RSS
czwartek, 15 sierpnia 2013
2.

Środa, 7 sierpnia, Roku Węża.

6:50 rano, pobudka.
Już jest 25 stopni. W sumie nic dziwnego skoro ma to być dzień z kumulacją upału.
Trzy litry herbaty ziołowej (i tak braknie), zero kanapek i w drogę.

Około 10:00 jesteśmy na miejscu. Gdzie? A gdzieżby indziej? ;)
Tym razem pamiętałam i zarezerwowałam wcześniej (co najmniej na tydzień przed). Zakup biletów, szybka przebieżka po Rynku (bo kasa i wejście są po dwóch przeciwnych stronach Sukiennic) i wchodzimy do Podziemi Rynku. Nie jest gorąco i jest fajnie. Ponieważ historię swojego państwa mamy w małym palcu u stopy trolla (już widzę, jak NzT turla się ze śmiechu przeczytawszy to zdanie...), to historia Krakowa fascynuje nas tak bardzo, że zwiedzamy 45 minut, a nie dwa razy dłużej - jak przewidziano w przewodniku. ;)

Co robi na nas największe wrażenie? Rozmach, fundusze wydane na takie historyczne muzeum. Tradycja miesza się z nowoczesnością. Wszędzie kioski z dotykowymi ekranami i informacjami w kilku językach. Podziemia Krakowskiego Rynku dokładnie takie, jak je odkopali, a to wszystko w połączeniu z nowoczesnością i mediami (trójwymiarowe modele wirują co dwa kroki). 
Nie miałam pojęcia, że w miejscu Rynku było cmentarz. Idealny motyw na dobry horror Mastertona. Kinga niekoniecznie, bo coś mi się wydaje, że Maine kryje jeszcze wiele niespodzianek. ;)
Acha. I karty z Czekoladowych Żab Harrego Pottera istnieją naprawdę. Tylko, że u nas mają formę podświetlonych plakatów i taka królowa Jadzia, na przykład, uśmiecha się i mruga do zwiedzających, a Kaziu Wielki odgania się od muchy. Na razie nie wychodzą z ram (jak Dumbledore, na przykład), ale kto wie, co robią po zamknięciu muzeum...
Genialne.

11:30 opuszczamy rozkosznie chłodne katakumby.
Wita nas ściana żaru. Hydrant już włączony, ale nie korzystamy, bo najpierw idziemy coś zjeść. Z pełnymi brzuszkami zahaczamy jeszcze o "najlepsze lody w Krakowie" (subiektywna opinia), gdzie moja gałka lodów mango wygląda jak dwie tradycyjne. Potem już się tylko toczymy.

Południe.
Drugi przystanek naszej wycieczki to sklep z dżerbą* (gorąco polecam). Nie pamiętam dokładnie od czego się zaczęło. Na pewno kiedyś kupowaliśmy jakieś pojedyncze herbatki przy okazji, bez euforii i bez zastanawiania się jak je parzyć. Potem jeszcze Sarenzir wspomniała, że yerba jest świetna na migreny i do słowa do słowa usłyszałam od NzM: "Owco kup mi bombillę i naczynko". No dopsz. Kupiłam. 

źródło

Poprzednia wizyta w sklepie skończyła się tak, że plecak się nie domykał. ;)
A że od tego momentu minęło trochę czasu (a pudełka z dżerbą pokazały dno) i - o zgrozo - dałam się namówić na picie zaparzonego (i nie tylko) ostrokrzewu paragwajskiego o smaku przeleżalego siana i wyglądzie błota, to środowa wizyta w sklepie wyglądała podobnie.
Przy okazji - czy ktoś z pijących dżerbę ma jakiś sposób na ten wstrętny metaliczny smak bombilli? Zdaję sobie sprawę, że to jest wybitnie subiektywne odczucie i że ja "tak mam", ale psuje to smak herbaty, naprawdę. Bombilla bambusowa jest świetna, tyle że potwornie się zatyka. :(


*to mój wymysł. Yerba to jerba. Ot po prostu. ;)

13:30,
wracamy do Dużej Bordowej. Termometr pokazuje 54 stopnie C. Nie jest źle. W Parku Miniatur ostatnią zapisaną temperaturą było 70 st. C, a potem termometr już nie dał rady. ;)

Drugi przystanek naszej wycieczki, to Lemowy Ogród.
Trochę obawiamy się, że będzie dużo ludzi (w Podziemiach było sporo) w tym - tych mniejszych, skoro to Park Doświadczeń dla nich. Ale nie - niewiele jest wariatów takich, jak my. Może ze dwie rodziny z dziećmi i kilka par, gdzie pan ma frajdę i "doświadcza", a pani nie ogarnia. ;)

na tym zdjęciu dokładnie widać, jak wielkie tłumy zwiedzały razem z nami Ogród Doświadczeń ;)

Powiem tak: obie lekcje - i historii - w Podziemiach i fizyki - u Lema - były świetne. Co ciekawsze - ta ścisła podobała mi się o wiele bardziej. :) Jasne, że w większości przypadków nie wiedziałam co i dlaczego tak działa, ale po pierwsze - od tego są tabliczki i wszystkiego można się dowiedzieć,

a po drugie wystarczyło mi, że Baraniasty miał frajdę i na tabliczki nie musiał w ogóle spogladać. :)
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie wyczarowała. Przy pozowaniu do fotki uznałam za stosowne usiąść sobie na (nazwijmy ją tak w uproszczeniu) ławeczce. Blaszanej. Cały Ogród usłyszał jak inspirujące było to doświadczenie, a ja do dzisiaj mam sparzoną sempiternę (tak, przepaliło przez ubranie). Owca na gorącej blaszanej blasze. ;D

(no przecież nie będzie fotki spalonego zadka ;) ) 

Przy końcowych stanowiskach zaczęliśmy już mocno odczuwać prażące słońce. Ostatnie zdjęcia i wracamy do autka, które tym razem (wreszcie!) stoi w cieniu. Nic straconego. W drodze powrotnej nasza dzielna Duża Bordowa pokazuje:



Wracamy. Przyprażeni, zmęczeni, ale zadowoleni. :)  

niedziela, 04 sierpnia 2013
Tytuł się roztopił.

Jest upał. Hektolitry herbaty, wody, soków itp. przepływają przez nerki. Koty rozrzucone jak ścierki po domu, ptaszki z dziką pasją biorą kąpiele, Personel snuje się po domu.
Dzisiaj nie odkurzam (a koty się znowu kłaczą w obłędny sposób), nie sprzątam, nie gotuję, nie czytam, nie pracuję (w domu), nie myślę...
Przeczekuję.
Nienawidzę upałów tak samo mocno, jak mrozów. 

Tymczasem w ubiegłym tygodniu oglądaliśmy tego pana.

 

źródło plakatu

M. powiedziała mi, że jej wątroba zzieleniała, jak usłyszała, że idziemy do kina :) i teraz myślę sobie, że wcale jej się nie dziwię. 
Bo takiego Rosomaka to ja jeszcze nie widziałam. Napisałabym coś jeszcze, ale lepiej nie, bo jak Baraniasty przeczyta... :))

Ogólnie - z wyjątkiem kilku scen i niektórych rozwiązań fabularnych - rewelacja. Ale przecież Hugh Jackman urodził się do roli Wolverine'a - nie, śpiewającego Jeana Valjeana, ale właśnie Wolverine'a. I biegając (półnago - nie ukrywajmy - tak, żeby napakowane mięcho było dobrze widać) i mordując wszystkich dookoła tymi brzytwami wyłażącymi z dłoni - jest genialny. :)

A na koniec anegdotka.
Poprosiłam Baraniastego o zrobienie mi kawy. Zażyczyłam sobie, żeby mi zrobił obrazek na piance (kiedyś nawet taka prezentacja krążyła w mejlach - o obrazkach na kawach, które wyczarowują bariści). No i NzM mi zrobił...
Poniżej obrazek na kawie, zatytułowany: "Trzy puchate owce kopytkujące w stronę zachodzącego słońca". :)

 

 

niedziela, 28 lipca 2013
Niuchaczka.

