RSS
niedziela, 29 sierpnia 2010
"Rogi" Joe Hill

Baran uważa, że czytam Hill'a tylko dlatego, że jest synem Kinga. W dużej mierze ma rację - sama to przyznaję. Jest jednak jeszcze jeden powód: ja ciągle czekam aż King junior napisze książkę tak samo świetną, jak "Pudełko w kształcie serca".

Jest to książka, którą trzymam okładką przednią do dołu, bo... się boję. :) Niewiele to daje, bo tył książki jest taki sam jak przód, ale chociaż mam wrażenie, że tak jest... bezpieczniej. :) 
Rozważałam też pomysł Joey'a, który trzymał "Lśnienie" w zamrażarce...
Po "Pudełku..." pojawiły się opowiadania: "Upiory XX wieku", które okazały się kiszką totalną. Prawie tak złą jak "Po zachodzie słońca" Hillowego tatusia. :/

A teraz "Rogi".
Nie można powiedzieć, że pomysł był zły. Facet budzi się pewnego ranka i okazuje się, że na czerepie wyrosły mu rogi. Dzięki nim poznaje najskrytsze (i najmroczniejsze) pragnienia innych ludzi. Dodatkowo pojawia się oczywiście wątek kryminalno-horrorowy, który jest płaski jak oblicze kota perskiego.
Dlaczego rogi w ogóle się pojawiły jakoś zbyt szczegółowo nie zostało wyjaśnione (chyba, że przysnęłam w trakcie czytania), aczkolwiek można się domyślać, jakie wydarzenia na ten fakt miały wpływ.

Książka jest niespójna. Może robię Hill'owi krzywdę ciągle przyrównując jego prozę do prozy ojca, ale no cóż - nie tworzy pamfletów miłosnych, tylko pisze horrory! 

Mamy głównego bohatera i to, co mu wykwitło na bańce. Mamy informację co to coś z nim robi. A potem cofamy się i dowiadujemy tego wszystkiego, co tak naprawdę nie jest nam potrzebne. Istotny jest tylko wątek upadku pewnego dzieciaka z płotu głową w dół na sterczące z ziemi grabie (nakręcone ma w głowie King junior, oj nakręcone...) i tego wszystkiego, co potem z tego faktu wynika. Cała resztę mógł Hill sobie darować.
A potem jest finał, który pozostawia dziwny niesmak i wrażenie, że autor nie miał zielonego pojęcia jak skończyć tę historię i zrąbał zakończenie koncertowo.

W "Pudełku..." to właśnie zakończenie wymiatało. W "Rogach" czytający czuje ulgę, że książka wreszcie się kończy.

Wybacz Joe, ale jeszcze długa droga przed Tobą...

Nie polecam, chyba, że fanom dużego i małego Kinga. Po to, żeby porównać, sprawdzić i stwierdzić, że tę lekturę można było sobie darować.

---

Na wyraźne życzenie NzM - oceniam: 5/10

Tagi: książki
23:17, ofczasta
Link Komentarze (1) »
"Oświadczyny po irlandzku"

Wyobraźnia ludzi odpowiedzialnych za dystrybucję filmów w Polsce czasami nie zna granic. Im bardziej irracjonalna wizja tytułu tym lepiej. Jak i kto z tytułu "Leap year" zrobił "Oświadczyny po irlandzku" wolę się nie zastanawiać...

Film utonie w zalewie wszelkiego pokroju komedii romantycznych. Ja odnotuję go z trzech powodów.

1) dla mnie był to film "na doła" czyli wtedy, kiedy moje samoczucie osiągnęło poziom Raczków Elbląskich. Sprawdził się doskonale, bo jest sympatyczny, niegłupi i przyjemnie się ogląda.

2) Irlandia. Ludzie, krajobrazy, atmosfera. Przedstawione dokładnie tak, jak zawsze sobie wyobrażałam. Kiedyś, kiedy Irlandia była jeszcze poza zasięgiem co drugiego Polaka i zanim stała się "drugą ojczyzną". Nadal w moich wyobrażeniach owiewa ją aura tajemniczości, nie ma ona jednak już tej magii, którą miała dla mnie kiedyś. Może kiedyś uda mi się przekonać na własne oczy ile jest prawdy w moich wyobrażeniach o tym kraju, jak wiele wspólnego z rzeczywistością ma moja wizja. Może. Kiedyś.

3) kiedy już film miał się ku końcowi, kiedy działo się to, na co czekaliśmy przez cały czas, kiedy Owca była zupełnie nie tu, a całkiem bardzo tam, z nimi... PUFF! Bii wyrwała wtyczkę z telewizora. Bo przeszkadzała jej w wieczornym szaleństwie i gonitwie z Amber... Chciałam ochrzanić, ale już jej nie było. Dogonić bym nie zdołała więc pozostał jedynie opad kopytek...

Film polecam. Na "doła" i nie tylko. :) 7/10 (przede wszystkim za dwa pierwsze wymienione wyżej punkty).

Tagi: Bii filmy
22:35, ofczasta
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 sierpnia 2010
"Prezes i Kreska : jak koty tłumaczą sobie świat" - Łukasz Orbitowski

Książka jest piękna, ciepła i pełna miłości. Bardzo kocia i bardzo ludzka zarazem. Była moim bezokazyjnym prezentem dla Barana (bo Prezes kocha Kreskę, a Kreska uwielbia Prezesa...) i myślę, że całkiem udanym. :) Ma (książka) jedną wadę. Kończy się niestety.

Pozwolę sobie zacytować jeden rozdział z tej pozycji - chłonie się ją błyskawicznie i trudno się od niej oderwać (8/10):

"Plecak.

Kreska lizała plecak. Oczy wyszły jej na wierzch, a ogonek się wyprężył. Prezes, któremu znudziło się bieganie po meblach, przyszedł i zagadnął, co właściwie Kreska robi. Ta udzieliła jedynej możliwej odpowiedzi.
- Liżę plecak, Prezesie.
- Plecak nie jest do lizania - rzekł Prezes, trochę niepewnie, bo nie miał pojęcia, co ludzie robią z plecakami.
- A owszem - miauknęła Kreska - liżę plecak, bo się go nie boję!
- A co jedno z drugim ma wspólnego? - zapytał Prezes.
- Dużo zastanawiałam się nad sobą i zrozumiałam, że nie boję się właściwie tylko jedzenia. Plecak nie jest straszny, więc powinien być smaczny.
- A meble? Mebli nie jesz... - zagadnął Prezes.
- One jednak są odrobinę straszne - odparła, rzucając bojaźliwe spojrzenie w kierunku szafki z butami. - Tylko kołdra i kaloryfer nie są przerażające, ale one służą do spania.
- A gdybyś spała na jedzeniu?
To było trudne pytanie, ale Kreska znalazła odpowiedź. Lizanie jej w tym pomagało:
- Zawsze najpierw jem, a potem śpię.
- Ale wiele rzeczy służy na przykład do wspinania: szafa, skrzynia i półeczka z płytami - mruknął Prezes - tak samo jak parapet.
- Ty umiesz się wspinać, a ja nie - odparła Kreska - ale wiem, że żaden kot nie wspina sie na plecak.
- Ale kot może na nim spać.
Kreska popatrzyła z wyrzutem na Prezesa. Nie lubiła, gdy się jej nie słucha.
- Przecież powiedziałam, że najpierw jem, a potem śpię! - miauknęła niezadowolona i trochę smutna, bo Prezes jej nie zrozumiał. Zwinęła się w kłębek na plecaku i natychmiast zasnęła.
Prezes poszedł robić to, co zawsze: skakał i spacerował, ale tym razem bez radości. Obwąchał miskę, wszedł na odtwarzacz dvd, lecz nie zaznał spokoju. Najciszej jak umiał, wrócił do śpiącej Kreski i ostrożnie, tak, aby go nie usłyszała, zaczął lizać plecak."

(cytat ze stron: 21-22, z książki: "Prezes i Kreska : jak koty tlumaczą sobie świat / Łukasz Orbitowski. - Warszawa : Powergraph, 2008)

Przegląd blogosfery

Tak więc po kolei:

Trzeba KONIECZNIE zobaczyć, co NzM zrobił ze swoją galerią, czyli przekonać się jak bardzo rzeczywistość narzuciła mu ideę bloga. Jest lepiej, jest pięknie, a poniżej przedsmak uczty fotograficznej na Jego stronie :)

U Armentariusków Cohen czeka na swoich ludków, chociaż może się na przykład okazać [zgodnie ze strategią :D], że już ich znalazł. ;)

U Lazarków psiaki o pięknym imionach rozchodzą się już w świat, ale zanim tak się stanie zrobią jeszcze Kasi i Wojtkowi w domu małą demolkę. ;)

Małgosia uzupełnia bloga o wpis (dzisiaj o "zapleczu") świadczący o genialnych sposobach zapanowania nad Piekielną Dwójką, rozbawiając mnie przy tym, jak zwykle, okrutnie. :)) 

Dodałam też kilka drobnych aktualizacji na stronie kotów NzT. Warto więc zerknąć tu.

Na owczym blogu codzienne nowości, ja jednak wykopałam z czeluści obrazek, którego nie mogłam znaleźć, gdy pisałam posta o zmianie uczesania Owcy (malowanie i prostowanie futra nagłownego). Będzie więc dzisiaj. Ten humor zawsze jest na czasie. :D

wtorek, 24 sierpnia 2010
Wracam znad morza...

Kiedy się poznałyśmy, miała przejechane tyle:

Niedawno obchodziłyśmy nasze własne "urodzinki":

Lubimy się. A jeszcze M. stwierdziła ostatnio, że Fordka z takimi tatuażami jest tylko jedna. :)

Myślę, że tak naprawdę już wróciłam znad morza. :) W końcu, w tej chwili za moim małym niebieskim autkiem i mną już ok. 1300 przejechanych kilometrów. :)

Tagi: autko
21:38, ofczasta
Link Dodaj komentarz »
Dwie tricolorki...

Co bynajmniej nie oznacza faktu nabycia szóstego kota... a jedynie to, że Owcy wreszcie udało się zmienić kolor futra nagłownego (już po kilku latach negocjacji z Baranem...) ;)

Nie wiem jak On wytrzyma fakt posiadania dwóch tricolorek w domu, ale czuprynka Owcy zmieniła swoją kolorystykę właśnie na trzykolorową: rudości i dwa rodzaje brązów. Daleko mi do pięknego umaszczenia Amberzycy. Obyło się też bez większego szoku ("Owco, nic nie widać!") - na szczęście, bo pokrętnie stwierdzę, że głupio by było chodzić po domu z papierową torbą na głowie. ;)

Amber obwąchała mnie dokładnie i stwierdziła, że mogę być, ale to, co mam na głowie nijak nie przypomina JEJ cudnego, trójkolorowego futra i jeśli chciałam takie mieć, to mi nie wyszło. No niech będzie. Jakoś się z tym pogodzę. ;)
I dlatego poniżej będzie zdjęcie Amber, a nie mojej czupryny ;) Reszta kotów nie zauważyła różnicy i kazała nasypać sobie więcej chrupeczek, bo mnie długo nie było...

środa, 18 sierpnia 2010
Przedstawiamy się - AMBER

Fot. - Foto'Ptah

Posiadając stado składające się z trzech kotów doszliśmy z Baranem do wniosku, że w zupełności tyle futer nam wystarczy. I tak niełatwo było (wtedy, bo teraz jakoś mi już nie zależy) wśród dalszej rodziny i niektórych znajomych przyznać się, że mamy trzy koty. No bo dwa – to dziwne, ale załóżmy, że wytłumaczalne, ale trzy? I to trzeci nabyty całkiem świadomie? Większość pukała się znacząco w głowę albo kręciła młynki na czole.

Dwa lata temu pojechaliśmy sobie na wakacje. Był to dokładnie przedostatni dzień naszego urlopu w Rewalu. Ubrani odpowiednio, wyposażeni w sprzęt plażowy, chcieliśmy jeszcze wchłonąć w siebie trochę słońca i zapamiętać jak pięknie szumi Bałtyk…

Drogą, którą codziennie chodziliśmy na plażę przejechał [za] szybko miejscowy samochód, a spod jego kół w ostatniej chwili odskoczyło „coś”. Kolana mi zmiękły. Co normalnego (pies? kot?) biega przed samochodem w taki sposób? Przecież to się skończy tragedią! Słodkie lenistwo na ciepłym piaseczku szybko wywietrzało mi z głowy i podeszłam do miejsca, w którym znikło mi z oczu „coś”. „Coś” okazało się pięknie umaszczonym, trójkolorowym, małym kotem, który po moich słowach „Czyja Ty jesteś?” (już wtedy wiedziałam, że tak piękne kolory Natura dała jedynie kocim dziewczynkom) zrobiło cudne „mrrmiau” (robi je do dzisiaj), ulokowało się w moich ramionach i zaczęło rozkosznie mruczeć.

Właściwie od razu mogę powiedzieć, że już wtedy wiedziałam, że będzie moja. Zdrowy rozsądek jeszcze usiłował walczyć z emocjami, ale tricolorka zaczarowała mnie od początku, skutecznie. W najbliższej posesji (gdzie okazało się, że „kot kręci się tutaj od rana”) zostawiliśmy namiary na nas z zapowiedzią, że nazajutrz wyjeżdżamy i zabieramy tę nadmorską kotkę na Śląsk. Wiedziałam, że nikt się nie zgłosi, bo przecież większość ludzi traktuje zwierzęta na zasadzie „to tylko kot/pies/chomik/papużka”, ale przyznaję, że bałam się, że trzeba będzie ją oddać. Zdrowy rozsądek poszedł w buraki, przerażenie wizją posiadania czterech kotów podejrzanie zmalało... ale w ten brak racjonalizmu w myśleniu nie uwierzy nikt, kto nie poznał Amber.

Mała tricolorka tymczasem przespała całe popołudnie (na plażę już oczywiście nie dotarliśmy), potem posiliła się pasztetem pomidorowym (to było nasze jedyne „mięsne” jedzenie pod koniec pobytu), poszła dalej odsypiać, a potem wyprawiała przez całą noc (jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy co nas czeka...) w naszym pensjonatowym pokoju.

Rano wchłonęła naszą szynkę ze śniadania i spojrzała na mnie pytająco: „To kiedy jedziemy do domu”? Kuweta przygotowana dla tricolorki była naszym (głównie Baranim) wynalazkiem, który sprawdził się doskonale. Zresztą – Amber była wtedy bardzo grzeczna. W czasie długiej trasy (z nad morza na Śląsk) głównie spała, a jeśli spacerowała to tylko z przodu (bałam się w tej prowizorce – bez transporterka – puścić ją na tylne siedzenia samochodu). Z nocnika (karton wyłożony reklamówką wypełnioną piaskiem) skorzystała akurat w czasie naszego krótkiego postoju na stacji benzynowej.

W domu Amber – jak każdy do tej pory kot – miała przeczekać jakiś czas w łazience, przejść zwyczajową kwarantannę. Nie pamiętam dokładnie jak długo to trwało, wiem jednak, że Amber bardzo szybko się zaaklimatyzowała usiłując przyjaźnić się z wszystkimi. Mała i Fil pluły na nią jak dwie plujki, a ona niewiele sobie z tego robiła roznosząc nam dom i robiąc z niego zgliszcza.

Jeśli do tej pory Latte przeklinała dzień, w którym wyjęliśmy ją zza tapczanu i zabraliśmy od mamusi chowającej się w nocniku, to teraz zaczęła również przeklinać dzień, w którym na Pasionku pojawiła się Amber. Tricolorka, której wydawało się, że syjam chętnie się z nią pobawi, gonitwami i podgryzaniem doprowadzała Latte do totalnej traumy. Amber nic sobie z tego nie robiła, a nas przerażały wrzaski syjama (któremu nic się nie działo oprócz faktu, że jakiś kot chciał się z nią bawić).

Teraz Amber (której imię wymyśli NzM) jest największym z naszych kotów. Jest pięknie umaszczoną kocicą, która jest ciągle głodna. Najchętniej jadłaby wszystko i ciągle. Hitem jest kukurydza i groszek z puszki (oprócz normalnego kociego jedzenia - rzecz jasna), ale zje cokolwiek – byle dużo. Oliwkę z czosnkiem również.

Amber opanowała do perfekcji metodę „na koparkę”. Ponieważ doskonale wie, że złoszczę się na nią kiedy wyjada z misek innym kotom – wymyśliła sobie sposób, który udało mi się w końcu zaobserwować. Amber je ze swojej miski. Owca się odwraca, bo myśli, że Amber jest grzeczna i nie trzeba jej pilnować. Amber podchodzi do najbliższej miski jedzącego obok kota, nabiera do paszczy najwięcej ile się da, wraca do swojej miski, wypluwa zawartość i je grzecznie dalej. Owca znowu zaczyna obserwację i stwierdza, że tricolorka jest bardzo grzeczna, bo je ze swojej miski i nie wykrada innym. Genialne.

Teraz gdy ona już wie, że ja wiem stosuje metodę kombinowaną: „na torpedę i koparkę”. Jest to błyskawiczne przemieszczenie się do czyjejś miski, nabranie do paszczy jedzenia, zwianie na drugi koniec kuchni i przerzucie w spokoju. Zdaję sobie sprawę z tego, że Amber zachowuje się jak niekarmiony kot, problem w tym, że zasoby tłuszczyku ciągle się powiększają, kościami bynajmniej nie dzwoni, a gdyby jej pozwolić jeść wszystko bez ograniczeń i nadzoru ważyłaby nie 5 kg a 12.

Twierdzimy, że dobrze, że jest taka urocza, bo jej pomysły i zachowanie czasami świętego doprowadziłyby do pasji. Amber na przykład budzi nas czasem o 4:30, bo ma smuteczki, ale przede wszystkim dlatego, że jest głodna. Brana na ręce tłucze delikwenta po twarzy swoimi wielkimi łapami, które po chwili zamieniają się w zapazurzone.

Amber się nie obraża. W ogóle. Czy zostanie okrzyczana, czy ścierka kuchenna przeleci OBOK niej – Amber się nie obraża. Ochrzaniona Mała indyczy się przez 3 dni, Fil oburzona tym, że nie pozwalam wchodzić do szafy, zakłaczać i zaciągać ubrań – gniewa się przez dwie godziny (na Latte się nie krzyczy, bo może mieć traumę i nie wychodzić spod komody przez 3 dni), Bii się nie przejmuje, a tricolorka się nie obraża. Tak po prostu.

Jest kotem nieprzeciętnym. Nauczyła się od Bii aportować myszkę lub grzechoczącą kuleczkę. Oznajmia to dosyć głośnym miauczeniem („Aportowałam! Przyjdź i rzuć mi jeszcze raz!”) często również w środku nocy. Jej ulubioną zabawką jest sponiewierany szczurek z Ikei.

Amber jest jedyna w swoim rodzaju.

Urodziła się prawdopodobnie pod koniec marca 2008 roku. To każe mi podejrzewać, że jeśli jej mamusia była dzika kotką, to miała nie po kolei w głowie ("marcować" się w styczniu?!). Przypuszczam jednak, że tricolorka pokazując (już wtedy) swój temperament uciekła od kogoś, kto widocznie nie spełniał jej oczekiwań. My na szczęście okazaliśmy się godni. :)

Suwaczek Amber

Tagi: Amber koty
08:42, ofczasta
Link Komentarze (2) »
Pandora...

Zapytałam niedawno NzM z czym kojarzy mu się słowo "Pandora".

Wychowany (podobnie jak ja) na Parandowskim (czy młodzież w ogóle jeszcze go czyta?) odpowiedział zgodnie z moim przypuszczeniem - z pewną panią i naczyniem, które otworzyła.

Wspólnie skojarzyła nam się też kraina, w której żyli Na'vi ("Avatar"). Tyle, że mnie chodziło o coś zupełnie innego. ;)

Efekt rozmowy o Pandorze poniżej, stwierdzę tylko, że samo opakowanie jednego, małego koralika jest nieprawdopodobne. Miałam wrażenie jakbyśmy kupowali co najmniej tiarę z diamentów. A to "tylko" kot przecież. Chociaż strona www Pandory i opis na paragonie twardo twierdzi, że to królik. No bo jasne - jak coś ma wąsy i wyraźne uszy, to musi być królik.
Nie musi - wystarczy odwrócić go tyłkiem - nikt wtedy nie uzna, że królik może mieć taki ogonek. To ogon wybitnie koci.
Fotki tej części kota nie będzie, nawet jeśli ogon jest ładny. ;)

Tagi: koty Pasionek
08:28, ofczasta
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 sierpnia 2010
Nowinki!

Czyli przegląd blogosfery, a konkretniej  - stron hodowlanych.

U Asi miot "C" armentariusków zaprasza na urodzinki. Kociaki mają dziś pół roku i oczywiście rosną jak na drożdżach. Koniecznie trzeba zajrzeć do najpiękniejszych miaukunów świata. :)

Na zdjęciu Chivas - kot, którego można "jeść łyżkami". :)

Odwiedzić trzeba też Lazaruski, bo Kasia nadała całej ósemce imiona, które - co tu ukrywać - są rewelacyjne. :) Moim faworytem jest Willy Wonka.

Zresztą zawsze byłam i jestem pełna podziwu dla Hodowców, którzy są w stanie wymyśleć imiona cudne, odpowiednie i w dodatku na konkretną literkę. Rewelacja. :)

I zagadka - który/która z całej ósemki jest na zdjęciu?


Już po umieszczeniu posta Asia podesłała jeszcze teraźniejszą, półroczną Chloe. A córeczka wdała się w tatusia tak bardzo, że od razu napisałam Asi, że chcę umieścić na blogu któregoś (którąś) z maluchów, a nie Eddiego... :)

Oto Chloe.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010
"Incepcja"

Pochłonęła mnie, zmiażdżyła, przeżuła i wypluła w rzeczywistość, która już nigdy nie będzie taka sama...

Stosunek do filmów/książek/wszelakich nowinek, których reklamy bombardują mnie z każdej strony mam nieco ambiwalentny. Z jednej strony trawi mnie ciekawość - dlaczego? co? jak? a z drugiej ogarnia mnie niechęć - bo jak wszyscy w szale (żeby nie powiedzieć: w owczym pędzie) się emocjonują, tak mnie z samego założenia odrzuca. Ale!

Ponieważ DiCaprio zachwycił mnie w "Krwawym diamencie" i "Infiltracji", a Nolana lubię za "Mrocznego Rycerza" - trudno było jednak nie pojawić się kinie żeby samemu się nie przekonać czy rzeczywiście warto.

Film wciska w przybrudzony kinowy fotel. Fabułą, obsadą, efektami. Leonardo ustępuje miejsca Gordon-Levitt'owi (do tej pory kojarzył mi się jedynie z "Trzecią planetą od słońca"), który wyprawia na ekranie takie cuda, że przez dłuższy czas towarzyszył mi w oglądaniu trwały szczękopad. Jest też Tom Hardy, który podobno pojawił się w Sweeney Toddzie, ale jego rola tam jakoś na dłużej nie została mi w głowie - w "Incepcji" tymczasem jest całkiem genialny. Na szczególną uwagę zasługują role żeńskie: Marion Cotillard jest niezła, ale nie tak rewelacyjna jak we "Wrogach publicznych", natomiast Ellen Page (znana mi do tej pory jedynie z "X-menów") wydaje się nie pokazywać jeszcze pełni swoich możliwości. Jej relacja z Cobbem nie jest do końca jasna (wiem, że takie było założenie) - nie wiadomo co przeważa: fascynacja czy strach.

Fabuła jest zakręcona jak chiński termos. Może jak obejrzę film jeszcze kilka razy, to poukładam sobie w głowie co i jak. W tej chwili czuję się jak po pierwszym obejrzeniu "Matrixa". To coś w stylu wymieszania: "Łooooo, ale super! Ale o co w tym wszystkim chodzi?" :) Dbałość o szczegóły robi duże wrażenie - wiem, że w takim filmie to niezbędne, ale i tak robi. Pomysł możliwości zaszczepienia w ludzkim umyśle, we śnie, jakieś idei, myśli, którą przyjmie się za własną jest jednak "trochę" przerażający...

Za każdym razem, przy filmach tego typu zastanawiam się co specjaliści od FX są w stanie jeszcze wymyślić. I za każdym razem wydaje mi się, że więcej, bardziej się nie da, że po Neo uchylającym się od kul i Trinity "wiszącej" w powietrzu naprawdę nie da się wymyślić nic bardziej oryginalnego. Za każdym razem się rozczarowuję w pozytywny sposób.

Niewątpliwą siłą filmu jest to, w jakim stanie nas zostawia. Jesteśmy pełni sprzeczności, domysłów, błądzimy jak owce we mgle usiłując domyślić się i wyobrazić sobie coś, co [nie] istnieje... Nolan bawi się emocjami widza w dosyć okrutny sposób i głównie dlatego film zostaje w głowie jeszcze na długo po wyjściu z kina.

Zdecydowanie polecam. 9/10

 

Na dokładkę pochwalę się, że NzM zwyciężył w potyczce na "gołe obiektywy", na pewnym forum fotograficznym w starciu "Mały świat w Twoim szkle". Walka była wyrównana, w głosowaniu brało udział wiele pięknych zdjęć, ale cóż - zwycięzca może być tylko jeden. Pękam z dumy. Brawo, Baraniasty. :)

 

09:05, ofczasta
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2












Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie: