Wpisy z tagiem: książki

poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Personel.

Chodzi oczywiście o Personel koci (i ptasi) i o to, jak spędza świąteczny czas.

O futrzastych i pierzastych będzie następnym razem, bo one głównie odpoczywają (no dobrze - odpoczywają tylko te z futrem, bo te z piórami mają mnóstwo pracy...). Dwunożni są natomiast ciągle czymś zajęci.

Mam takie dziwne wrażenie (obawę?), że zanim się zorientuję już będzie grudzień i koniec roku. Przesadzam? To jakim cudem już jest kwiecień?! 
Perspektywa dwóch wolnych dni świątecznych skurczyła mi się do jednego popołudnia przeznaczonego na blogowanie (a jeszcze powinnam dzisiaj przygotować kartki na PC).

Wczoraj odpoczywaliśmy po sprzątaniu sobotnim, okien jednak nie umyłam (czym znowu niewątpliwie gorszę niektórych sąsiadów), a Fordka też nadal wozi na sobie krajobraz zimowy...
Co ja poradzę na to, że nadal jest (dla mnie) zimno? Jak wyjściową temperaturą będzie 15 stopni (w cieniu) to bardzo chętnie. I okna i samochód.
Do tego czasu zgadzam się z Fil - akceptowalne są jedynie: mięciutki kocyk i nagrzany kominek. :)
Oprócz tego może być dobry film i dobra książka. :)

Jesli chodzi o książki, to wchłonęłam ostatnio "Dzienniki kołymskie" i byłam mocno zszokowana. Głównie własną ignoracją i niewiedzą. Wstyd mi, że nie miałam pojęcia o pewnych zagadnieniach, ale na szczęście człowiek uczy się przez całe życie.

Przeczytałam też "Pana Samochodzika i templariuszy" na lekcję z dziećmi i to też była dla mnie nowość. Nienackiego owszem, czytywałam w czasach młodości (jak to  brzmi...), ale wydaje mi się, że cyklu o Panu Samochodziku - nie. Nie miałam też pojęcia, że w sumie wydano ponad setkę książek związanych z przygodami pana Tomasza w dziwnym wehikule, jak również o tym, że autor (Nienacki) był postacią kontrowersyjną (i to nie tylko dlatego, że napisał też powieść erotyczną).

W międzyczasie trafiła w moje ręce fotobiografia Marii Skłodowskiej-Curie. Rozczarowałam się z dwóch powodów - większość fotografii była już mi znana (to tyle jeśli chodzi o zdjęcia, których "nigdy dotąd jeszcze nie publikowano" jak mnie zapewniano w opisie do tej pozycji), poza tym - mam wrażenie, że książkę wydano "z okazji" (ogłoszenia roku 2011 rokiem M.S-C) . Nie cierpię książek "z okazji", bo nie wnoszą one tak naprawdę żadnych rzetelnych treści, a są jedynie formą promocji, bo przecież "i tak ktoś to kupi". No i kupiła - Owca bibliotekarka za 55 zł. :/ 

Gorsze rozczarowanie spotkało mnie w przypadku przedostatniego tomu pewnego cyklu. Napiszę bardziej konkretnie, jak już skończę całość (jeśli w ogóle dam radę to dalej czytać), bo głupio by było później odszczekiwać, jeśli autor okaże się jednak twórcą wybitnym (ha ha, na pewno). 

Z filmów w miarę interesujących obejrzeliśmy ostatnio "Immortals" i "Thora". W drugim mocno irytowała mnie N. Portman, która niemal mdlała na widok gołej klaty nordyckiego boga, a w pierwszym podobały mi efekty i posoka ściekająca z ekranu (walka bogów z tytanami - miodzio). ;)
W międzyczasie do napędu wskoczyła też płytka z "Trzema muszkieterami" (świetny, odprężający, zabawny), w którym zachwycił mnie Orlando sprawiający wrażenie, jak gdyby bawił się swoją rolą i w którym aktor grający kardynała Richelieu zniechęcił mnie do siebie totalnie (duże znaczenie ma tutaj fakt, że wcześniej widziałam go w "Wodzie dla słoni").
Byli też "Giganci ze stali" (Wolverine sprawia wrażenie, jakby brał oddech od X-menów), "Przed świtem" cz. 1 (oczywiście, że wygryza, mimo że nie wygryza! ;)) ) i "Conan" (Małgoś, miałaś rację - chociaż jedna scena jest w tym filmie warta uwagi). 
Z filmów naprawdę godnych polecenia zachęcam do obejrzenia "Drive" (zamówione w Empiku OST do tego obrazu już do mnie idzie) i "O północy w Paryżu". Oba (skrajne różne) filmy naprawdę mi się podobały. Nie ma co opowiadać (a recenzji wszędzie pod dostatkiem) - sami musicie zobaczyć. :)

A na koniec, żeby wpis nie zawierał tylko samego tekstu, zwiastun od którego ciarki mi idą po krzyżu... ;)

źródło: YouTube (nadesłany przez CieonMovies 30 stycznia 2012)

niedziela, 04 grudnia 2011
K.

Marzy mi się takie zwykłe 5xK.
Kubek gorącej earl grey z cytryną, katarzynki (pierniki bez czekolady), ciepły kocyk i kot, czyli Pierożek na kolanach.
A póki co nadal, ciągle jestem w biegu.

Wykończyłam (jak to brzmi...) świąteczne prezenty i teraz po kolei będą się pojawiać na Dekupażu Owczym. Przy okazji zachęcam do odwiedzin, bo znalazłam czas żeby tam trochę odkurzyć, posprzątać i "pomalować". Tak więc nowości, nowości, nowości - na moim drugim, rękodzielniczym blogu.

klik

Na moim najpierwszym, najważniejszym Pasionku zmian szczególnych nie przewiduję, chociaż nadal rozważam przenosiny na WP. Zobaczymy jaka będzie ostateczna konkluzja. ;)

Pasionek nie jest co prawda blogiem książkowym ani filmowym dlatego też obszernych recenzji nie będzie, ale wspomnę dzisiaj o kilku pozycjach, które  przeczytałam i które - mimo nawału obowiązków - udało nam się obejrzeć.

Książek nie było dużo (bo i czasu było mało), ale wpadł mi w ręce drugi tom "Poczytaj mi mamo" (pierwszy jak na razie wydaje mi się lepszy) i miło było ponownie odbyć sentymentalną podróż do dzieciństwa.
To nie to samo co czytanie kwadratowych bajeczek o formacie 15 cm (strzelam, nie pamiętam dokładnie), ale
przecież liczy się treść. :)

Dzięki uprzejmości M. udało mi się też pochłonąć kolejny tom "Pamiętnika Kociłapki" (trzeci, tym razem). Jeśli lubicie komiksy - zachęcam, bo mnie się bardzo podobały perypetie właścicielki syjamki (a potem również innych trzech kociambrów), ale jeśli nie trawicie komiksu typu manga (ja tak mam...), to i tak nie powinniście czuć się zrażeni, bo wydaje mi się, że to nie jest typowa manga.
Czyta się szybko (za szybko!) i bardzo przyjemnie. :)


W międzyczasie była jeszcze "Tarantula", która zaskoczyła mnie do tego stopnia, że chcę zobaczyć film (Almodovara) i wtedy może będę w stanie powiedzieć chociaż co myślę. Bo teraz myślę jedynie: intrygujące.

Na poprawę humoru wchłonęłam pratchettowego "Kosiarza", który (standardowo) podobał mi się bardzo - może dlatego, że uważam iż postać Śmierci wyszła Mistrzowi Terry'emu naprawdę dobrze. Nie tylko w tym tomie.

Filmów natomiast było kilka, różnych, mniej lub bardziej wartych zapamiętania.

Podobał mi się "Wanted" (MIMO przeraźliwie chudej Andżeliny) i - skoro jesteśmy przy superbohaterach to - "X-men pierwsza klasa". Nie potrafię obiektywnie podejść do serii X-menów (lubię), ale wydaje, że to jedna z lepiej zrobionych części. Polecam wielbicielom tego gatunku, naprawdę mi się podobało. I nawet głębia psychologiczna tam jest ;) a podryw "profesora" Xaviera powinien przejść do klasyki cytatów filmowych. Podobnie jak scena w barze (z Wolverine'm). :)

Obejrzeliśmy też "Gnomea i Julię" (brawa, BRAWA za dubbing!) oraz Baranka Shaun'a (nadal oglądamy, bo to odcinki - jakie to jest fajne!).

Filmem, który mną mocno wstrząsnął i przeraził bardziej niż niejeden horror było "127 godzin", czyli film o uwięzionym grotołazie (speleologu?). Sporo  retrospekcji (facet siedzi uwięziony w kanionie, to co ma robić jak nie wspominać i przeprowadzać głęboką analizę swojego życia?), które uśpiły moją czujność.
Najważniejsza scena w całym tym filmie wgniotła mnie w fotel i zostawiła w tym miejscu jeszcze długo po napisach. Głównie dlatego, że to film
oparty na faktach - fikcję przyjęłabym bez mrugnięcia okiem. Czegoś, co naprawdę się zdarzyło już tak łatwo nie przetrawię... 

Jeśli chodzi o książki, to czeka już na mnie stosik (nie wiem kiedy ja to wszystko przeczytam...) a w nim między innymi listy M. Skłodowskiej-Curie do córek, Kompendium Wiedzy Smokologicznej ;) i inne cudeńka. A teraz czytam Wilta. ;)

W przypadku filmów ostrzę sobie kły na "Fightera" oraz "Conana" (mimo miażdżącej opinii M.) ;) a także na "Zmierzch vol. 4 part 1" (a czemu nie?).

Czy zauważyliście tę szaloną tendecję do dzielenia wszystkiego na połówki, dwuczęściówki, cokolwiek tylko możliwe?
Ja wiem, że chodzi o pieniądze (ponad wszystko!) ale żeby to miało jakiś, jakikolwiek sens? Co to za idiotyczna moda?
Ostatnia część Harrego Pottera - w
dwóch częściach, Zmierzch 4 - dwie części, Hobbit wejdzie na ekrany w dwóch częściach (!), a nowego, ostatniego już Eragona (książka!) również widziałam w dwóch częściach. Obłęd.

A przy okazji - gdy przygotowywałam dla dzieci spotkanie właśnie o "Hobbicie..." to trafiłam na plakaty z filmu, który ma za rok pojawić się na ekranach kin. 
I powiem tak - nigdy nie przypuszczałam, że Thorin tak może wyglądać. :) Sami zobaczcie :)

 
źródło 

Czy pamiętacie (bez pomocy googli) jak nazywał się ten piękny miecz Thorina? A kto poda wszystkie trzy nazwy? :)

poniedziałek, 17 października 2011
Czytamy.

Udało nam się wczoraj (w końcu) odebrać paczkę z Empiku.
W końcu, bo to, co działo się w trzeci łikend października w SCC graniczyło z obłędem.
Ale do sedna. W paczce był nowy kaledarz z kotem Simona na przyszły rok, "Kot Simona i kociokwik" oraz poniższa książka.

W tej małej, kwadratowej książeczce znajdziecie sporo mądrych kocich przysłów i fantastyczne ilustracje. I to właściwie wszystko. Uczta dla każdego kotoluba. :)
Zamieszczam skan tego, co podobało mi się najbardziej.

Skan z książki "Każdy kot ma dwa końce", aut. Przemek Wechterowicz, il. Anna Nowocińska-Kwiatkowska. Kraków: Wydawnictwo mg, 2011

Skoro mowa o książkach, to przeczytałam też ostatnio "Behemota" Scotta Westerfelda, czyli drugi tom "Lewiatana". 

Podoba mi się jeszcze bardziej niż tom pierwszy i coraz wyraźniej widać, że autor czerpał z bogatych źródeł literatury fantasy. W pewnym momencie mocno zapachniało mi "Mrocznymi materiami" i "Harrym Potterem". Niecierpliwie czekam na tom trzeci (ostatni w założeniu), ale jeszcze pewnie trochę poczekam, bo ukazał się dopiero w oryginale, a takiego nie podejmuję się czytać. :)

Skończyłam też "Hobbita", którym jestem zachwycona i nie potrafię zrozumieć dlaczego i po co ja tak długo zwlekałam z lekturą tej książki.

Układał mi się też od razu w głowie konspekt lekcji z wykorzystaniem tej pozycji na kółko czytelnicze, ale w to jeszcze pozostaje w sferze planów. ;)
Tymczasem niedługo czeka mnie "przerobienie" z dziećmi "W pustyni i w puszczy" naszego Noblisty, do czego nie pałam szczególnym entuzjazmem, ale dam z siebie wszystko z nadzieją, że może dzieciom się ta lektura spodoba. ;) Obejrzałam nawet trzygodzinną ekranizację (Ślesickiego)...

Teraz wchłaniam bardziej dorosłą lekturę, a potem może wrócę do Pratchetta, bo przerwa od Świata Dysku wydaje mi się już zbyt długa. :)

A skoro jesteśmy w temacie przypominam, że w piątek kończy się Konkurs Pasionkowy. :)

 

poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Upał (i owce).

To też jest słowo na "u". ;)

Upał był i - najprawdopodobniej - już się skończył.

W sobotę nie dało się nawet oddychać, a farba (wodna) zasychała mi na pędzlu - pierwszy raz w życiu widziałam coś takiego. "Podmuchy" wiatru przypominały to, co czuje się zazwyczaj po otwarciu nagrzanego piekarnika.

Futra przypominały rozrzucone po domu szmatki i wyglądały tak, jak Mała na zdjęciu poniżej:

 

Niesamowite - i to pod koniec sierpnia!

Wczoraj i dzisiaj już było chłodniej, chociaż dzisiaj rano, przy uskutecznianiu nieprzyzwoitego wręcz lenistwa z książką, piekłam się na zalanym słońcem balkonie*, jak jakaś owcza potrawka.
Wrażenie było jednak dosyć oryginalne, bo było mi gorąco, a czytałam "Triumf owiec" - gdzie akcja przebiega głównie na śniegu, w zimie.  

*bo niektórzy mają balkon, a niektórzy "lodzię", prawda Asiu? :))  

Sama lektura bardzo mi się podobała, ale tylko dlatego, że były w niej sympatyczne owce, bo ja z założenia nie lubię kryminałów i jakoś nie chce mi się zastanawiać "kto zabił".
Polecam jednakowoż, bo logika owcza bywa często tak pokrętna, że "zwykły" człowiek usiłując za nią nadążyć, albo dostanie kręćka, albo weźmie go szaleńczy chichot. :)

Braków lub nieścisłości w tłumaczeniu nie znalazłam. Różnicy w przekładzie między pierwszą częścią ("Sprawiedliwość owiec") a drugą też nie. Przykro mi, droga W., taki już ze mnie przekładowy ignorant. :)
Na swoją obronę mam tylko tyle, że NIE ZAUWAŻYŁAM (ku rozbawieniu NzT) kiedyś w książce zdań typu "Eragon włożył głowę do miski i wyszedł na podwórze". ;)

 

środa, 24 sierpnia 2011
Słowo na "u" :)

Mam już całą listę rzeczy, które zrobię, gdy będę mieć urlop.
Jeśli będę chciała to wszystko zrealizować, to wspomniany urlop powinien mieć co najmniej ze dwa miesiące, ale co tam.
Nie wiem czy uda nam się gdziekolwiek teraz pojechać, ale wypoczynek i brak pracowego stresu jest dla mnie samą w sobie atrakcją.

Na początek "pójdzie" Wiedźmin2. Gratuluję sobie, że tak strasznie długo wytrzymałam i nawet nie zaczęłam gry. Ale teraz zacznę, bo nadszedł CZAS. :)

Potem zaległe książki, chociaż stos oczekujących (po egzaminie) dosyć znacznie się zmniejszył. Może czas wziąć się za (nieprzeczytaną jeszcze w oczekiwanej ilości) klasykę?

Dużo czasu poświęcę na tajne działanie hobbystyczne Owcy, o którym napiszę więcej, jak już coś mi się uda tak, jak powinno. :)

Będziemy jeździć na rowerze i latać Lamą, Betą czy innym Guciem. O ile oczywiście żar nie będzie lał się z nieba - jak teraz.

Nie omieszkam również focić Futrzastych Panien, które w tym upale wywalają się do góry kołami jak zużyte szmatki, po całym domu. Poza tym - mój G9 przeżywa drugą młodość, po chwilowym buncie, więc muszę to wykorzystać. :)

Przyjdzie też czas na potwory. Jak się nie mylę, to niedługo będą jabłka, a potem będziemy znowu robić jarzynkę. Znowu dwa dni obierania, tydzień mielenia i suszenia i rok radości z pysznych warzyw w zupie. :))
Przypuszczam, że to nie jedyne kulinarne "wariactwo" które popełnię.

Odpiszę na zaległe mejle, odwiedzę dawno niewidzianych znajomych i pomyślę nad niespodziankami z wrześniowych okazji. :)

Tak. Urlop. Zdecydowanie. :)

Gdyby ktoś kazał mi określić mój gust czytelniczy, to miałabym duży problem. Choć o książkach mogę rozmawiać godzinami,  trudno byłoby mi określić co lubię czytać. Bo chyba wszystko lubię. Niby nie lubię książek historycznych, ale jak jest dobrze napisana, to też nie pogardzę. Więc?
Dał mi do myślenia NzM kiedy oglądaliśmy po raz kolejny film "2012" i zrodziła mu się refleksja: :"Owco, jakie 4 książki wzięłabyś ze sobą na arkę?". Nie wiem czemu cztery, nie wiem czy to miałyby być pozycje, które chcę zachować dla ludzkości, czy tylko dla siebie, czy inni też wezmą inne książki? Zagwozdka. :)

Rozmawiałam wczoraj z Anią i wyszło mi z tej rozmowy, że ja chyba bardzo lubię fantastykę. :) Ale nie naukową, nie sf, tylko fantasy. I w dodatku w formie bardzo "soft" czyli dla dzieci i młodzieży. 
To co, że pomaga mi
to w pracy, w promocji czytelnictwa - ja po prostu lubię to czytać. :) Ta świadomość do mnie dotarła, kiedy okazało się, że nie czytałam na przykład "Gry o tron", Tolkien jeszcze przede mną, a wielu autorów "dorosłej" fantasy po prostu nie znam.

Przeczytałam ostatnio "Lewiatana" Scotta Westerfelda. I bardzo mi się podobało. Ta książka to podobno przykład literatury steampunkowej (aż musiałam wyguglać). Alternatywna wersja I wojny światowej w której po przeciwnych stronach walczą twory mechaniczne oraz efekty krzyżówek zwierzęcych DNA. O biologii molekularnej nie wiem nic, o mechanice jeszcze mniej, więc pewnie nie wyłapię oczywistych absurdów (oraz niemożliwych technicznie rozwiązań) zawartych w książce, ale to jakoś nie przeszkadza mi czerpać radości z lektury.



Czyta się błyskawicznie, bo z każdym rozdziałem akcja przeskakuje od bohatera do bohatera (a konkretniej - bohaterki), aż w końcu łączy się, kiedy Ci dwaj (tych dwoje...) się spotykają. :)
To dopiero pierwszy tom. Nie pozostaje nic innego jak tylko czekać aż pojawi się następny.

czwartek, 21 lipca 2011
...

Zaczynałam ten wpis może z tysiąc razy. W tym jakieś 950 razy w myślach...
Miał być o czymś konkretnym, a w efekcie będzie pewnie o czymś zupełnie innym.

Kiedy wywraca się człowiekowi życie o 180 stopni (znowu), to zaczyna mieć inny pogląd na pewne sprawy (znowu).
Czy jest sens pisać coś więcej na ten temat? Pasionek, to mój ekshibicjonizm, ale nawet on ma swoje granice.
Poza tym - muszę sobie poukładać w głowie (to jeszcze potrwa) zanim zacznę wygłaszać prawdy oczywiste i objawione na temat samego wydarzenia. :/

W sobotę, aby odreagować piątek (niewykonalne, jak się okazało) wyprodukowałam kolejne dwanaście słoików z potworami. Prym wiodły śliwki dwóch rodzajów jak również brzoskwinie, porzeczka i agrest. Nie sądziłam, że z tych dwóch ostatnich zrobi mi się galaretka już na patelni. W konkursie pektynowym wygrywają zatem w przedbiegach.

Potem rower i rower. I konstatacja, że jak człowiek jest wymęczony psychicznie, to mu się nawet pedałować nie chce.

W tygodniu pracowym urwanie głowy. Jakoś tak zawsze jest, że jak są "wakacje", to pracy jest o wiele więcej. Może to wina tego, że wydaje nam się, że mamy więcej czasu, bo czytelnicy są na wakacjach?
No i znam już termin egzaminu. To dobre, bo mimo że nienawidzę czekać, to teraz przynajmniej moje czekanie ma jakiś sens.

Będzie kilka słów o wykluczeniu społecznym.
Długo czekałam na ostatnią część Pottera w kinach. No i się doczekałam. Mieliśmy iść do kina dzisiaj, ale... nie poszliśmy i pewnie nie pójdziemy. Powód? 3D.
Ja rozumiem, że trzeba na tym filmie zbić tyle pieniędzy, ile tylko się da (bilety na 3D są oczywiscie droższe), ale są tacy (np. NzM, ja), którzy nie są w stanie obejrzeć trzygodzinnego filmu (z napisami, bo dubbing jest niestrawny) w 3D nie przepłacając tego bólem i zawrotami głowy oraz mdłościami. Bo tak mamy i już.
Ale jest to najwyraźniej nasz problem, bo żadne (!) kino w naszym mieście nie oferuje możliwości obejrzenia tego filmu w tradycyjnym 2D i z napisami. Możemy jechać do Gliwic i tam obejrzeć. Z dubbingiem.
Pozostaje czekać pół roku na premierę DVD.
(wali_puchatym_łbem_w_ścianę)

Czy czułyście/czuliście się kiedyś dyskryminowane/dyskryminowani?
Na targu pani patrzyła i rozmawiała ze mną, mimo że to Baran pytał o sitko i okapywacz do sztućców. Nie była w stanie pojąć, że mężczyzna może się na tym znać.
W sklepie z farbami samochodowymi sprzedawca rozmawiał z moim Mężem, mimo że to ja zapytałam o farbę do Fordki. Poprosił też Barana "żeby mu otworzyć samochód", mimo że to ja nim przyjechałam i dzierżyłam w dłoni kluczyki (przytroczona do nich owca nie mieści mi się w kieszeni).

To chyba takie najbardziej rażące przykłady, chociaż mogłabym wymienić ich więcej.

Ale dla kontrastu.
W warsztacie samochodowym (którym znam i lubię) panowie traktują mnie normalnie, mimo że moje zdolności samochodowe kończą się na umiejętności dolania płynu do spryskiwaczy, sprawdzeniu oleju i ciśnienia w oponach (chociaż kiedyś wymieniłam - z pomocą NzM przy odkręcaniu zapieczonych śrub - wszystkie koła w Mykance).
Podobnie u elektryka samochodowego. Też mnie nikt nie ignoruje, mimo że znajomość elektryki samochodu u mnie wygląda tak (po prawej):


A jednak są miejsca, gdzie traktuje się mnie - kobietę jak powietrze, i takie, gdzie Barana - mężczyznę się ignoruje. Nie podoba mi się to z założenia.

Nie twierdzę, że "kobiety na traktory, a mężczyźni do garów" (chociaż znani mi mężczyźni, którzy gotują - robią to genialnie), ale przesada w każdą stronę nie jest właściwa.

Wracam do lektury przepisów prawnych, ale udało mi się ostatnio przeczytać biografię Marii Skłodowskiej-Curie, która byłaby tym doskonalsza (książka, nie uczona) gdyby ograniczono do minimum szczegółowe opisy doświadczeń (i aparatury) jakie wykonywała. Ja WIEM, że była genialna, WIEM, że była doskonała i miała pasję. Nie trzeba mi tego potwierdzać skomplikowanymi wzorami chemiczno-fizycznymi, bo to dla mnie totalna abstrakcja. Książka - wydaje mi się - godna polecenia. W wątkach biograficznych (nie traktujących o naukach ścisłych) zaczytywałam się z przyjemnością.

 

 

Wchłonęłam też dosyć szybko "Kunę za kaloryferem". Bardzo podobały mi się opowiadania o uratowanych bocianach i sówkach uszatkach. Najbardziej chyba jednak historia wydry - Julka. Polecam zwierzolubom tym bardziej, że czytanie jest takie bardzo "egzotyczne" (dla mnie było), bo dotyczy zwierząt dzikich, a nie domowych. Wrażliwi mogą się zrazić tatarem z surowych myszy (lecz cóż innego jedzą na przykład dzikie kuny?).

Nasze panny futrzaste ostatnio głównie jedzą i śpią. Aura nie sprzyja jakiejś szczególnej aktywności i wcale im się nie dziwię. Też bym najchętniej weszła pod kołdrę i tam została do przyszłego poniedziałku...

Może ze względu na pogodę, może na wiek - Fil nie jest w pełni swojej formy. Widzę, że bolą ją ostatnio plecy i nie jest tym jakoś szczególnie zachwycona. Trudno się dziwić - ja też nie jestem wzniebowzięta jak popsuty bark informuje mnie kiedy będzie padać deszcz.

Mała jest chuda jak przecinek, mimo że jej waga się nie zmieniła - dyndająca pod brzuszkiem "torba na chrupki" jest jednak pusta. To też pewnie zasługa wieku - Indyczek będzie miała 9 urodziny za trzy tygodnie.

Coraz więcej masy zaczyna nabierać Latte. Nasz kot syjamski zaczyna też powoli reagować na swoje imię (i tak często nie ucieka w panice jak je słyszy) i coraz częściej zaczyna się zachowywać po kociemu (bawi się i przychodzi do nas się miziać). Dużo jednak jeszcze trzeba (czasu, cierpliwości i pracy) żeby przestała być takim niemądrym kotkiem.

Dwie kolorowe panny podgryzają się nawzajem i szaleją jak zwykle. W tym wypadku status quo jest bardzo pozytywną okolicznością. No może Bii trochę więcej piszczy (bo przecież nie miauczy) a Amber by chętnie coś więcej zjadła.

Na dobranoc i na koniec tego chaotycznego wpisu (strumień świadomości...) będzie Mała i Fil. Seniorki w sepii. Zdjęcie z archiwum.

 

sobota, 02 lipca 2011
Książki.

Trafiłam ostatnio na informację o tym, że GW wydaje czasopismo o wiele mówiącym tytule „Książki”. Postanowiłam mu się przyjrzeć. Cena (jak na możliwości przeciętnego miłośnika tradycyjnego słowa pisanego) „nieco” zaporowa. Myślę, że każdy się dwa razy zastanowi zanim kupi czasopismo za 1/3 wartości książki. Ale może się mylę.

Jeszcze się zastanawiam (również nad kupnem następnego numeru) i nie wyrobiłam sobie do końca zdania na temat tego periodyku. Przeczytałam kilka recenzji (bo to z nich się ono głównie składa), które zainteresowały mnie na tyle, że chętnie przeczytałabym książki, których dotyczą. Jeden artykuł mnie zbulwersował, ale to ani czas ani miejsce na polemikę z autorem (której chyba i tak bym nie podjęła). ;) No i do listy „must buy” dodałam kolejne pozycje…

Jeśli jesteśmy przy lekturach, to kilka interesujących pozycji już za mną.

Przeczytałam nowego Kinga i bardzo mi się podobało. Nie jest to co prawda „Pod kopułą”, ale przecież nie ma być. To zbiór czterech opowiadań, które udowadniają czytelnikowi teorię, że tak naprawdę mordercą może zostać każdy z nas…
To krótkie (dosadne) i mroczne podsumowanie tych czterech utworów, w których nie brakuje grozy i litrów posoki (jak to u Króla). Moim faworytem jest opowiadanie trzecie, które jest kolejną wariacją na temat: śmiertelnie chory człowiek spotyka Diabła (w książce jest nim George Bełdia – piękna gra słów) i co z tego wynika.
Myślę, że Król ma pewną obsesję na temat szczurów. Ciężko się czyta „Nocną zmianę” (ekranizacji nie byłam w stanie obejrzeć) niełatwo się również poznaje tych „bohaterów” w pierwszym opowiadaniu tomu. Nie ogarniam swoim wąskim umysłem tego, dlaczego szczury w utworach tego autora muszą „być wielkie jak koty”. Tak jakby same w sobie (i to, co wyczyniają) nie były wystarczająco przerażające…
Polecam wielbicielom gatunku, jak i Kinga, bo Mistrz nadal w bardzo dobrej formie.

Kiedy zobaczyłam tę książkę w Empiku nie wahałam się ani chwili. Przecież to Dewey! A książka o kocie bibliotecznym była dla mnie wspaniałą ucztą czytelniczą. Przez chwilę tylko zastanawiałam się czy to nie jest pozycja z cyklu „odgrzewane kotlety” jakich mnóstwo na rynku, ale zdusiłam tę myśl i rozpoczęłam lekturę…
Książka nie jest zła, z tym, że (oprócz okładki) nie ma w niej prawie nic o puchatym rudzielcu. To zbiór opowiadań osób, które poczuły się zainspirowane książką Vicki Myron, albo jej życiem i historią o Deweyu i postanowiły napisać do autorki o swoich przeżyciach. Pani Myron najwidoczniej doszła do wniosku, że (jak sama pisze) „magia Deweya” była w tych przypadkach na tyle silna, że postanowiła odwiedzić (ona, a nie ta magia)osoby, które do niej pisały i ich historie zamieścić w tomie, który określany jest jako kontynuacja tamtego bestsellera.
Czyta się przyjemnie (chociaż zupełnie nie widzę sensu w dłużyznach, które pojawiają się przy opisywaniu szczegółowych biografii poszczególnych bohaterów) i książka gwarantuje sporo wzruszeń, ale i dobrej zabawy. Mnie niestety jednak pozostał mały niesmak i pytanie w głowie – gdzie ten Dewey?

W przypadku tej pozycji nie będzie obszernej recenzji. To pozycja z serii „must read”. Napis na okładce („Dla fanów Mikołajka”) nie jest przesadą i myślę, że każdy, komu podobają się przygody francuskiego chłopczyka z przyjemnością przeczyta o tym jak „Pitu i Kudłata dają radę”.

Ubaw przedni, chichot zapewniony jak i uświadomienie sobie prawdy oczywistej: dzieci są nieprzewidywalne. :) 

A jeśli już mówimy o książkach, to będzie przy okazji o filmach, chociaż niewiele się w tej kwestii u nas zmienia (z seriali - nadal „Chirurdzy”). Ostatnio obejrzeliśmy „Turystę” i powiem tylko, że film zyskałby wiele gdyby Andżelina nie wyglądała tak przeraźliwie chudo. :D Mister Depp – jak zwykle klasa sama w sobie, a cały film, mimo że „sensacyjny”, to przede wszystkim świetny wizualnie. Piękne widoki (Wenecja) i wspaniałe stroje Andżeliny (ciemnoczekoladowa suknia na bal – łał!) gwarantują przyjemne wrażenia estetyczne. ;) I nawet tak bardzo nie przeszkadza fakt, że widz (np. ja) domyśli się zakończenia w połowie filmu. ;)

Chciałam jednak napisać o odkryciu, którego dokonałam zwiedzając blog Calleha.
Otóż odkryłam, że jest coś takiego, jak program „Zwierzowiec”! Nie miałam o tym zielonego pojęcia! Jak wszem i wobec wiadomo (1) panią Sumińską wielbię za mądrość i podejście do zwierząt, za książki, które napisała, za podejście do życia i całokształt osoby, a że jak wszem i wobec wiadomo (2) nie oglądamy w ogóle telewizji – nie miałam pojęcia o tym, że taki program istnieje.

I najpierw podążyłam za linkiem od Nierozłączek. A tam najlepsza wetka opowiada o ptaszkach (w cyklu odcinków „Zanim weźmiesz do domu…”) siedząc w ptaszarni stołecznego Zoo z ekspertem od pierzastych. O tym, jak się przygotować na przyjęcie ptaszka w domu, o tym jakich pierzastych nie można więzić w klatkach, a jakie nie mają nic przeciwko. Coś fantastycznego!

Od razu oczywiście obejrzałam filmy o piesach i kociambrach z tej samej serii. I jeszcze kilka innych. JAKA TO BYŁA UCZTA. A tych odcinków jest tylko ok. 90… :)
Każdy weterynarz powinien nie dość, że obowiązkowo przeczytać wszystkie książki Herriota, to jeszcze koniecznie obejrzeć wszystkie odcinki „Zwierzowca”. O! A zawarte w nich prawdy i miłość do zwierząt wyryć sobie w sercu (i głowie) już na zawsze. :)

21:52, ofczasta
Link Komentarze (5) »
niedziela, 10 kwietnia 2011
Lektury.

Nazbierało się lektur, oj nazbierało.
Zacznę od końca.


