocich panien, o książkach, które czytamy, o filmach, o wyprawach... :)

Blog miał w założeniu być moim spodobem odreagowania na otaczającą mnie rzeczywistość. Spełnił swoje zadanie - i mam nadzieję, że będzie spełniał je nadal.

W czasie tego roku popełniłam 162 wpisy (jak dobrze policzyłam, bo blox nie oferuje takiego "wypasu" jak liczenie wpisów), do których często dodawałam piękne zdjęcia wykonane przez ukochanego Męża.

Moje wpisy komentowali wspaniali Komentatorzy, kórych nigdy bym nie "poznała", gdybym nie założyła wirtualnego Pasionka. :) Dziękuję Wam serdecznie. Bez Was - tych znanych "na żywo" i tych wirtualnie - Pasionek nie byłby tym, czym jest. Wasze komentarze dodawały skrzydeł i napędzały mnie do tworzenia.
Poproszę o jeszcze. :)

Dzisiaj częstujcie się cyfrowym tortem (znalezionym kiedyś na owczym bloxie), a może kiedyś - kto wie - spotkamy się face to face? :)

Tagi: Pasionek
21:19, ofczasta
Link Komentarze (3) »
czwartek, 21 lipca 2011
...

Zaczynałam ten wpis może z tysiąc razy. W tym jakieś 950 razy w myślach...
Miał być o czymś konkretnym, a w efekcie będzie pewnie o czymś zupełnie innym.

Kiedy wywraca się człowiekowi życie o 180 stopni (znowu), to zaczyna mieć inny pogląd na pewne sprawy (znowu).
Czy jest sens pisać coś więcej na ten temat? Pasionek, to mój ekshibicjonizm, ale nawet on ma swoje granice.
Poza tym - muszę sobie poukładać w głowie (to jeszcze potrwa) zanim zacznę wygłaszać prawdy oczywiste i objawione na temat samego wydarzenia. :/

W sobotę, aby odreagować piątek (niewykonalne, jak się okazało) wyprodukowałam kolejne dwanaście słoików z potworami. Prym wiodły śliwki dwóch rodzajów jak również brzoskwinie, porzeczka i agrest. Nie sądziłam, że z tych dwóch ostatnich zrobi mi się galaretka już na patelni. W konkursie pektynowym wygrywają zatem w przedbiegach.

Potem rower i rower. I konstatacja, że jak człowiek jest wymęczony psychicznie, to mu się nawet pedałować nie chce.

W tygodniu pracowym urwanie głowy. Jakoś tak zawsze jest, że jak są "wakacje", to pracy jest o wiele więcej. Może to wina tego, że wydaje nam się, że mamy więcej czasu, bo czytelnicy są na wakacjach?
No i znam już termin egzaminu. To dobre, bo mimo że nienawidzę czekać, to teraz przynajmniej moje czekanie ma jakiś sens.

Będzie kilka słów o wykluczeniu społecznym.
Długo czekałam na ostatnią część Pottera w kinach. No i się doczekałam. Mieliśmy iść do kina dzisiaj, ale... nie poszliśmy i pewnie nie pójdziemy. Powód? 3D.
Ja rozumiem, że trzeba na tym filmie zbić tyle pieniędzy, ile tylko się da (bilety na 3D są oczywiscie droższe), ale są tacy (np. NzM, ja), którzy nie są w stanie obejrzeć trzygodzinnego filmu (z napisami, bo dubbing jest niestrawny) w 3D nie przepłacając tego bólem i zawrotami głowy oraz mdłościami. Bo tak mamy i już.
Ale jest to najwyraźniej nasz problem, bo żadne (!) kino w naszym mieście nie oferuje możliwości obejrzenia tego filmu w tradycyjnym 2D i z napisami. Możemy jechać do Gliwic i tam obejrzeć. Z dubbingiem.
Pozostaje czekać pół roku na premierę DVD.
(wali_puchatym_łbem_w_ścianę)

Czy czułyście/czuliście się kiedyś dyskryminowane/dyskryminowani?
Na targu pani patrzyła i rozmawiała ze mną, mimo że to Baran pytał o sitko i okapywacz do sztućców. Nie była w stanie pojąć, że mężczyzna może się na tym znać.
W sklepie z farbami samochodowymi sprzedawca rozmawiał z moim Mężem, mimo że to ja zapytałam o farbę do Fordki. Poprosił też Barana "żeby mu otworzyć samochód", mimo że to ja nim przyjechałam i dzierżyłam w dłoni kluczyki (przytroczona do nich owca nie mieści mi się w kieszeni).

To chyba takie najbardziej rażące przykłady, chociaż mogłabym wymienić ich więcej.

Ale dla kontrastu.
W warsztacie samochodowym (którym znam i lubię) panowie traktują mnie normalnie, mimo że moje zdolności samochodowe kończą się na umiejętności dolania płynu do spryskiwaczy, sprawdzeniu oleju i ciśnienia w oponach (chociaż kiedyś wymieniłam - z pomocą NzM przy odkręcaniu zapieczonych śrub - wszystkie koła w Mykance).
Podobnie u elektryka samochodowego. Też mnie nikt nie ignoruje, mimo że znajomość elektryki samochodu u mnie wygląda tak (po prawej):


A jednak są miejsca, gdzie traktuje się mnie - kobietę jak powietrze, i takie, gdzie Barana - mężczyznę się ignoruje. Nie podoba mi się to z założenia.

Nie twierdzę, że "kobiety na traktory, a mężczyźni do garów" (chociaż znani mi mężczyźni, którzy gotują - robią to genialnie), ale przesada w każdą stronę nie jest właściwa.

Wracam do lektury przepisów prawnych, ale udało mi się ostatnio przeczytać biografię Marii Skłodowskiej-Curie, która byłaby tym doskonalsza (książka, nie uczona) gdyby ograniczono do minimum szczegółowe opisy doświadczeń (i aparatury) jakie wykonywała. Ja WIEM, że była genialna, WIEM, że była doskonała i miała pasję. Nie trzeba mi tego potwierdzać skomplikowanymi wzorami chemiczno-fizycznymi, bo to dla mnie totalna abstrakcja. Książka - wydaje mi się - godna polecenia. W wątkach biograficznych (nie traktujących o naukach ścisłych) zaczytywałam się z przyjemnością.

 

 

Wchłonęłam też dosyć szybko "Kunę za kaloryferem". Bardzo podobały mi się opowiadania o uratowanych bocianach i sówkach uszatkach. Najbardziej chyba jednak historia wydry - Julka. Polecam zwierzolubom tym bardziej, że czytanie jest takie bardzo "egzotyczne" (dla mnie było), bo dotyczy zwierząt dzikich, a nie domowych. Wrażliwi mogą się zrazić tatarem z surowych myszy (lecz cóż innego jedzą na przykład dzikie kuny?).

Nasze panny futrzaste ostatnio głównie jedzą i śpią. Aura nie sprzyja jakiejś szczególnej aktywności i wcale im się nie dziwię. Też bym najchętniej weszła pod kołdrę i tam została do przyszłego poniedziałku...

Może ze względu na pogodę, może na wiek - Fil nie jest w pełni swojej formy. Widzę, że bolą ją ostatnio plecy i nie jest tym jakoś szczególnie zachwycona. Trudno się dziwić - ja też nie jestem wzniebowzięta jak popsuty bark informuje mnie kiedy będzie padać deszcz.

Mała jest chuda jak przecinek, mimo że jej waga się nie zmieniła - dyndająca pod brzuszkiem "torba na chrupki" jest jednak pusta. To też pewnie zasługa wieku - Indyczek będzie miała 9 urodziny za trzy tygodnie.

Coraz więcej masy zaczyna nabierać Latte. Nasz kot syjamski zaczyna też powoli reagować na swoje imię (i tak często nie ucieka w panice jak je słyszy) i coraz częściej zaczyna się zachowywać po kociemu (bawi się i przychodzi do nas się miziać). Dużo jednak jeszcze trzeba (czasu, cierpliwości i pracy) żeby przestała być takim niemądrym kotkiem.

Dwie kolorowe panny podgryzają się nawzajem i szaleją jak zwykle. W tym wypadku status quo jest bardzo pozytywną okolicznością. No może Bii trochę więcej piszczy (bo przecież nie miauczy) a Amber by chętnie coś więcej zjadła.

Na dobranoc i na koniec tego chaotycznego wpisu (strumień świadomości...) będzie Mała i Fil. Seniorki w sepii. Zdjęcie z archiwum.

 

czwartek, 14 lipca 2011
Laserek.

O tym, że koty lubią się bawić laserkiem powiedzieli nam I. i A.
Jakoś (wtedy) nie mieliśmy o tym pojęcia.

Laserek kupiliśmy niemal od razu. Niemal, bo okazało się, że jest to towar wysoce deficytowy. ;)
Teraz jest dodawany nawet do kocich chrupek w ramach gratisu. Wtedy tylko jakimś cudem udało nam się go zdobyć.

Laserek jest jedną z ulubionych zabaw futer. Wszystkich, bez wyjątku. :)

Czy Wasze koty też lubią laserek?

W ramach ilustracji - świetnie oddający charakter tej zabawy - komiks
(źródło na obrazku).


A na dobranoc - zagadka.
Zdjęcie jest "nieco" archiwalne, bo w aparacie dziwna posucha jeśli chodzi o aktualne futra. :)

Czyje radary (kocie uszy) widać na zdjęciu? :) 

(kto będzie chciał - znajdzie podpowiedź - jeśli w ogóle jest konieczna ;) )

 

poniedziałek, 11 lipca 2011
Wiśnie.

Tak, robienie potworów mi się spodobało.
Nie wiedziałam jednak, że ta czynność zajmuje tyle czasu.

Wiśnie czekały od dobrych kilku dni. Do ich zerwania mobilizowaliśmy się dwa razy dłużej. To, co w ciągu tygodnia graniczy z niemożliwością zostało jednak wykonane przez łikend.

Nie licząc (wyczekanej) wycieczki rowerowej. Krótkiej, bo wiśnie czekały, a na tyle długiej, że przypiekło mi ramiona (cyt. "Owco wyglądasz jakby Ci ktoś doczepił ręce").

A potem wiśnie. Wiśnie, WIŚNIE. Pełno wiśni! Zbieranie i drylowanie. Kompoty, dżemy i soki.

W niedzielę - dla odmiany - znowu to samo...
Moje ramiona się pieką, wiśnie są zbierane (bo jakoś same nie chcą do wiaderka wpadać), a NzT mimochodem wspomina: "Owco, a nie chciałabyś lawendy?".

Okazało się, że chcę. Więc w przerwie między przetwarzaniem wiśni - zbieram lawendę (sama chciałam).
Jest środek dnia, żar leje się z nieba (lawenda ma
stanowisko słoneczne), ramiona się pieką (nie czuję tego i nie wkładam koszulki z rękawkiem, bo - ogólnie - jest mi gorąco, ale bolesna świadomość efektów tego działania przyjdzie do mnie wieczorem...), lawenda pachnie oszałamiająco, trzmiele szaleją w malwach, koty NzT rozrzucone jak puchate chodniki w cieniu czegokolwiek patrzą na mnie dziwnie, a ja zbieram... A potem obieram. Palce mi pachną, wszystko mi pachnie i jest lawendowo.

Patrzę na Fordkę (stoi w końcu na "parkingu") i uświadamiam sobie, że należy jej się kąpiel. Idę do domu po wiaderko i myję tylko szyby, bo na kąpiel nie ma czasu (czekają wiśnie). Musi mi wybaczyć.

W międzyczasie wołam NzM z aparatem i odpowiednim obiektywem, bo trzmiele wygladają niesamowicie - unurzane całe w pyłku.

Baran robi zdjęcia (za co należy mu się medal, bo jakoś - podobnie jak ja - nie pała szczególną sympatią do tego typu owadów).

 

Z lawendą i kolejnym wiadrem wiśni wracam do domu. Tym razem będzie nalewka (made by NzM), dżemy, soki i galaretka.

W międzyczasie robię ciasto (majonezowe)* z wiśniami, a jakże.

Wiśnie się smażą, a ja sprzątam Pasionek (w sobotę się nie udało, "bo wiśnie" rzecz jasna).

W okolicach północy, kiedy w głowie mi się kręci ze zmęczenia, znajduję w lodówce wiaderko agrestu. "Owco, nie mam pomysłu co z nim zrobić" mówi mój Ukochany Mąż. Ja pomysł mam.
Galaretka agrestowa perkocze, a ja prasuję stertę ubrań (bo się jakoś nazbierało).

I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, okazuje się, że od jakiegoś czasu już jest poniedziałek...

A efekty weekendowe? Ależ proszę :)

widok z góry

W sumie jakieś 23 słoiki z kompotem, dżemem, sokiem i galaretką z wiśni.

I jeden z agrestem.


*Ciasto majonezowe
Przepis otrzymała moja Protoplastka "od koleżanki z pracy". Nie wiem więc czy rzeczywiście jest oryginalnie wymyślony przez ową koleżankę. Możliwe, że jest znany i krąży w internecie od czasu jego powstania, a ja nic o tym nie wiem, bo nie szukałam. :)
Nie ma się co zrażać ani nazwą, ani zawartym w przepisie octem, bo ocet, rzecz jasna, wyparuje w czasie pieczenia.
Ciasto jest tak proste, że nawet średnio wykwalifikowana Owca (ja) potrafi je zrobić. :)

Składniki:
4 jajka
150 g cukru (ja daję zazwyczaj pół małej szklanki)
150 g mąki
2 łyżki oleju
1,5 łyżeczki octu
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Białka należy ubić z cukrem w garnuszku. W drugim do żółtek dodać olej (mieszać), dodać proszek do pieczenia (ciągle mieszać), na koniec ocet (mieszać, bo teraz się ciasto "napuchaci"). Powstałą masę wlać do białek (wymieszać - można już mikserem na małych obrotach), dodać mąkę. Wylać do natłuszczonej i obsypanej bułką tartą formy (moja jest taka, jak na zdjęciu w poprzednim wpisie). Wrzucić na górę owoce (truskawki, wiśnie, jagody, itp.) Piec w temp 180 stopni przez ok. 40 min.

środa, 06 lipca 2011
Morele i maliny.

Jako, że wena mnie odeszła i nie chce wrócić - dzisiaj znowu będzie kulinarnie.
Zdjęcia leżą na dysku już dosyć długo więc najwyższy czas coś z nimi zrobić.

NzM dostarczył mi ostatnio niecałe 6 kg moreli. Zrobiłam dżemy i kompoty.
A gdy widzę, jak ubrane słoiczki rozpychają się na półkach w spiżarce, to już myślę o tym, jak dobrze będzie smakować ich zawartość w zimie (co pewnie nastąpi bardzo szybko, sądząc po tych 10 stopniach w lipcu...).

Przed przetworzeniem:

Przygotowane na crumble

 

I już w słoikach:

W kuchni niezbędne okazały się (i nadzór pełniły): 

kot trójkolorowy 

 

i kot syjamski

 

W tak zwanym międzyczasie popełniłam też ciasto. Proste, szybkie, a nawet smaczne, chociaż zwane dosyć oryginalnie...

Ciasto majonezowe w owocami ;)

Najpierw wyglądało tak:

A potem tak: 

 

Pasionek nie predestynuje do bycia blogiem kulinarnym, ale jeśli kogoś zainteresuje przepis - chętnie podam.  

sobota, 02 lipca 2011
Książki.

Trafiłam ostatnio na informację o tym, że GW wydaje czasopismo o wiele mówiącym tytule „Książki”. Postanowiłam mu się przyjrzeć. Cena (jak na możliwości przeciętnego miłośnika tradycyjnego słowa pisanego) „nieco” zaporowa. Myślę, że każdy się dwa razy zastanowi zanim kupi czasopismo za 1/3 wartości książki. Ale może się mylę.

Jeszcze się zastanawiam (również nad kupnem następnego numeru) i nie wyrobiłam sobie do końca zdania na temat tego periodyku. Przeczytałam kilka recenzji (bo to z nich się ono głównie składa), które zainteresowały mnie na tyle, że chętnie przeczytałabym książki, których dotyczą. Jeden artykuł mnie zbulwersował, ale to ani czas ani miejsce na polemikę z autorem (której chyba i tak bym nie podjęła). ;) No i do listy „must buy” dodałam kolejne pozycje…

Jeśli jesteśmy przy lekturach, to kilka interesujących pozycji już za mną.

Przeczytałam nowego Kinga i bardzo mi się podobało. Nie jest to co prawda „Pod kopułą”, ale przecież nie ma być. To zbiór czterech opowiadań, które udowadniają czytelnikowi teorię, że tak naprawdę mordercą może zostać każdy z nas…
To krótkie (dosadne) i mroczne podsumowanie tych czterech utworów, w których nie brakuje grozy i litrów posoki (jak to u Króla). Moim faworytem jest opowiadanie trzecie, które jest kolejną wariacją na temat: śmiertelnie chory człowiek spotyka Diabła (w książce jest nim George Bełdia – piękna gra słów) i co z tego wynika.
Myślę, że Król ma pewną obsesję na temat szczurów. Ciężko się czyta „Nocną zmianę” (ekranizacji nie byłam w stanie obejrzeć) niełatwo się również poznaje tych „bohaterów” w pierwszym opowiadaniu tomu. Nie ogarniam swoim wąskim umysłem tego, dlaczego szczury w utworach tego autora muszą „być wielkie jak koty”. Tak jakby same w sobie (i to, co wyczyniają) nie były wystarczająco przerażające…
Polecam wielbicielom gatunku, jak i Kinga, bo Mistrz nadal w bardzo dobrej formie.

Kiedy zobaczyłam tę książkę w Empiku nie wahałam się ani chwili. Przecież to Dewey! A książka o kocie bibliotecznym była dla mnie wspaniałą ucztą czytelniczą. Przez chwilę tylko zastanawiałam się czy to nie jest pozycja z cyklu „odgrzewane kotlety” jakich mnóstwo na rynku, ale zdusiłam tę myśl i rozpoczęłam lekturę…
Książka nie jest zła, z tym, że (oprócz okładki) nie ma w niej prawie nic o puchatym rudzielcu. To zbiór opowiadań osób, które poczuły się zainspirowane książką Vicki Myron, albo jej życiem i historią o Deweyu i postanowiły napisać do autorki o swoich przeżyciach. Pani Myron najwidoczniej doszła do wniosku, że (jak sama pisze) „magia Deweya” była w tych przypadkach na tyle silna, że postanowiła odwiedzić (ona, a nie ta magia)osoby, które do niej pisały i ich historie zamieścić w tomie, który określany jest jako kontynuacja tamtego bestsellera.
Czyta się przyjemnie (chociaż zupełnie nie widzę sensu w dłużyznach, które pojawiają się przy opisywaniu szczegółowych biografii poszczególnych bohaterów) i książka gwarantuje sporo wzruszeń, ale i dobrej zabawy. Mnie niestety jednak pozostał mały niesmak i pytanie w głowie – gdzie ten Dewey?

W przypadku tej pozycji nie będzie obszernej recenzji. To pozycja z serii „must read”. Napis na okładce („Dla fanów Mikołajka”) nie jest przesadą i myślę, że każdy, komu podobają się przygody francuskiego chłopczyka z przyjemnością przeczyta o tym jak „Pitu i Kudłata dają radę”.

Ubaw przedni, chichot zapewniony jak i uświadomienie sobie prawdy oczywistej: dzieci są nieprzewidywalne. :) 

A jeśli już mówimy o książkach, to będzie przy okazji o filmach, chociaż niewiele się w tej kwestii u nas zmienia (z seriali - nadal „Chirurdzy”). Ostatnio obejrzeliśmy „Turystę” i powiem tylko, że film zyskałby wiele gdyby Andżelina nie wyglądała tak przeraźliwie chudo. :D Mister Depp – jak zwykle klasa sama w sobie, a cały film, mimo że „sensacyjny”, to przede wszystkim świetny wizualnie. Piękne widoki (Wenecja) i wspaniałe stroje Andżeliny (ciemnoczekoladowa suknia na bal – łał!) gwarantują przyjemne wrażenia estetyczne. ;) I nawet tak bardzo nie przeszkadza fakt, że widz (np. ja) domyśli się zakończenia w połowie filmu. ;)

Chciałam jednak napisać o odkryciu, którego dokonałam zwiedzając blog Calleha.
Otóż odkryłam, że jest coś takiego, jak program „Zwierzowiec”! Nie miałam o tym zielonego pojęcia! Jak wszem i wobec wiadomo (1) panią Sumińską wielbię za mądrość i podejście do zwierząt, za książki, które napisała, za podejście do życia i całokształt osoby, a że jak wszem i wobec wiadomo (2) nie oglądamy w ogóle telewizji – nie miałam pojęcia o tym, że taki program istnieje.

I najpierw podążyłam za linkiem od Nierozłączek. A tam najlepsza wetka opowiada o ptaszkach (w cyklu odcinków „Zanim weźmiesz do domu…”) siedząc w ptaszarni stołecznego Zoo z ekspertem od pierzastych. O tym, jak się przygotować na przyjęcie ptaszka w domu, o tym jakich pierzastych nie można więzić w klatkach, a jakie nie mają nic przeciwko. Coś fantastycznego!

Od razu oczywiście obejrzałam filmy o piesach i kociambrach z tej samej serii. I jeszcze kilka innych. JAKA TO BYŁA UCZTA. A tych odcinków jest tylko ok. 90… :)
Każdy weterynarz powinien nie dość, że obowiązkowo przeczytać wszystkie książki Herriota, to jeszcze koniecznie obejrzeć wszystkie odcinki „Zwierzowca”. O! A zawarte w nich prawdy i miłość do zwierząt wyryć sobie w sercu (i głowie) już na zawsze. :)

21:52, ofczasta
Link Komentarze (5) »












Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie: