RSS
środa, 27 października 2010
Owca - przebudzenie.

Mała dzisiaj urządziła koncert. O 5:30 rano.
Najpier tłukła pluszową myszą o panele ("cudowny" dźwięk bladym świtem, kiedy w całym domu jest cicho), potem darła gębę ("Czy Ty widziałaś, że ta mysz jest SZTUCZNA?! Ja mam to jeść? Dlaczego nie wstaniesz i mnie nie nakarmisz czymś normalnym?!"), a gdy zyskała widownię w postaci obudzonych o tej porze i zdziwionych: Tricolorki i Szylkretki zaczęła na nie pluć. I burczeć. I gulgotać. I doprowadzać mnie do chęci przerobienia jej na futrzasty dywanik.

Trzeba było jakoś okazać swoje niezadowolone z powodu pustego brzuszka - rozumiem. Nie rozumiem natomiast dlaczego nie można było zjeść kolacji - NORMALNIE - tak, jak wszystkie koty, tylko od razu dokonać "zwrotu". I dlatego potem brzuszek był pusty, a kotek głodny.

Po takim dniu jak wczorajszy, przed takim dniem jak dzisiejszy, nie było mi dane odpocząć (nie mówiąc już o wyspaniu się).
O 6:22 dzisiaj rano miałam ochotę spalić jakąś wioskę. I zatańczyć na kurhanach wrogów...

niedziela, 24 października 2010
Bliskie znajome Rademenesa...

I nic tylko czekać na środę i podwójne: "Hator, Hator, Hator..." :)

A jeśli podwójne to dwa życzenia powinny się spełnić... Albo dwa, czyli owcze i baranie... Albo...

"Ty jesteś jednak bardziej naiwna niż przypuszczałam."

"Jak zamknę oczy i zwinę się w kłębek, to nikt mnie nie zauważy..."

Kiszki filmowe.

Czas kiszek literackich na szczęście minął - o tym będzie osobno - ale niestety nadal trwa zła passa jeśli chodzi o dobór filmów. Kicha za kichą, kichą pogania. Koszmar, tragedia, beznadzieja i nie wiadomo co jeszcze. Durne komedie, które nie są aż tak durne żeby były zabawne, żałosne sf, beznadziejne thrillery i kompletnie bezsensowne filmy "akcji". Niedawno był "Event Horizon" (uprzedzam - gorszej kichy dawno nie widziałam), potem "I love you Phillip Morris" (wydawało mi się, że wiem czego się spodziewać po tym filmie, ale najwyraźniej tylko mi się wydawało) dzisiaj "Splice". Najlepiej trzymać się od tych filmów z daleka - jeśli komuś własny czas miły. Jeśli chodzi o tę ostatnią kichę, to zdecydowanie zachęcały mnie plakaty i trąbienie wszem i wobec, że to film twórców "Labiryntu Fauna" (genialny!) i "Cube" (świetny!). Jak zwykle się pomyliłam, bo pomijając rozważania etyczne i moralne samego problemu poruszonego w filmie - nie da się tego oglądać. Na filmwebie ktoś napisał w swojej recenzji , że (cytuję dosłownie): "Istota ma w sobie potęgę greckiego mitu, mistyczną siłę średniowiecznej paraboli, bezwzględność empirii kartezjańskiej rewolucji naukowej i bogactwo postmodernistycznej kultury bez granic. Tę mistrzowską mieszankę doceni każdy prawdziwy fan science-fiction." Nie wiem co ten gość palił, ale zdecydowanie powinien to odstawić...

Po tak gigantycznej stracie czasu, jedyne co pozostaje to udać się do wypożyczalni po klasykę i zapijać wcześniejszą gorycz, mlekiem z miodem. :) Czyli jeszcze raz i od początku i tylko w jedynej, słusznej kolejności:
X-men : The Last Stand
X-men 2
X-Men Origins: Wolverine
X-men
Uwielbiam i chłonę bez opamiętania. A do Logana to szklankę mleka i schrupać jak ciastko, prawda M.? :D
Wolverine it is... (wyguglany)

 

Tagi: filmy
20:04, ofczasta
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 października 2010
Konieczność podejmowania działań...

