RSS
sobota, 31 sierpnia 2013
Sowiasto.

Wpis miał być o czymś zupełnie innym, ale mam w głowie gonitwę myśli, więc nie będzie o niczym ważnym.

Zbliża się moja ulubiona pora roku (poprzedzająca tę zdecydowanie nieulubioną) i mój ulubiony miesiąc. Tym razem jednak boję się co przyniesie...

 

Baraniasty wyposażył mnie dzisiaj w poprawiacze humoru. Ponieważ wpis nie jest sponsorowany, powiem tylko, że byliśmy w h&y, bo mają nową, jesienną kolekcję.

Tutaj można zobaczyć z czego musiałam wybierać. I nie wybrałam dużo, bo ceny mają powalające, ale przyznaję, że podobało mi się wszystko. Wyszłam z kubeczkiem

 

i trzema ręcznikami kuchennymi.

Trudno było się oderwać od pojemnika, który wygląda jak cookie jar... 

Oglądałam też obrusy i bieżniki (liście, liście, mnóstwo LIŚCI) - cudne.

Ot, dialog:

Owco odłóż już ten bieżnik!
Skąd Ty wiesz, że to jest bieżnik?!
Przecież widzę, że wygląda jak dziurawy szalik, więc musi być bieżnik.

:)

Gwoli sprostowania dodam tylko, że jak kupowałam świąteczny bieżnik w Czibo, to musiałam NzM tłumaczyć dlaczego kupuję część opony w sklepie z kawą. 
Więc teraz Baraniasty po prostu już WIE, co to jest bieżnik. ;)

 

Taką jesień (kolorową, sowią, dyńkowatą) lubię. 

 źródło zdjęć 

Tagi: Pasionek
22:48, ofczasta
Link Komentarze (6) »
wtorek, 27 sierpnia 2013
Ważna sprawa.

Ona doskonale wie, że jej tam nie wolno, bo trzymam tam bieżące dokumenty (na przykład rachunki) - ogólnie: ważne sprawy do załatwienia.

Więc okazało się, że nie ma nic ważniejszego niż Amber [i jej ogon].

Jeśli ktoś się dziwi, czemu robię zdjęcie zamiast przeganiać koteczka, to zapewniam, że od tego zaczęłam (Trykot, wyłaź stamtąd!), ale - jak widać - wiele to nie dało (Lady Trikolorka kompletnie głuchnie, kiedy słyszy, że czegoś jej nie wolno, a jak mówi M. - niepełnosprawnych kotów nie wolno karać) więc pozostało jedynie wyjąć aparat...

sobota, 24 sierpnia 2013
Tak, ale nie.

Urlop - tak. Wakacje - nie.
Niechodzenie do pracy - tak. Odpoczynek - nie.

 

Wybory, jakich kiedyś dokonaliśmy i dokonujemy nadal, nadają kształt naszemu życiu. Naszemu, ale także żywotom naszych Futrzaków i Pierzaków.

Trudno się zdecydować na wyjazd, jeśli...

Nasze koteczki jedzą co dwie, względnie trzy godziny. W tak zwanym międzyczasie należy się z nimi bawić, głaskać i zapewniać, że są najmądrzejsze i najśliczniejsze na świecie.
I czyścić nocniczki. Tryliard razy dziennie, bo Amber nie siusia do brudnego, a jak siusia do czystego, to kupę też robi do czystego - w kuwecie obok. Należy nasypać dużo żwirku (ale nie do wszystkich kuwet, bo Amber nie lubi), bo Pierożek lubi nurkować i wysypywać, a Bii robić siusiu "na górce".
Acha - i należy obserwować czy nie tańcuje i nie kręci dupką w kuwecie (nadal Amber), bo wtedy (jak wężem strażackim) zasikuje wszystko dookoła.

Najsamwpierw należałoby zacząć od obsługi Pierożka, która przecież w ogóle nie lubi zostawać sama. I za którą biega się z miską, a jeśli nie wyrazi zgody na posiłek, to należy szukać czegoś, co kotek zje (do skutku). I podawać chrupeczki (tajne, schowane, tylko dla niej) tyle razy, ile sobie zażyczy.
I wpuszczać do pokoju Baraniastego (i pilnować, bo to w końcu kot, a tam są ptaszki) i wypuszczać, jak się znudzi.
I otwierać okno w sypialni, gdy jest słoneczko i pilnować, żeby za długo na nim nie leżała (widać po uszkach - bardzo różowe, to Pierożek zagotowany). Głaskać i uspokajać, kiedy zdenerwuje się na pospólstwo i zbije Zapazurzoną Łapą Sprawiedliwości.
I karmić trawką (doniczka za oknem w kuchni) - jak krówki (razem z Amber), kiedy tylko sobie zażyczą. Przede wszystkim obserwować czy nie wylizuje brzuszka i łapek - wtedy czymś kotka zająć, najlepiej głaskaniem. I dużo leżeć, bo Fil lubi leżeć na człowieku.
Oraz zapewniać kompleksowy (i ekskluzywny) standard usług.
To koteczki.

A jeszcze są ptaszeczki. Tym trzeba przygotować pokarm jajeczny (całość jednorazowo - załóżymy jakieś 1,5 godziny), dbać o świeżość owocków i warzywek, uzupełniać ziarno, usuwać łuski ze starego, wymieniać wodę (bo albo się w niej kąpią, albo wrzucają tam różne rzeczy) w pojnikach, przygotowywać kąpiele (z solą)...

Oczywiście obserwować czy dobrze się czują, a jeśli nie, to odmierzyć, przygotować i podać lekarstwo, prowadzić mediacje, kiedy się biją i na siebie skrzeczą, rozmawiać z Glosterem (bo lubi), zapewniać, że są śliczne, mimo że wyglądają jak straszydła (po pierzeniu). :)

No i nie zapominajmy, że jeśli jest lato, to jeszcze należy podlewać naszą dżunglę kwiecia. :D

Macie podobnie? Też się Wam wydaje, że nikt nie zajmie się lepiej Waszym zwierzyńcem, niż Wy sami? :)

 

Fil ostatnio przeszła samą siebie w wychowywaniu Dwunożnych. Wstaje tylko na posiłki "mokre" (też nie na wszystkie), chrupeczki natomiast życzy sobie podawać na posłanie, na którym aktualnie się wyleguje, z miseczką pod mordką.
Tak, żeby nie musiała wstawać...

 

O tym, że musiałam sobie kupić fotel, bo Pierożek trwale zaanektował dotychczasowy nie powinnam wspominać? ;)

 

A w ogóle, to chyba jasne, że nie jeździmy na wakacje dlatego, że Pierożek nie lubi długich podróży. ;) 

czwartek, 15 sierpnia 2013
2.

Środa, 7 sierpnia, Roku Węża.

6:50 rano, pobudka.
Już jest 25 stopni. W sumie nic dziwnego skoro ma to być dzień z kumulacją upału.
Trzy litry herbaty ziołowej (i tak braknie), zero kanapek i w drogę.

Około 10:00 jesteśmy na miejscu. Gdzie? A gdzieżby indziej? ;)
Tym razem pamiętałam i zarezerwowałam wcześniej (co najmniej na tydzień przed). Zakup biletów, szybka przebieżka po Rynku (bo kasa i wejście są po dwóch przeciwnych stronach Sukiennic) i wchodzimy do Podziemi Rynku. Nie jest gorąco i jest fajnie. Ponieważ historię swojego państwa mamy w małym palcu u stopy trolla (już widzę, jak NzT turla się ze śmiechu przeczytawszy to zdanie...), to historia Krakowa fascynuje nas tak bardzo, że zwiedzamy 45 minut, a nie dwa razy dłużej - jak przewidziano w przewodniku. ;)

Co robi na nas największe wrażenie? Rozmach, fundusze wydane na takie historyczne muzeum. Tradycja miesza się z nowoczesnością. Wszędzie kioski z dotykowymi ekranami i informacjami w kilku językach. Podziemia Krakowskiego Rynku dokładnie takie, jak je odkopali, a to wszystko w połączeniu z nowoczesnością i mediami (trójwymiarowe modele wirują co dwa kroki). 
Nie miałam pojęcia, że w miejscu Rynku było cmentarz. Idealny motyw na dobry horror Mastertona. Kinga niekoniecznie, bo coś mi się wydaje, że Maine kryje jeszcze wiele niespodzianek. ;)
Acha. I karty z Czekoladowych Żab Harrego Pottera istnieją naprawdę. Tylko, że u nas mają formę podświetlonych plakatów i taka królowa Jadzia, na przykład, uśmiecha się i mruga do zwiedzających, a Kaziu Wielki odgania się od muchy. Na razie nie wychodzą z ram (jak Dumbledore, na przykład), ale kto wie, co robią po zamknięciu muzeum...
Genialne.

11:30 opuszczamy rozkosznie chłodne katakumby.
Wita nas ściana żaru. Hydrant już włączony, ale nie korzystamy, bo najpierw idziemy coś zjeść. Z pełnymi brzuszkami zahaczamy jeszcze o "najlepsze lody w Krakowie" (subiektywna opinia), gdzie moja gałka lodów mango wygląda jak dwie tradycyjne. Potem już się tylko toczymy.

Południe.
Drugi przystanek naszej wycieczki to sklep z dżerbą* (gorąco polecam). Nie pamiętam dokładnie od czego się zaczęło. Na pewno kiedyś kupowaliśmy jakieś pojedyncze herbatki przy okazji, bez euforii i bez zastanawiania się jak je parzyć. Potem jeszcze Sarenzir wspomniała, że yerba jest świetna na migreny i do słowa do słowa usłyszałam od NzM: "Owco kup mi bombillę i naczynko". No dopsz. Kupiłam. 

źródło

Poprzednia wizyta w sklepie skończyła się tak, że plecak się nie domykał. ;)
A że od tego momentu minęło trochę czasu (a pudełka z dżerbą pokazały dno) i - o zgrozo - dałam się namówić na picie zaparzonego (i nie tylko) ostrokrzewu paragwajskiego o smaku przeleżalego siana i wyglądzie błota, to środowa wizyta w sklepie wyglądała podobnie.
Przy okazji - czy ktoś z pijących dżerbę ma jakiś sposób na ten wstrętny metaliczny smak bombilli? Zdaję sobie sprawę, że to jest wybitnie subiektywne odczucie i że ja "tak mam", ale psuje to smak herbaty, naprawdę. Bombilla bambusowa jest świetna, tyle że potwornie się zatyka. :(


*to mój wymysł. Yerba to jerba. Ot po prostu. ;)

13:30,
wracamy do Dużej Bordowej. Termometr pokazuje 54 stopnie C. Nie jest źle. W Parku Miniatur ostatnią zapisaną temperaturą było 70 st. C, a potem termometr już nie dał rady. ;)

Drugi przystanek naszej wycieczki, to Lemowy Ogród.
Trochę obawiamy się, że będzie dużo ludzi (w Podziemiach było sporo) w tym - tych mniejszych, skoro to Park Doświadczeń dla nich. Ale nie - niewiele jest wariatów takich, jak my. Może ze dwie rodziny z dziećmi i kilka par, gdzie pan ma frajdę i "doświadcza", a pani nie ogarnia. ;)

na tym zdjęciu dokładnie widać, jak wielkie tłumy zwiedzały razem z nami Ogród Doświadczeń ;)

Powiem tak: obie lekcje - i historii - w Podziemiach i fizyki - u Lema - były świetne. Co ciekawsze - ta ścisła podobała mi się o wiele bardziej. :) Jasne, że w większości przypadków nie wiedziałam co i dlaczego tak działa, ale po pierwsze - od tego są tabliczki i wszystkiego można się dowiedzieć,

a po drugie wystarczyło mi, że Baraniasty miał frajdę i na tabliczki nie musiał w ogóle spogladać. :)
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie wyczarowała. Przy pozowaniu do fotki uznałam za stosowne usiąść sobie na (nazwijmy ją tak w uproszczeniu) ławeczce. Blaszanej. Cały Ogród usłyszał jak inspirujące było to doświadczenie, a ja do dzisiaj mam sparzoną sempiternę (tak, przepaliło przez ubranie). Owca na gorącej blaszanej blasze. ;D

(no przecież nie będzie fotki spalonego zadka ;) ) 

Przy końcowych stanowiskach zaczęliśmy już mocno odczuwać prażące słońce. Ostatnie zdjęcia i wracamy do autka, które tym razem (wreszcie!) stoi w cieniu. Nic straconego. W drodze powrotnej nasza dzielna Duża Bordowa pokazuje:



Wracamy. Przyprażeni, zmęczeni, ale zadowoleni. :)  

niedziela, 04 sierpnia 2013
Tytuł się roztopił.

Jest upał. Hektolitry herbaty, wody, soków itp. przepływają przez nerki. Koty rozrzucone jak ścierki po domu, ptaszki z dziką pasją biorą kąpiele, Personel snuje się po domu.
Dzisiaj nie odkurzam (a koty się znowu kłaczą w obłędny sposób), nie sprzątam, nie gotuję, nie czytam, nie pracuję (w domu), nie myślę...
Przeczekuję.
Nienawidzę upałów tak samo mocno, jak mrozów. 

Tymczasem w ubiegłym tygodniu oglądaliśmy tego pana.

 

źródło plakatu

M. powiedziała mi, że jej wątroba zzieleniała, jak usłyszała, że idziemy do kina :) i teraz myślę sobie, że wcale jej się nie dziwię. 
Bo takiego Rosomaka to ja jeszcze nie widziałam. Napisałabym coś jeszcze, ale lepiej nie, bo jak Baraniasty przeczyta... :))

Ogólnie - z wyjątkiem kilku scen i niektórych rozwiązań fabularnych - rewelacja. Ale przecież Hugh Jackman urodził się do roli Wolverine'a - nie, śpiewającego Jeana Valjeana, ale właśnie Wolverine'a. I biegając (półnago - nie ukrywajmy - tak, żeby napakowane mięcho było dobrze widać) i mordując wszystkich dookoła tymi brzytwami wyłażącymi z dłoni - jest genialny. :)

A na koniec anegdotka.
Poprosiłam Baraniastego o zrobienie mi kawy. Zażyczyłam sobie, żeby mi zrobił obrazek na piance (kiedyś nawet taka prezentacja krążyła w mejlach - o obrazkach na kawach, które wyczarowują bariści). No i NzM mi zrobił...
Poniżej obrazek na kawie, zatytułowany: "Trzy puchate owce kopytkujące w stronę zachodzącego słońca". :)

 

 













Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie: