Wpisy z tagiem: filmy

poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Personel.

Chodzi oczywiście o Personel koci (i ptasi) i o to, jak spędza świąteczny czas.

O futrzastych i pierzastych będzie następnym razem, bo one głównie odpoczywają (no dobrze - odpoczywają tylko te z futrem, bo te z piórami mają mnóstwo pracy...). Dwunożni są natomiast ciągle czymś zajęci.

Mam takie dziwne wrażenie (obawę?), że zanim się zorientuję już będzie grudzień i koniec roku. Przesadzam? To jakim cudem już jest kwiecień?! 
Perspektywa dwóch wolnych dni świątecznych skurczyła mi się do jednego popołudnia przeznaczonego na blogowanie (a jeszcze powinnam dzisiaj przygotować kartki na PC).

Wczoraj odpoczywaliśmy po sprzątaniu sobotnim, okien jednak nie umyłam (czym znowu niewątpliwie gorszę niektórych sąsiadów), a Fordka też nadal wozi na sobie krajobraz zimowy...
Co ja poradzę na to, że nadal jest (dla mnie) zimno? Jak wyjściową temperaturą będzie 15 stopni (w cieniu) to bardzo chętnie. I okna i samochód.
Do tego czasu zgadzam się z Fil - akceptowalne są jedynie: mięciutki kocyk i nagrzany kominek. :)
Oprócz tego może być dobry film i dobra książka. :)

Jesli chodzi o książki, to wchłonęłam ostatnio "Dzienniki kołymskie" i byłam mocno zszokowana. Głównie własną ignoracją i niewiedzą. Wstyd mi, że nie miałam pojęcia o pewnych zagadnieniach, ale na szczęście człowiek uczy się przez całe życie.

Przeczytałam też "Pana Samochodzika i templariuszy" na lekcję z dziećmi i to też była dla mnie nowość. Nienackiego owszem, czytywałam w czasach młodości (jak to  brzmi...), ale wydaje mi się, że cyklu o Panu Samochodziku - nie. Nie miałam też pojęcia, że w sumie wydano ponad setkę książek związanych z przygodami pana Tomasza w dziwnym wehikule, jak również o tym, że autor (Nienacki) był postacią kontrowersyjną (i to nie tylko dlatego, że napisał też powieść erotyczną).

W międzyczasie trafiła w moje ręce fotobiografia Marii Skłodowskiej-Curie. Rozczarowałam się z dwóch powodów - większość fotografii była już mi znana (to tyle jeśli chodzi o zdjęcia, których "nigdy dotąd jeszcze nie publikowano" jak mnie zapewniano w opisie do tej pozycji), poza tym - mam wrażenie, że książkę wydano "z okazji" (ogłoszenia roku 2011 rokiem M.S-C) . Nie cierpię książek "z okazji", bo nie wnoszą one tak naprawdę żadnych rzetelnych treści, a są jedynie formą promocji, bo przecież "i tak ktoś to kupi". No i kupiła - Owca bibliotekarka za 55 zł. :/ 

Gorsze rozczarowanie spotkało mnie w przypadku przedostatniego tomu pewnego cyklu. Napiszę bardziej konkretnie, jak już skończę całość (jeśli w ogóle dam radę to dalej czytać), bo głupio by było później odszczekiwać, jeśli autor okaże się jednak twórcą wybitnym (ha ha, na pewno). 

Z filmów w miarę interesujących obejrzeliśmy ostatnio "Immortals" i "Thora". W drugim mocno irytowała mnie N. Portman, która niemal mdlała na widok gołej klaty nordyckiego boga, a w pierwszym podobały mi efekty i posoka ściekająca z ekranu (walka bogów z tytanami - miodzio). ;)
W międzyczasie do napędu wskoczyła też płytka z "Trzema muszkieterami" (świetny, odprężający, zabawny), w którym zachwycił mnie Orlando sprawiający wrażenie, jak gdyby bawił się swoją rolą i w którym aktor grający kardynała Richelieu zniechęcił mnie do siebie totalnie (duże znaczenie ma tutaj fakt, że wcześniej widziałam go w "Wodzie dla słoni").
Byli też "Giganci ze stali" (Wolverine sprawia wrażenie, jakby brał oddech od X-menów), "Przed świtem" cz. 1 (oczywiście, że wygryza, mimo że nie wygryza! ;)) ) i "Conan" (Małgoś, miałaś rację - chociaż jedna scena jest w tym filmie warta uwagi). 
Z filmów naprawdę godnych polecenia zachęcam do obejrzenia "Drive" (zamówione w Empiku OST do tego obrazu już do mnie idzie) i "O północy w Paryżu". Oba (skrajne różne) filmy naprawdę mi się podobały. Nie ma co opowiadać (a recenzji wszędzie pod dostatkiem) - sami musicie zobaczyć. :)

A na koniec, żeby wpis nie zawierał tylko samego tekstu, zwiastun od którego ciarki mi idą po krzyżu... ;)

źródło: YouTube (nadesłany przez CieonMovies 30 stycznia 2012)

niedziela, 04 grudnia 2011
K.

Marzy mi się takie zwykłe 5xK.
Kubek gorącej earl grey z cytryną, katarzynki (pierniki bez czekolady), ciepły kocyk i kot, czyli Pierożek na kolanach.
A póki co nadal, ciągle jestem w biegu.

Wykończyłam (jak to brzmi...) świąteczne prezenty i teraz po kolei będą się pojawiać na Dekupażu Owczym. Przy okazji zachęcam do odwiedzin, bo znalazłam czas żeby tam trochę odkurzyć, posprzątać i "pomalować". Tak więc nowości, nowości, nowości - na moim drugim, rękodzielniczym blogu.

klik

Na moim najpierwszym, najważniejszym Pasionku zmian szczególnych nie przewiduję, chociaż nadal rozważam przenosiny na WP. Zobaczymy jaka będzie ostateczna konkluzja. ;)

Pasionek nie jest co prawda blogiem książkowym ani filmowym dlatego też obszernych recenzji nie będzie, ale wspomnę dzisiaj o kilku pozycjach, które  przeczytałam i które - mimo nawału obowiązków - udało nam się obejrzeć.

Książek nie było dużo (bo i czasu było mało), ale wpadł mi w ręce drugi tom "Poczytaj mi mamo" (pierwszy jak na razie wydaje mi się lepszy) i miło było ponownie odbyć sentymentalną podróż do dzieciństwa.
To nie to samo co czytanie kwadratowych bajeczek o formacie 15 cm (strzelam, nie pamiętam dokładnie), ale
przecież liczy się treść. :)

Dzięki uprzejmości M. udało mi się też pochłonąć kolejny tom "Pamiętnika Kociłapki" (trzeci, tym razem). Jeśli lubicie komiksy - zachęcam, bo mnie się bardzo podobały perypetie właścicielki syjamki (a potem również innych trzech kociambrów), ale jeśli nie trawicie komiksu typu manga (ja tak mam...), to i tak nie powinniście czuć się zrażeni, bo wydaje mi się, że to nie jest typowa manga.
Czyta się szybko (za szybko!) i bardzo przyjemnie. :)


W międzyczasie była jeszcze "Tarantula", która zaskoczyła mnie do tego stopnia, że chcę zobaczyć film (Almodovara) i wtedy może będę w stanie powiedzieć chociaż co myślę. Bo teraz myślę jedynie: intrygujące.

Na poprawę humoru wchłonęłam pratchettowego "Kosiarza", który (standardowo) podobał mi się bardzo - może dlatego, że uważam iż postać Śmierci wyszła Mistrzowi Terry'emu naprawdę dobrze. Nie tylko w tym tomie.

Filmów natomiast było kilka, różnych, mniej lub bardziej wartych zapamiętania.

Podobał mi się "Wanted" (MIMO przeraźliwie chudej Andżeliny) i - skoro jesteśmy przy superbohaterach to - "X-men pierwsza klasa". Nie potrafię obiektywnie podejść do serii X-menów (lubię), ale wydaje, że to jedna z lepiej zrobionych części. Polecam wielbicielom tego gatunku, naprawdę mi się podobało. I nawet głębia psychologiczna tam jest ;) a podryw "profesora" Xaviera powinien przejść do klasyki cytatów filmowych. Podobnie jak scena w barze (z Wolverine'm). :)

Obejrzeliśmy też "Gnomea i Julię" (brawa, BRAWA za dubbing!) oraz Baranka Shaun'a (nadal oglądamy, bo to odcinki - jakie to jest fajne!).

Filmem, który mną mocno wstrząsnął i przeraził bardziej niż niejeden horror było "127 godzin", czyli film o uwięzionym grotołazie (speleologu?). Sporo  retrospekcji (facet siedzi uwięziony w kanionie, to co ma robić jak nie wspominać i przeprowadzać głęboką analizę swojego życia?), które uśpiły moją czujność.
Najważniejsza scena w całym tym filmie wgniotła mnie w fotel i zostawiła w tym miejscu jeszcze długo po napisach. Głównie dlatego, że to film
oparty na faktach - fikcję przyjęłabym bez mrugnięcia okiem. Czegoś, co naprawdę się zdarzyło już tak łatwo nie przetrawię... 

Jeśli chodzi o książki, to czeka już na mnie stosik (nie wiem kiedy ja to wszystko przeczytam...) a w nim między innymi listy M. Skłodowskiej-Curie do córek, Kompendium Wiedzy Smokologicznej ;) i inne cudeńka. A teraz czytam Wilta. ;)

W przypadku filmów ostrzę sobie kły na "Fightera" oraz "Conana" (mimo miażdżącej opinii M.) ;) a także na "Zmierzch vol. 4 part 1" (a czemu nie?).

Czy zauważyliście tę szaloną tendecję do dzielenia wszystkiego na połówki, dwuczęściówki, cokolwiek tylko możliwe?
Ja wiem, że chodzi o pieniądze (ponad wszystko!) ale żeby to miało jakiś, jakikolwiek sens? Co to za idiotyczna moda?
Ostatnia część Harrego Pottera - w
dwóch częściach, Zmierzch 4 - dwie części, Hobbit wejdzie na ekrany w dwóch częściach (!), a nowego, ostatniego już Eragona (książka!) również widziałam w dwóch częściach. Obłęd.

A przy okazji - gdy przygotowywałam dla dzieci spotkanie właśnie o "Hobbicie..." to trafiłam na plakaty z filmu, który ma za rok pojawić się na ekranach kin. 
I powiem tak - nigdy nie przypuszczałam, że Thorin tak może wyglądać. :) Sami zobaczcie :)

 
źródło 

Czy pamiętacie (bez pomocy googli) jak nazywał się ten piękny miecz Thorina? A kto poda wszystkie trzy nazwy? :)

sobota, 02 lipca 2011
Książki.

Trafiłam ostatnio na informację o tym, że GW wydaje czasopismo o wiele mówiącym tytule „Książki”. Postanowiłam mu się przyjrzeć. Cena (jak na możliwości przeciętnego miłośnika tradycyjnego słowa pisanego) „nieco” zaporowa. Myślę, że każdy się dwa razy zastanowi zanim kupi czasopismo za 1/3 wartości książki. Ale może się mylę.

Jeszcze się zastanawiam (również nad kupnem następnego numeru) i nie wyrobiłam sobie do końca zdania na temat tego periodyku. Przeczytałam kilka recenzji (bo to z nich się ono głównie składa), które zainteresowały mnie na tyle, że chętnie przeczytałabym książki, których dotyczą. Jeden artykuł mnie zbulwersował, ale to ani czas ani miejsce na polemikę z autorem (której chyba i tak bym nie podjęła). ;) No i do listy „must buy” dodałam kolejne pozycje…

Jeśli jesteśmy przy lekturach, to kilka interesujących pozycji już za mną.

Przeczytałam nowego Kinga i bardzo mi się podobało. Nie jest to co prawda „Pod kopułą”, ale przecież nie ma być. To zbiór czterech opowiadań, które udowadniają czytelnikowi teorię, że tak naprawdę mordercą może zostać każdy z nas…
To krótkie (dosadne) i mroczne podsumowanie tych czterech utworów, w których nie brakuje grozy i litrów posoki (jak to u Króla). Moim faworytem jest opowiadanie trzecie, które jest kolejną wariacją na temat: śmiertelnie chory człowiek spotyka Diabła (w książce jest nim George Bełdia – piękna gra słów) i co z tego wynika.
Myślę, że Król ma pewną obsesję na temat szczurów. Ciężko się czyta „Nocną zmianę” (ekranizacji nie byłam w stanie obejrzeć) niełatwo się również poznaje tych „bohaterów” w pierwszym opowiadaniu tomu. Nie ogarniam swoim wąskim umysłem tego, dlaczego szczury w utworach tego autora muszą „być wielkie jak koty”. Tak jakby same w sobie (i to, co wyczyniają) nie były wystarczająco przerażające…
Polecam wielbicielom gatunku, jak i Kinga, bo Mistrz nadal w bardzo dobrej formie.

Kiedy zobaczyłam tę książkę w Empiku nie wahałam się ani chwili. Przecież to Dewey! A książka o kocie bibliotecznym była dla mnie wspaniałą ucztą czytelniczą. Przez chwilę tylko zastanawiałam się czy to nie jest pozycja z cyklu „odgrzewane kotlety” jakich mnóstwo na rynku, ale zdusiłam tę myśl i rozpoczęłam lekturę…
Książka nie jest zła, z tym, że (oprócz okładki) nie ma w niej prawie nic o puchatym rudzielcu. To zbiór opowiadań osób, które poczuły się zainspirowane książką Vicki Myron, albo jej życiem i historią o Deweyu i postanowiły napisać do autorki o swoich przeżyciach. Pani Myron najwidoczniej doszła do wniosku, że (jak sama pisze) „magia Deweya” była w tych przypadkach na tyle silna, że postanowiła odwiedzić (ona, a nie ta magia)osoby, które do niej pisały i ich historie zamieścić w tomie, który określany jest jako kontynuacja tamtego bestsellera.
Czyta się przyjemnie (chociaż zupełnie nie widzę sensu w dłużyznach, które pojawiają się przy opisywaniu szczegółowych biografii poszczególnych bohaterów) i książka gwarantuje sporo wzruszeń, ale i dobrej zabawy. Mnie niestety jednak pozostał mały niesmak i pytanie w głowie – gdzie ten Dewey?

W przypadku tej pozycji nie będzie obszernej recenzji. To pozycja z serii „must read”. Napis na okładce („Dla fanów Mikołajka”) nie jest przesadą i myślę, że każdy, komu podobają się przygody francuskiego chłopczyka z przyjemnością przeczyta o tym jak „Pitu i Kudłata dają radę”.

Ubaw przedni, chichot zapewniony jak i uświadomienie sobie prawdy oczywistej: dzieci są nieprzewidywalne. :) 

A jeśli już mówimy o książkach, to będzie przy okazji o filmach, chociaż niewiele się w tej kwestii u nas zmienia (z seriali - nadal „Chirurdzy”). Ostatnio obejrzeliśmy „Turystę” i powiem tylko, że film zyskałby wiele gdyby Andżelina nie wyglądała tak przeraźliwie chudo. :D Mister Depp – jak zwykle klasa sama w sobie, a cały film, mimo że „sensacyjny”, to przede wszystkim świetny wizualnie. Piękne widoki (Wenecja) i wspaniałe stroje Andżeliny (ciemnoczekoladowa suknia na bal – łał!) gwarantują przyjemne wrażenia estetyczne. ;) I nawet tak bardzo nie przeszkadza fakt, że widz (np. ja) domyśli się zakończenia w połowie filmu. ;)

Chciałam jednak napisać o odkryciu, którego dokonałam zwiedzając blog Calleha.
Otóż odkryłam, że jest coś takiego, jak program „Zwierzowiec”! Nie miałam o tym zielonego pojęcia! Jak wszem i wobec wiadomo (1) panią Sumińską wielbię za mądrość i podejście do zwierząt, za książki, które napisała, za podejście do życia i całokształt osoby, a że jak wszem i wobec wiadomo (2) nie oglądamy w ogóle telewizji – nie miałam pojęcia o tym, że taki program istnieje.