Bo nasze koty mają tak:

6:25 Owca zwleka swe zwłoki z łoża, bezczelnie budząc koty. Futrzaste panny (3, czasem 4 z 5) otwierają po jednym oku na puchaty łeb, patrzą z wyrzutem, robią zawijkę w drugą stronę i śpią dalej.
7:00 Kolejka do Nocników i Wielkie Wykopki Żwirku.
7:10 Niecierpliwe wyczekiwanie pod drzwiami łazienki i stanowcze dopraszanie się o śniadanie.
7:15 Stado Prosiąt w kuchni...
7:20 Wykopki Pośniadaniowe.
7:30 Uwalanie się w Organizerze, energiczne sprawdzanie czy Baran jeszcze śpi (skakanie mu po głowie, ugniatanie i
uwalanie się na), odprawianie Owcy do pracy (np. idealne zakłaczanie białymi kłakami czarnych rajstop), krótka zabawa z myszką.
8:30 Głośne błaganie o śniadanie.
9:00 Pięć Chrupaczek w kuchni.
9:10 Zasłużony sen.
11:00 Wrzask głodnych kotów, Amber mdleje pod lodówką.
11:10 Bii piszczy żeby jej rzucać myszkę, Amber ma smuteczki i uwala się na Baraniej klawiaturze, Mała poluje na
folię bąbelkową, Fil chce być głaskana po brzuszku, Latte wrzeszczy, że jest głodna.
11:30 Zasłużony sen, po znacznym wysiłku.
14:30 Kotki są głodne, bo Baran wychodzi na pocztę.
15:15 Kotki są głodne, bo Owca wróciła z pracy.
15:16 Nadstawianie dwóch brzuszków do głaskania.
15:17 Kotki przez cały dzień nie korzystały więc teraz jest kolejka do nocników, a potem Wykopki.
15:30 Pięć Prosiąt w kuchni.
15:45 Sen. Bo praca męczy.
17:00 Powrzaskiwanie głodnego syjama, reszta nawet łapą nie ruszy.
18:00 Powolne budzenie się.
19:00 Dwunożni robią kolację - należy stawić się w komplecie w kuchni, udawać głodne, to NA PEWNO coś dadzą.
19:20 Stado Chrupaczek w kuchni.
19:30 Kopanie Amber po twarzy przez Bii, gryzienie Bii w brzuch przez Amber - pod nadzorem Filemona, który w każdej
chwili może wprowadzić swoją własną sprawiedliwość. Mała liże dostępną reklamówkę lub świeżo założony worek na śmieci. Latte udaje, że jej nie ma.
20:00 Zasłużony sen.
22:00 Darcie syjamskiej gęby, komplet głodnych kotów w kuchni.
23:00 Pięć Chrupaczek w kuchni.
23:15 Zasłużony sen. Dwunożnym usługiwaczom też można pozwolić iść spać.
23:45 Obciążanie kołdry różnymi konstelacjami kotów, żeby Dwunożni nie byli w stanie się ruszyć przez całą noc. Filemon -
udeptywanie Owcy. Bii - wskakiwanie na szafę. Mała - bicie syjama. Amber - donośne miauczenie, w celu pochwalenia jej za to, że upolowała myszkę.
6:25 ...

Ponieważ dzień naszych kotów jest jak widać niezwykle intensywny i dosyć męczący - musiały nauczyć się idealnie odpoczywać. Idealnie, to znaczy tak jak Garfield.

 

Strip z 18.10.2010 r.

I (bardzo) swobodny przekład:

- Garfield, czy chciałbyś ze mną pobiegać?
- Na mięciutkie łapki bogini Bastet - po co?!

- Czy ktoś nas goni?!

- CZY MA ZE SOBĄ WŁÓCZNIĘ?!
- Nie ważne...

niedziela, 17 października 2010
Przedstawiamy się - KWIATY

W opowiadaniu o Pasionku nie można pominąć żywych stworzeń, jakimi są nasze kwiaty. Nie tylko ze wzlędu a ich ilość, a przede wszystkim na sam fakt, że nie wyobrażamy sobie bez nich naszego Domu. Ilość okazów, ich kondycję zdrowotną oraz sam fakt, że w ogóle są w naszym Domu, zawdzięczamy Baranowi - to on potrafi zasadzić kawałek suchego patyka, z którego potem wyrasta wielki krzak. Ja nie byłam w stanie utrzymać nawet hodowli kaktusów, a teraz mieszkając jak w dżungli, nie potrafię sobie wyobrazić żeby mogło być inaczej.

Kwiatów na dzień dzisiejszy naliczyłam prawie 50. Jedynym pomieszczeniem w Domu, w którym nie ma żadnego kwiatka jest komórka, która spełnia zimą funkcję drugiej lodówki (ma uchylone okno), a poza tym zielono jest wszędzie.

Liczba okazów zmienia się co jakiś czas (głównie się zwiększa), bo przy porządkach i przesadzaniu (w WIĘKSZE doniczki) NzM odcinając kłącze diffenbachi stwierdza na przykład, że "szkoda wyrzucić i on to włoży do komórki, a jak pęd zaschnie to będzie można wyrzucić". Po czym po miesiącu okazuje się, że pęd nie dość, że nie zasechł, to jeszcze puścił korzenie (bez wody i ziemi), wypuścił dwa nowe listki i w tej sytuacji już "szkoda go wyrzucić" i w ten prosty sposób mamy kolejną doniczkę.

Kandydaci na nowych opiekunów naszych kwiatków testowani są (przez Barana) nie gorzej niż przyszli właściciele kociąt lub psiąt rasowych. Bo jak ktoś nie będzie potrafił się kwiatkiem zajmować, to go nie dostanie. I nie ma zmiłuj. :)

Wśród okazów przeważają: skrzydłokwiaty, diffenbachie, geranium, poisencje, kwiatki zwane "głupim jasiem". Z małej (30 cm wysokości), kupionej w hipermakecie monstery, wyrosły trzy giganty z liśćmi wielkości 1 m, a większej doniczki na dwumetrowy aloes nie będziemy już w stanie kupić. W komórce (tej z zamkniętym oknem) czekają na wiosnę dwa niecierpki, na balkonie królowały tego lata pomidory, papryka i maciejka, a zewnętrzne okno w kuchni zajęły miesiąc temu moje ulubione wrzosy. W łazience rozrasta się zasadzona przez przypadek paprotka leśna (urosła sobie sama przy jakimś zupełnie innym kwiatku), nie można nie wspomnieć też o dwóch figowcach (fikusach), które zawsze przypominają mi Dziadka :) oraz bluszczach pnących się po suficie w różnych konstelacjach. Na półce wiszącej królują: araukaria wyniosła i dracena... I tak można bez końca. Wielu nazw naszych kwiatów nie znam, ale od czego są książki. ;)

Piątka futrzastych przyzwyczajona jest do naszej zieleniny. Czasami przeprowadzają reorganizację ziemi w doniczkach według własnego uznania, ale poza tym - na szczęście - są bardzo grzeczne. Nie jedzą kwiatków, których im nie wolno. Jedzą odobną trawę i taką, którą siejemy specjalnie dla nich, razem z owsem na przykład.

Koty i kwiaty na naszym Pasionku obfitują w oryginalne historie.
1) Latte (gdy była mała) uwielbiała obgryzać diffenbachię (trująca dla kotów) przyprawiając mnie tym o palpitację.
Nic jej się nie stało, ten etap jej minął, ale obgryzione liście "piegusa" pamiętam do teraz.

2) Fil uwielbia obgryzać jukę. Mówię, że nie wolno, a ona i tak swoje - lubi. Oczywiście nie choruje z tego powodu, a śmiem twierdzić, że nawet czuje się lepiej.

3) Amber przesiadując ostatnio z NzM na balkonie ukąsała (z nudów) kawałek listka poisencji (absolutnie jej nie wolno!). Baran od razu zwrócił jej uwagę (""Amber, nie wolno tego jeść! wypluj!"). Na co tricolorka zrobiła minę i "Pfffpt!" - wypluła nadgryziony listek.

4) Gdy  mieliśmy na balkonie jałowca - Mała uwielbiała go obgryzać i rzuć z zapamiętaniem.

5) Bii jakoś nie ma jeszcze preferencji. I mam nadzieję, że jednak nie będzie miała. :)

Poniżej - nasze kwiatki w obiektywie NzM.

Krople rosy na poisencji.

Niedojrzały pomidorek.

Zarodniki na liściu paproci.

Tagi: koty Pasionek
22:44, ofczasta
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 października 2010
Kiszki literackie.

Moje ostatnie lektury to jakieś porażki. Ciągle mam wrażenie, że tracę czas na coś, czego nie warto w ogóle czytać. :/ Mam na szczęście stos książek pożyczonych od M. oraz wypożyczone z biblioteki dzieło tegorocznego noblisty, więc to wszystko pozwala mi mieć nadzieję, że zła passa lekturowa niedługo zostanie przerwana.

A póki co.


"Ulisses z Bagdadu" Eric Emmanuel Schmitt

Lubię czytać Schmitta. Wchłonęłam wszystko, co zostało wydane w Polsce. Nie wszystko było oczywiście tego warte, ale większość jego dzieł - tak. Nie można tego powiedzieć o "Ulissesie"... Nie wiem czy Schmitt stracił zdolność przyciągania czytelnika, czy po prostu napisał tę książkę "na kolanie", tak żeby tylko "była". Wydać i mieć z głowy, bo ludzie i tak kupią, w końcu to "poczytny autor". Może mu się już nie chce starać?

Godna uwagi w książce jest jedynie postać ojca głównego bohatera, którego sposób wysławiania się jest bardzo oryginalny i wręcz "odświeża" książkę. Cała reszta wędrówka/ucieczka głównego bohatera (powieść drogi?) z ojczyzny do wymarzonego miejsca (Anglia) jest taka jakby... pisana na szybko? Trudno to określić. Nie powaliła mnie i uważam, że to jedna ze słabszych książek Schmitta. Można pominąć. 4/10

Fragment godny zapamiętania :)

- Synu mój, boski Ulissesie, nie drżysz przed różanopalcą jutrzenką?
- Słucham?
- Nie marznie ci dupa o piątej rano?

(s. 18, Ulisses z Bagdadu / Eric Emmanuel Schmitt. - Kraków: Znak, 2010)

 

"Miłość przez małe m" Francesc Miralles

Na tylnej okładce książki można przeczytać coś takiego:
"W Nowy Rok za drzwiami Samuela rozlega się ciche, lecz natarczywe drapanie. To bezdomny kot - niezwykły jak każdy
kot - niespodziewanie wkracza w życie samotnego trzydziestosiedmiolatka i w cudowny sposób je przeobraża. Samuel odtąd nie tylko lepiej sypia przy wtórze mruczenia, lecz także nawiązuje nowe, bardzo zaskakujące przyjaźnie. A wszystko wydaje się prowadzić do pierwszej miłości z dzieciństwa - tej, która kiedyś obdarzyła go tajemniczym pocałunkiem motyla..."

 

Super - idealne dla kotuluba takiego, jak ja - pomyślałam sobie drepcząc do kasy w megastorze. Nic bardziej mylnego. Kot pojawia się w zaledwie kilku momentach tej książki i i tak, moim zdaniem, jest tam tylko na doczepkę. Nie uwierzę, że autor miał kota. Bardziej prawdopodobne jest dla mnie to, że kiedyś kota widział (może tylko na obrazku, albo w telewizji), może jakiś znajomy był właścicielem tego zwierzęcia, ale pan Miralles nie ma zielonego pojęcia kto to jest kot, co robi i jak się zachowuje. Chyba, że w Barcelonie koty nie robią nic innego, tylko siedzą na kanapie machając ogonem, chowają się przez wetem odwiedzającym je w domu i... to wszystko. Jeśli ktoś miał kota, lub conajmniej fascynują go te zwierzęta, nie napisze takiej książki. A w każdym razie nie pozwoli na zasugerowanie, że to właśnie kot jest jej głównym bohaterem. Czuję się zrobiona "w konia".

Poza tym - książka znośna, ale "szału nie było". ;) Kilka gotowych cytatów do pamiętników, kilka rozpoczętych wątków i jakiś brak pomysłu na ich interesujące zakończenie. Popis elokwencji i wrażenie jakby autor chciał się pochwalić wiedzą, dotychczasową lekturą i znajomością językoznawstwa jednocześnie nie łącząc tego w książce w żaden logiczny sposób, tylko wrzucając pojedyncze elementy jak do gara. Tyle, że zamiast rosołu wychodzi zupa-nic. Również można pominąć. 5/10

Tagi: książki
22:15, ofczasta
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 października 2010
Miau!

Od jakiegoś czasu krąży w internecie taki oto filmik o dwóch sprzeczających się kotach. Wkładanie ludzkich słów w kocie mordki często nie jest tak dobrym pomysłem jakby się mogło wydawać i nie zawsze wychodzi tak genialnie. A tu wyszło. Bawi mnie do łez. Nadal, mimo że obejrzałam go niezliczoną ilość razy. :)


Tłumaczenie, bo nie każdy musi znać język Szekspira. :)

- Hej!
- Czego?
- Już to widziałem!
- Cii!
- Hm! Dupek...
- No co?!
- Nie ważne... Ty... Ty mnie w ogóle nie słuchasz!
- Od kiedy?
- Od zawsze! Eh... Ktoś nadchodzi. Zachowuj się jak kot!
- Mrrr, mrrr, _liz_, mra!
- MIAU. MIAU. MIAU.
- Mrau!
- Zachowuj się słodko, może dadzą nam jakieś przysmaczki. Połóż się. _liz__liz__liz__liz__liz__liz_ Czy przynieśli już jedzenie? Czy przynieśli już jakieś jedzenie?
- Jeszcze nie. Nie przestawaj mnie myć.

Tagi: koty tubka
22:18, ofczasta
Link Komentarze (3) »
niedziela, 10 października 2010
Odurzająca woń pietruszki.

To już druga jesień kiedy realizujemy genialny pomysł NzM, tworząc własną "jarzynkę do zup". Żadna z niej wegeta czy inny kucharek, bo jest w pełni bezkonserwantowa, bezsiarczanowa czy też bezzbrylaczowa.
W tym roku, podobnie jak w ubiegłym, Baran przywiózł z targu trzy wielkie worki jarzyn i pęk pora.
Zdecydowanie podobają mi się efekty (cztery słoiki suszonych jarzynek), ale droga, która do nich prowadzi jest drogą przez mękę. :) Obieranie tego wszystkiego, przerabianie na postać przygotowaną do ususzenia oraz samo suszenie zajmują razem około tygodnia.
Zapach, który w tym czasie roznosi się po domu jest rewelacyjny. Dla ludzi. Dla kotów jest najwyraźniej odurzający tuż po przyniesieniu worków do domu. Amber wyglądała jakby się tarzała w kocimiętce, a nie w zwykłej pietruszce. :)

Worki z warzywami zaintrygowały prawie wszystkie koty. Syjama nie stwierdzono z powodów oczywistych (nie wiadomo co to jest, pojawiło się nagle i nie wiadomo skąd, więc trzeba się trzymać w bezpiecznej odległości, bo a nóż-widelec rzuci się na kotka i pożre?) Bii okazała uprzejme zainteresowanie. :)

 

Po chwili Mała doszła do wniosku, że tak naprawdę nie ma tu nic ciekawego i oddaliła się niespiesznie.

Zostawiając obwąchiwanie pozostałym wielbicielkom pietruszki i selera.

 

A potem została już tylko tarzająca się w warzywach Amberzyca.

A oto efekty tygodniowej pracy. :)

sobota, 09 października 2010
Zadowolony kot, to mokry kot.

Bii miała dzisiaj czyszczone uszy. Sama przyszła do Barana powiedzieć żeby ją poskrobał w prawe, po czym okazało się, że słuchom przyda się czyszczenie.
M. dziwiła się, jak opowiadałam jej, że wszelakie ablucje przy naszych futrach kończą się zazwyczaj porysowaniem Dwunożnych,
którzy wpadli na tak idiotyczny i bezczelny pomysł oraz fochem kotów. Podobno Tyran pozwala sobie uszki czyścić bez problemu. Zazdrościłam więc M., że nie mamy ani jednego kota, który pozwoli sobie wyczyścić uszy bez sensacji. Do dzisiaj.

Bii przy czyszczeniu tej części kociego ciała... mruczała. Do tej pory słyszałam tylko o jednym kocie, który mruczał podczas tej czynności. Był to Ramzes.

W nagrodę, za idealne zachowanie Szylkretka została uraczona swoją ulubioną zabawą: wodnym szaleństwem w wannie. Zabawa była tak rewelacyjna, że kot był mokry jak autentyczna wydra. I zachwycony. Niezbędne okazało się ręcznikowe osuszanie futra (to już nie było takie fajne), a mokre tupty i tak znaczyły ścieżkę przemieszczającej się po domu Biisławy. :)

Dokumentacja fotograficzna - NzM. Operator prysznica - Owca. :)

"Wcale nie jestem mokra, lej tę wodę, Owco!"

"No dobrze. Było super. Chcę jeszcze."

Tagi: Bii koty
22:27, ofczasta
Link Dodaj komentarz »
Bo każdy kot jest arcydziełem natury. :)

Poniższy filmik wykopała M. podsuwając go Owcy i wzbudzając jej bezbrzeżny zachwyt. I znowu - nie chodzi o reklamę sklepu (chociaż A. uświadomiła mi jaki genialny kocyk z kotami mogę sobie tam kupić), chodzi o koty. Cudne, puchate stworzenia. I świadomość, że by "się działo" gdyby tam wpuścić jeszcze naszą piątkę. Amber by mruczała i czekała aż ją ktoś nakarmi, Bii przerobiła by sklep na zgliszcza, Fil wyłożyłaby się do góry brzuszkiem na najwygodniejszym łóżku i kazała się głaskać, Latte by miała traumę, że wszyscy chcą ją zamordować, a Mała... A kto powiedział, że w ogóle by ją interesowało to dziwne przedsięwzięcie? ;)
Polecam też obejrzenie na "tubce" reportażu z tego, jak kręcono tę reklamę.

Tagi: koty tubka
18:31, ofczasta
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2














Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie:



free counters