Nie ma znaczenia skąd wracam (chociaż preferuje powrót z rowerowania w parku).
Buty też nie mają znaczenia (chociaż - o zgrozo - upodobała sobie moje wypasione najki).
Ważne jest to, że SĄ.
I pachną (?).
Więc trzeba je WĄCHAĆ.

Owca wącha książki. A Pierożek inhaluje się tym, co miała na kopytkach. :)

Niebieskie balerinki! Nareszcie wróciłyście do domku! 

 

Którą wybrać do niuchania?

 

Może lewą?!
Fil, co robisz? (to po prawej, to kawałek Bii)

 

Niucham, oj jak niucham!
A ja też mogę?

 

Nie słucham Cię, bo niucham! Zdecydowanie lewy nakopytnik jest lepszy!

 

LEPSZY!

 

A potem następuje Pierożkowy szał.

 

I Owca musi zabrać obuw (Fil zawsze wtedy na mnie napluje - bo jak śmiałam!), ponieważ Pierożek zabiera się za wylizywanie podeszwy...

 

 

Czy Wasze kociambry też tak robią? 

 

21:46, ofczasta
Link Komentarze (5) »
piątek, 26 lipca 2013
Politowanie.

Na tym zdjęciu (robionym Galaktyką, z ogródka) tak dobrze tego nie widać, więc musicie mi wierzyć na słowo.

Trikolorka patrzy na mnie z politowaniem i jestem pewna, że w jej rozumku układają się słowa:

"Czy Ty już całkiem na wełnę upadłaś? W taką pogodę i o tej porze do pracy idziesz? W piątek? W wakacje?!" 

 

 

Lubię swoją pracę, ale potrzeba mi już urlopu, skoro nawet Lady A. to widzi...

09:18, ofczasta
Link Komentarze (4) »
czwartek, 25 lipca 2013
Zaczęło się.

Wiedziałam, że ten moment kiedyś nastąpi, ale nie sądziłam, że tak szybko.

Przecież to jeszcze dzieci... 

No dobrze. Powiedzmy sobie szczerze: to nie dzieci, tylko banda pierzastych panien i młodzieńców. :)

Co nie znaczy, że łatwiej mi będzie, jak sobie pójdą, by zamieszkać w nowych domkach. 

 

Baraniasty zaprasza TUTAJ

a ja pochwalę się (jego fotką) Ambrożego (Ambrozyja), który ma dokładnie taki charakter, jak pokazuje zdjęcie: 

 

 źródło zdjęcia

A dzisiaj Pasionek ma trzecie urodziny.

 

źródło obrazka

Jestem nie mniej zdziwiona niż Baranek Shaun i inne owce. :)

To już trzy lata minęły?! 

 

wtorek, 23 lipca 2013
PWC - pierwsze podsumowanie

Kto i co przeczytał od 1 lipca w ramach Pasionkowego Wyzwania Czytelniczego:

Baraniasty: 
S. Lem: Profesor A. Dońda (opowiadanie)
Andrzej Pilipiuk: Acla (opowiadanie)
Arkadij i Borys Strugaccy: Fale tłumią wiatr
Arkadij i Borys Strugaccy: Miliard lat przed końcem świata
A. Pilipiuk: Hotel pod łupieżcą czyli wakacje Jakuba Wędrowycza (opowiadanie)
A. Pilipiuk: Szewc z Lichtenrade
A. Pilipiuk, A. Łaski: Dobić dziada (komiks)
S. King: Joyland
- dwie sprezentowane książki dla Owcy

Basia
S. King: Worek kości (1)
J. Chmielewska: Całe zdanie nieboszczyka (8)
J. Herriot: Kocie opowieści (9)

Temeko
- dwa prezenty książkowe - (10) "Dlaczego" Vaclava Suplata i "Spóźnieni kochankowie" W. Whartona
"Dlaczego łabędzie maja długie szyje" i "Dlaczego jeże mają kolce" (4) 
O. S. Card: "W przededniu" (2)
S. King - "Wielki marsz" (1)
 
Beith
S. King: "Joyland" (1)
- prezent (10) "Limes inferior" Janusza A. Zajdla 
polskie opowiadanie A. Pilipiuka "Czortek" z tomu "Trucizna" (7 i 8)
M. Musierowicz: "McDusia" (3)
komiks "Miasto grzechu" Franka Millera (6)
T. Pratchett: "Carpe jugulum" (2)
baśnie (4) "Dzikie łabędzie" i przerażające "Czerwone pantofelki" Andersena
 
Wilddzik
A. Marinina : "Kolacja z zabójcą", "Zabójca mimo woli", "Ukradziony sen" (3 i 5)
J. Broszkiewicz: "Długi deszczowy tydzień" (2 i 8)
M. Bułhakow: "Psie serce" (7)
H. J. Chmielewski: "Tytus, Romek i A'Tomek" (6)
 
M.
M. Witkowski "Drwal" (5)
M. Witkowski "Lubiewo bez cenzury" (8)
 
Owca
Przeczytałam "Brulion Bebe B.", czyli szóstą część Jeżycjady (3). Podobała mi się, chociaż nie tak bardzo jak wcześniejsze tomy. Mało Borejków, mało Kreski, mało Cesi. Dużo, DUŻO Anieli. Dla równowagi na szczęście też dużo Bernarda. Uwaga, spoiler. Kiedy brodacz ubierał białą bluzkę z miejscem na "pokaźny biust nosorożca", który spiął gumką - chichrałam się jak głupia. Kiedy w kulminacyjnym gumka puściła i strzeliła Pieroga - wyłam ze śmiechu. :)

Przeczytałam też kupione jakiś czas temu "Przygody kota Filemona"  Marka Nejmana i Sławomira Grabowskiego (4). Kupiłam to najnowsze, wypasione wydanie z "Naszej Księgarni". Jest piękne, eleganckie i.... nie kosztowało fortuny! O ile dobrze pamiętam, to z okazji Dnia Dziecka była w Empiku jakaś promocja i za dwie książki (ostatni tom "Poczytaj mi, mamo" i za Filemona) zapłaciłam tyle, ile zwykle płaci się za jeden tom z tej serii.
Cieszę się, bo przypomniałam sobie, jak bardzo lubiłam te bajki (nawet ilustracje są takie, jak w poprzednich wydaniach), jaki był Pierożek, jak była małym kotkiem i jaki straszny leniwiec z tego Bonifacego. :)
Duża przyjemność z lektury. :)
 
Mam za to problem z Kingiem. "Joyland" przeczytałam w czerwcu, a na PWC zostawiłam sobie "Wiatr przez dziurkę do klucza". I był to błąd, bo książkę odłożyłam po 15 stronach. Nie chcę wracać do czegoś, co miało już swój koniec. Wiem, jak się ta opowieść zakończyła (bardzo byłam zła na Króla...), wiem, co się stało z bohaterami i nie chcę - nagle - znaleźć się ponownie w środku tej historii. Szczególnie, jeśli sam King umiejscawia tę książkę gdzieś między tomami "Mrocznej Wieży".
Pozostaje mi jedynie: czekać na "Doctora Sleep" (wrzesień), przeczytać coś, czego jeszcze nie czytałam (niewiele tego zostało), albo wchłonąć jeszcze raz któreś z opowiadań. Zobaczymy.
 
Proszę uczestników o sprawdzenie czy wszystko się zgadza i uzupełnienie, jeśli coś w międzyczasie przeczytaliście.
Nowe punkty do PWC można uzupełniać w komentarzach również do tego wpisu. :)
czwartek, 18 lipca 2013
Król jest wszędzie ;)

Dzisiaj na Wącham Książki odkryłam takie oto zdjęcie:

 

źródło

I opadła mi szczęka. Jakim cudem ja nie miałam pojęcia o ekranizacji "Pod kopułą"?!
Ostatnio moja czaszka jest bombardowana sporą ilością informacji różnego typu i muszę odsiewać, przecedzać... Źle odsiałam? Jak mogło mi to umknąć? 
"Chodźmy sitkiem czerpać wodę..."*

*kto pamięta skąd to cytat?

Ale nie ma tego złego i tak dalej, bo już wiem, co będziemy z Baraniastym teraz oglądać. :)
Na khaleesi i Lukrecję musimy czekać aż do kwietnia przyszłego roku, na Meredith do września bieżącego, więc teraz jest czas idealny. :)

Ktoś już oglądał? Z tego, co wiem, to już są ze cztery odcinki...

 

Prywata: dzięki Ci, NzT, za znalezienie tego, co znalazłaś ;), bo mielibyśmy psinco, a nie oglądanie Kinga, smoków, chętnych do objęcia Żelaznego Tronu, borgiowskiej rozpusty i  Cristiny Yang trzymającej czyjeś serce w dłoniach. Że o Gregorym Housie nie wspomnę. :) 

środa, 17 lipca 2013
Łindoł.

O moich pomysłach było już wielokrotnie.
Wczoraj zrealizowałam kolejny. Właściwie - nie ja, tylko my i nie pomysł, ale konieczność.

Słowotok oczywiście można przewinąć na dół, gdzie są zdjęcia Szylkreci i  informacja o  PWC. :)

Postanowiłam umyć okno u Owcy. Ojejku, też mi wydarzenie - pomyślą niektórzy. Nic bardziej mylnego. To JEST wydarzenie, nie tylko dlatego, że ma miejsce może raz na dwa lata...

Normalnym ludziom mycie okna zajmuje - jak sądzę - pół godziny. Może ze 40 minut. Nam to zajęło wczoraj dokładnie 5 godzin (wyraźnie nie jesteśmy normalni)...
Proces przebiega w ten sposób: od momentu, kiedy pomysł objawi się i zaczyna łomotać z tyłu czaszki, Owca zastanawia się nad tym, kiedy najlepiej umyć okno (analizując liczne prognozy), potem umawia się z Baraniastym, a potem zaczyna się irytować. O wszystko, a jeśli okno jest duże, to nawet może zechcieć trzaskać drzwiami. Nienawidzę mycia okien! Mogę zamiast tego odkurzyć i umyć podłogi ze trzy razy (nie lubię, ale to bułka z koniczyną w porównaniu z myciem okien).
Następnie, kiedy wszyscy są już mocno wkurzeni, rozpoczyna się czynność główna, czyli: zdejmowanie kwiatów (NzM), narzekanie i mycie okien (ja), przesadzanie kwiatów (Baraniasty), narzekanie (ja), ustawianie kwiatów na dotychczasowych i nowych miejscach (NzM), narzekanie (zgadnijcie kto..). 
Tych, którzy nie mają pojęcia o tym, w jakiej dżungli mieszkamy zapraszam tu.
O 21:30 myłam okno balkonowe (zaczęliśmy po 16:00)...
Uwielbiam nasze kwiaty, cieszę się, że są, ale wtedy, kiedy mam myć okna, doprowadzają mnie do szału.
Później (ale później później, kiedy już nie czujemy się jak para zombie) już jest lepiej i można się cieszyć z umytego okna, możliwości niewłączania światła w pokoju w słoneczny dzień oraz faktu, że ekspansję terenową rozpoczęły: aloes, monstera oraz fi[s]kus. Jak zwykle. :)

Koty też nie lubią mycia okien, z dwóch głównych powodów: nikt się nimi nie zajmuje (i nie podaje przysmaczków na każde zawołanie) przez dłuższy czas, a poza tym Owca się wścieka, czepia a nawet trzaska drzwiami.

A jak pomyślę, że czekają mnie jeszcze co najmniej dwie takie "imprezy", to mi się robi słabo.  

 

Obiecane zdjęcia Bii (w tle Kawa) - robione Galaktyką i w dodatku szybko, bo sekundę później Biisława Torbiasta już była przy misce.
Fotki pokazują, że Szylkrecia bywa grzecznym kotkiem, kiedy siedzi półdupkiem na stopniu, żeby Pierożek miał jak wejść na stół (po stołeczku), albo Amber miała gdzie się rozsiąść. :)

 

 

Krótkie podsumowanie (chociaż ciągle czekam na jedną decyzję ;) ):

Pasionkowego Wyzwania Czytelniczego podjęli się (według kolejności zgłoszeń):
- Baraniasty
- Basia
- Temeko
- Beith
- Wilddzik
- M.
- mbmm
- Anek7
- AniaMW

i ja ;)

 

Jeszcze jedna uwaga, czyli
 ANEKS (1) do regulaminu Wyzwania:
zgłoszenia udziału do PWC przyjmuję do końca lipca, do godz. 23:59. :)

 

A w następnym podsumowaniu napiszę kto i co już - do tej pory - przeczytał. 
piątek, 12 lipca 2013
Nie Amber,

chociaż też trikolorka. :)

Jednym słowem (krótki) wpis o tym, co M. przywiozła mi znad morza. 
No dobrze - nie przywiozła, tylko przysłała, ale i tak. ;)

Oprócz kartki (bo wie, że lubię) zawierającej podstawowe i cenione przeze mnie elementy (piaseczek, morze, latarnia morska), co jakiś czas dostawałam mejla z trykotką.

M. wie jaką słabością darzę trikolorki (szczególnie nadmorskie...), a ja sobie myślę, że dobrze, że to ona tam była, a nie ja (my), bo na zdjęciu by się nie skończyło... ;)

Zobaczcie sami:

 

 

I jeszcze jedna.

 

autorką wszystkich fotek, jest oczywiście M. 

Ale niestety, trójkolorowy elektroniczny strumień zakończył się wraz z powrotem M&Spółki z wakacji. :(

czwartek, 11 lipca 2013
Talerz świadomości.

Mam słowotok kulinarny, więc lojalnie uprzedzam - proszę nie czytać, jeśli ktoś nie trawi  moich przemyśleń.

Można po prostu przewinąć niżej i ominąć ten bełkot ;) - tam będzie Pierożek jedzący chrupki. :)
 
Tak naprawdę, to miał być wpis o maśle orzechowym. Wręcz pieśń pochwalna o tym, jak to firma na literkę L* wyprodukowała pinatbater na tyle genialne, że ogołociłam półki w najbliższym sklepie (wzbudzając tym, jak zwykle, sensację). Jak zwykle - bo robię to (ogołacam) cyklicznie, kiedyż tylko objawi się tak zwany "tydzień hamerykański". Powód jest prosty - masło orzechowe (450 g) w L. kosztuje niecałe 10 zł, masło orzechowe (250 g) firm na S i na F kosztuje prawie 11 zł. Do the math.
 
*dzisiaj nie będzie reklamy, bo nikt mi za nią płaci. Jasne, że do tej pory też nie płacili, ale odkryłam, że by mogli. ;) Zwłaszcza jeśli zostawiam u nich jednego Jagiełłę za samo masło. Albo żeby chociaż dali je ze zniżką. ;) 
 
Naszła mnie refleksja, że wszystko upiornie podrożało. Nie, nie tylko pinatbater. Zawsze myślałam, że fakt niespożywania zwłok (znaczy - mięsa) będzie oznaczał dla nas mniejszy szczękopad przy kasie. Źle myślałam. Bo o ile nie samym serem żółtym człowiek żyje, to jakoś różnicy wielkiej nie ma. Przeraża mnie myśl o tym, ile płaci za wyżywienie (miesięczne, załóżmy) czteroosobowa, niewegetariańska rodzina.
 
A propos sera żółtego właśnie. Od ponad trzynastu miesięcy próbuję się jakoś ogarnąć w świecie roślinno-warzywno-nabiałowym i co? Jem żółty ser. No dobrze, czasem też twarogowy i topiony. Pleśniowe są ok, ale na patelni.

No dobrze, jest jeszcze pasztet sojowy. No i jajka. Ale poza tym - co ja mam jeść?! Jasne, że NIC - to najlepsza odpowiedź. Bardzo wskazana dla organizmu i w ogóle super (to nie jest ironia!), ale nie zawsze się da i nie zawsze człowiek ma siły, żeby nie jeść. :)
Nabyłam kilka książek wege, na bieżąco przeglądam blogi wegetariańskie, ale wszystko, co tam znajduję jest (genialne, przyznaję) potwornie czasochłonne! A mnie nie dość, że się nie chce, nie lubię (gotować), to jeszcze prawie zawsze nie mam na to czasu. Nie powala mnie też pomysł dwugodzinnego przygotowywania pasty do chleba...
Ano właśnie. Chleba. Wiem, że jest lato i je się mniej (za to pije się więcej), ale nie macie wrażenia, że większość pieczywa jest po prostu niesmaczna? Nie mówię o pieczywie z superhiperextra marketów, mówię o takim standardowym - z piekarni.
Mamy swoją ulubioną piekarnię (w której ostatnio odkryłam fantastyczny jogurt!), z dobrym pieczywem (o ile nie są to bułki, które na drugi dzień przypominają wyglądem i smakiem piankę uszczelniająco-montażową do okien), ale na kolana to ono nie powala. :/ Powala za to pieczywo z piekarni "na rogu" w Żywcu. Największy problem polega na tym, że ta piekarnia jest tylko tam. A to jednak kawałek, żeby jechać po świeże bułeczki, albo po chlebek z ziarnem. ;)
Tak, wiem. Można piec chleb samemu. Jasne, że można. Ale trzeba mieć czas, nie dostawać palpitacji na widok rachunku za prąd i umieć wytrzymać w kuchni, w której jest ze czterdzieści stopni (o ile dobrze pamiętam, to Baraniasty piekł chleb z temperaturze 250 st. C).
 
O, jeszcze lody. Powyżywam się. Lody są za słodkie.
Owco - czy Ty na wełnę upadłaś?! A co? Mają być gorzkie, albo kwaśne?
Nie, niech będą słodkie, ale nie ZA słodkie.
Wszystkie lody w pudełkach (nie ma wyjątku) da się zjeść dopiero po dodaniu około pół litra mleka. Więc można je jeść jedynie w domu (to nie yerba, nie dostaje się w kawiarni termosiku z odpowiednim płynem). W przeciwnym razie człowiek kończy z mdłościami od przesłodzenia. :/ Niezmiennym moim hitem są lody na M (też mi nie płacą...). Nowe odsłony (czarne i różowe) szału nie robią, (zdecydowanie wolę z migdałami), ale jeśli już, to zdecydowanie czarne (kawowe).
A, teraz mi się przypomniało - kiedyś były złote. Autentycznie złote. Bodajże karmelowe, całkiem niezłe, ale pozłacane usta zostawiały na dłuższy czas. Lody - 4 zł, błyszczyk - gratis. :)
 
Z obiadem jest trochę łatwiej. Zwłaszcza latem. Makaron, ryż, kartofelki - w każdej postaci i na tysiąc sposobów.
A mozzarelllla ("Aniello" mówił Bernard do Anieli*) z pomidorami, czarnymi oliwkami i mnóstwem ziół, to ostatnio podstawa naszego pożywienia. :) O, i jeszcze sałatka z brokułem (fetą, pomidorami i jogurtem).
Wszystko przez pomidory. Jakiekolwiek danie, byle zawierało pomidory. POMIDORY. Cała szafa pommmidorów! Oj tak, latem Owca wpada w pomidorowy szał...
*kto pamięta gdzie?:) 
 
A co Wy spożywacie latem? A jakie niemęsne hity drzemią w Waszych głowach (lub zeszytach z przepisami)?
Czy macie (Ci, którzy dotarliście do tego miejsca mojego strumienia myśli) jakieś sprawdzone przepisy na szybkie i niemięsne dania?
 
A co do picia? Wypijam codziennie jakieś dwa litry płynów (tak, wiem, że mało), głównie herbaty, ale też niczego szczególnie smacznego nie wymyśliłam.
Za to nabyłam ostatnio (to na pewno zdecydowanie pomoże! ;) ) w T. fajne foremki na lód (w zestawie były: misie, serduszka i sople - o kotach pewnie nikt nie pomyślał. I słusznie,  bo koty przecież nie lubią zimna, nie wspominając już o wodzie). Misie się mrożą, do czego je wrzucić? ;)
 
A tutaj obiecany Pierożek :)
 
Mniam, smaczne te chrupeczki dla Pierożka (czyt. dla kotów wybrednych).
 
 
 
Widzi, że brakło? Haaloo, zjadłam, pusta miska! Proszę napełnić!
 
 
 
Dobrze wychowałam tych Dwunożnych. Szybko dosypali. Mniam!
 
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38














Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie:



free counters