Po "Białym kle" szukałam lektury, która byłaby zupełnym jej przeciwieństwem. I znalazłam. Przez przypadek. Sama książka wpadła mi w ręce podczas jednej z wizyt w "Świecie książki", ale nie zatrzymała mojej uwagi na dłużej. Potem jednak, przy poszukiwaniu jakiejkolwiek książki o wilkach - objawiła się ponownie.
Nie jest to łatwa książka, szczególnie jeśli ktoś nie lubi filozofii (a ja nie przepadam), ale wszystkie fragmenty, w których autor opowiada o swoim życiu z wilkiem Breninem, rekompensują to. Przyznaję, że przy końcu książki już tylko przebiegałam wzrokiem wątki filozoficzne skupiając się na wilczych, ale jak wspomniałam - filozofii nie rozumiem, nie nadaję się do polemiki w tym zakresie, a dodatkowo czas mnie gonił (żeby zdążyć przeczytać przed lekcją z dziećmi, by móc im o tej książce opowiedzieć). Myślę, że jeśli ktoś lubi książki filozoficzne - ta lektura jest przede wszystkim dla niego. Mnie przede wszystkim podobała na
rracja o Breninie.

s. 11 ("Filozof i wilk : czego może nas nauczyć dzikość o miłości, śmierci i szczęściu" Mark Rowlands)

"Książka ta opowiada o wilku imieniem Brenin. (...) Jak się przekonacie, pozostawianie go bez opieki miało fatalne skutki dla mojego domu i dobytku. Musiałem więc zabierać go ze sobą do pracy, a jako że byłem wykładowcą  filozofii, towarzyszył mi na zajęciach. Leżał w kącie sali i drzemał, mniej wiecej tak jak moi studenci, podczas gdy ja ględziłem na temat jakiegoś tam filozofa czy nurtu filozoficznego. Czasami, kiedy wykłady były szczególnie trudne do wytrzymania Brenin siadal i wył, czym zaskarbił sobie sympatię studentów, którzy zapewne mieli wielką ochotę zrobić to samo."



Już jakiś czas temu NzT wspominała mi o upiornych wierszykach (nie)dla dzieci. Nie potrafiłam wtedy znaleźć ani ich autora ani książki, w której mogłyby się znaleźć. Świadczy to jedynie o fakcie, że źle (lub też  nie wystarczająco) wtedy szukałam. Książkę z upiornymi wierszykami nabyłam niedawno i stwierdzam, że rzeczywiście, są to wierszyki "niekoniecznie dla dzieci". Smaczku tej małej antologii dodają ilustracje Bohdana Butenko.

A to jeden z wierszyków:

[strony w książce nie są numerowane] "Wesoła gromadka", wybór poemacików i fotografii oraz ręczne zdobienie Bohdan Butenko"

Historia bardzo smutna o chłopcu, który nie chciał jeść zupy

"Michaś był tłusty, zdrów najzupełniej,
z buzią okrągłą jak księżyc w pełni,
jędrną jak orzech, śliczną, rumianą,
jadł i pił wszystko, co na stół dano.
Raz, gdy mu zupę stawia służąca,
on stąd ni zowąd talerz odtrąca.
Mama go łaje, a Michaś w sprzeczki:
"Nie chcę i nie chcę ani łyżeczki!"
Nazajutrz Michaś tak schudł niebożę,
że nikt go w domu poznać nie może.
Dają do stołu, on znowu w sprzeczki:
"Nie chcę jeść zupy ani łyżeczki!"
Na trzeci dzionek, bieda, nie żarty,
i schudł i osłabł Michaś uparty.
Lecz znów przy stole w krzyki i sprzeczki -
nie chce jeść zupy ani łyżeczki.
Nie słuchać starszych, rzecz bardzo brzydka!
W czwartym dniu Michaś wychudł jak nitka,
w piątym coś w piersiach i w gardle dusi:
kto nie je zupy, ten umrzeć musi.
Tak też z Michasiem!
Był zdrów i tłusty,
pięć dni grymasił,
umarł na szósty.
"



Trudno ciągle pisać, że Pratchett jest genialny. No bo jest. Toteż będzie tylko cytat z "Piramid", które są jednym z lepszych tomów cyklu.

s. 117 ("Piramidy" Terry Pratchett)

"- Udam się do moich pokojów - oświadczył lodowato Teppic. - Wiele spraw muszę przemyśleć.
- Zatem przyślę ci obiad, sire - zapewnił kapłan. - Smażone kurczę.
_ Nienawidzę kurcząt.
Dios uśmiechnął się.
- Ależ skąd, sire. W środy król zawsze rozkoszuje się kurczęciem.
"


Jagnięciem będąc zaczytywałam się (od kiedy nauczyłam się tak składać literki, żeby w głowie powstał mi z nich jakiś sens) w stosach bajeczek z serii "Poczytaj mi Mamo". Młodzież pewnie nie ma pojęcia, że coś takiego w ogóle  istniało, ja jednak wspominam je zawsze z rozrzewnieniem. Tym większa radość mnie ogarnęła kiedy dowiedziałam się, że "Nasza Księgarnia" zafundowała mi nostalgiczną podróż w lata 80-te XX wieku. Wchłonęłam te 10 bajeczek jednego wieczora, ale niedosytu nie zaspokoiła nawet szczegółowa lektura biografi autorów. Jedyne pocieszenie jest takie, że to dopiero księga pierwsza! :) Antologia jest pięknie wydana (na papierze kredowym) i w związku z tym cenę ma zdecydowanie nie-piękną (prawie 50 zł). Jednak nostalgiczny powrót do czasów dzieciństwa - zagwarantowany.


To jedna z lepszych książek Schmitta. Jest to zbiór czterech opowiadań, z których trudno mi wybrać najlepsze. Trudno mi też napisać recenzję tak małego utworu jakim jest opowiadanie nie zdradzając przez przypadek jego sensu. Powiem więc tylko, że Schmitt wrócił do formy (jeśli kiedykolwiek ją stracił) i znów mnie językowo zachwyca. Po raz pierwszy też pojawił się w Schmittowej książce pamiętnik autora. Z czymś takim spotkałam sie do tej pory jedynie u Kinga, więc moja satysfakcja z przeczytanej lektury była jeszcze większa. I powtórzę tylko za autorem cytującym Woltera: "Najlepsze książki to te, które w połowie zostały napisane przez wyobraźnię czytelnika."

Tagi: książki
22:39, ofczasta
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 marca 2011
:)

Zgodnie z obietnicą - post dedykowany Fankom Amberzycy. :)

Zdjęcie z archiwum - jedno z moich ulubionych - pod tytułem:
"To z tyłu, to nie moje łapy!"

A na marginesie wspomnę tylko, że jestem po lekturze Pilipiukowego "Wampira z M-3" (świetny przerywnik między lekturami dla uczniów szkół podstawowych a kolejnymi tomami Pratchetta).
I w tymże dziele pana Jędrzeja pojawia się w wątku pobocznym kocur... tricolor.
I moje pytanie jest takie: czy Pilipiuk wie, jak RZADKIE są tak umaszczone koty płci męskiej i czy właśnie dlatego wybrał mu takie kolory (żeby kot w książce był jeszcze bardziej wyjątkowy) czy też nie miał pojęcia i strzelił, bo takie koty (jak widać wyżej) po prostu są bardzo ładne i ładnie też będą "wyglądać" też w książce? :) Ciekawa jestem. :)

sobota, 05 marca 2011
Bulwers.

Zawsze twierdziłam (i chyba nadal tak myślę), że jeśli książka wywołuje w czytelniku emocje, to warto było ją przeczytać. Zaczynam jednak coraz częściej myśleć, że powinnam sprecyzować ten pogląd...

Zwłaszcza jeśli czytelnik ma ochotę po lekturze wyć i walić łbem o ścianę (jak ja teraz)...

Nie podobają mi się już książki, które wywołują moją irytację, smutek, allbo jakiekolwiek podobne (negatywne) emocje. Kiedyś (bodajże w czasach licealnych) smutne, poruszające książki były "modne" i takie właśnie "się  czytało" zachwycając się (albo i nie) nimi. Ale co innego jest czytać o werterowskich rozterkach bohatera, a co innego o cierpieniu zwierząt.

Nigdy jeszcze (do dzisiaj) nie czytałam "Białego kła". Nie przeczytałam, bo pewnie nigdy ta książka nie pojawiła się w lekturach obowiązkowych, a i nikt mi jej nie podsunął jako nieobowiązkowej. Do dzisiaj. W sumie cztery osoby (w  tym jedna - której zdanie szczególnie mnie interesuje) zaproponowały mi tę książkę jako lekturę dla uczniów czwartej klasy (SP) do przeczytania w ramach kółka czytelniczego, bo to "fajne jest" i na pewno się dzieciom spodoba. Hmm, jak dzieciom ma się spodobać, to mnie pewnie też - pomyślałam sobie. Nic bardziej mylnego.

Nie znam powodu dla którego ta książka stoi jeszcze na półkach w bibliotekach szkolnych. Nie wiem co autor miał na celu pisząc takie "dzieło", bo nie obłożyłam się jeszcze warsztatem informacyjnym (na temat autora i samej książki) - jestem świeżo po lekturze, wiem jednak co myślę.

Książka wzbudziła we mnie wszelkie negatywne uczucia. Gdybym mogła ją rzucić w kąt po pierwszych kilku stronach, to na pewno bym to zrobiła. Ale nie mogłam. Doczytałam więc do końca. Nie rozumiem co autor miał na myśli szczegółowo opisując cierpienie zwierząt i swoistą "tresurę". W taki sposób łamie się charakter psa? Biciem niemalże na śmierć? Nie sądzę. Co to miało czytelnikowi pokazać? Że zwierzęta (półdzikie) z Północy są silne i zdolne przeżyć takie traktowanie?

Wiem (nie z doświadczenia, ale z obserwacji i opowiadań), że psa trzeba ułożyć i dać mu do zrozumienia kto jest w domu panem, żeby nie sterroryzował rodziny (osobiście znałam półślepego cziłałę, który był w stanie sterroryzować całą rodzinę i obecnych gości), ale czegoś takiego nie rozumiem.

Podchodzę do takich książek bardzo emocjonalnie i szczerze żałuję, że w ogóle się za nią wzięłam. Czy cała ta brutalność i nienawiść musiała być opisana dla późniejszego kontrastu? Udowodnienia, że dobro i tak zwycięża? Nawet dalszy ciąg i zakończenie nie zmienia faktu zniesmaczenia początkiem (i połową książki).

Ja wiem, że natura ma swoje prawa. To oczywiste. Silniejszy zjada słabszego. OK. I gdyby tylko te prawdy oczywiste opisano w książce, gdyby autor darował sobie wrogość, nienawiść i szczegółowe opisy brutalnych scen, to ten mój dzisiejszy post w ogóle by nie powstał...

Nie mdleję na widok krwi, nie ruszają mnie horrory, w których jest brutalnie i krwawo (czytuję w końcu Kinga, a przy Housie zazwyczaj jemy obiad). Z jednego podstawowego powodu - im bardziej nierzeczywiste, fikcyjne to jest, tym  mniej mnie rusza. Ale znęcania się nad zwierzętami nie zdzierżę w żadnej formie. Literackiej ani filmowej.

Wątpię żeby dzieciakom się to podobało. Jestem prawie pewna, że większość tego nie przeczyta, a reszta - jeśli już - to nie do końca, w którym wreszcie (o dziwo!) dzieje się coś pozytywnego.

I mam jedno, jedyne pytanie. Jak ja mam taką książką zachęcić dzieci do czytania i o czym mam zrobić zajęcia uważając jednocześnie, że ta pozycja nie nadaje się do niczego innego, jak tylko na makulaturę?

Tagi: książki
19:35, ofczasta
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3









Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Glosterowscy


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie:



free counters




























WYGRAŁAM U BASI