I najpierw podążyłam za linkiem od Nierozłączek. A tam najlepsza wetka opowiada o ptaszkach (w cyklu odcinków „Zanim weźmiesz do domu…”) siedząc w ptaszarni stołecznego Zoo z ekspertem od pierzastych. O tym, jak się przygotować na przyjęcie ptaszka w domu, o tym jakich pierzastych nie można więzić w klatkach, a jakie nie mają nic przeciwko. Coś fantastycznego!

Od razu oczywiście obejrzałam filmy o piesach i kociambrach z tej samej serii. I jeszcze kilka innych. JAKA TO BYŁA UCZTA. A tych odcinków jest tylko ok. 90… :)
Każdy weterynarz powinien nie dość, że obowiązkowo przeczytać wszystkie książki Herriota, to jeszcze koniecznie obejrzeć wszystkie odcinki „Zwierzowca”. O! A zawarte w nich prawdy i miłość do zwierząt wyryć sobie w sercu (i głowie) już na zawsze. :)

21:52, ofczasta
Link Komentarze (5) »
czwartek, 19 maja 2011
Blachara, RPG-Owca i Piąta Jezdna Apokalipsy...

...a ponad to wszystko - nauczycielka na ścieżce awansu.
Ale niech będzie po kolei.

Tego, że jestem blacharą jakoś nigdy nie starałam się ukryć. :) Samochody lubię, lubię jeździć szybko (jako pasażerka NzM), lubię jeździć - chociaż sporo mi brakuje żeby nazywać się kierowcą. Jeżdżę od roku, prawo jazdy mam od ponad 8 lat. W tak zwanym międzyczasie jeździłam przez ponad rok bardzo intensywnie "maluchem" NzT, w każdych warunkach i dzięki temu najwięcej się na tym samochodzie nauczyłam (między innymi: jak jeździć i ruszyć na lodzie oraz jak zrobić żeby nie wkomponować się w przęsło mostu...).
Nic więc dziwnego, że wszystkie filmy z cyklu "Fast & Furious" zawsze mi się podobały. Tym bardziej nic dziwnego, że wczoraj jakimś cudem udało nam się iść do kina na piątą część serii.
Podobało mi się - przystojni panowie (jednego nawet wzięłam ze sobą do domu! i nie ważne, że też z nim przyszłam ;) ), ładne panie i... bardzo mało szybkich samochodów. Twórcy podeszli ambitnie do kolejnej części F&F i dodali tak zwaną OTOCZKĘ. Nie no, fajnie, ale przydałoby się więcej wyścigów, czyli tego, co w tego typu filmach najprzyjemniej się ogląda. Nie narzekam jednak - przyjemnie spędzony czas i kilka scen wartych zapamiętania (mnie najbardziej podobało się gdy najlepsi kierowcy F&F ścigali się radiowozami po ulicach Rio). Miodzio. :)

Trailer "Fast Five"

 Już jest. W pięknym opakowaniu, z jeszcze bardziej wypasiona zawartością. 20 zł tańszy, z kuponem za preorder, z mapką, instrukcją i ścieżką dźwiękową. Wiedźmin 2. :)
Do zagadnienia starałam się podejść rozsądnie - instalacja więc nie odbyła się na moim komputerze. Dlatego teraz zaglądam NzM przez ramię. I się zachwycam. I wysyłam go jutro po nową kartę graficzną. :)
A ja poczekam - zrobię co mam zrobić, napiszę co mam napisać, a potem pójdę z Geraltem tam, gdzie nas wypasiona grafika zaprowadzi.

Dzisiaj o 6:40 usłyszałam huk i łomot. Zamarłam ze szczoteczką w zębach. DOKŁADNIE wiedziałam co się stało, a ponieważ wiedziałam - bałam się wyjść z łazienki. Amber doszła do wniosku, że codziennie rozpoczynam dzień w zupełnie nieciekawy sposób - więc ona, genialna tricolorka, zorganizuje mi go  trochę bardziej interesująco.
Po wyjściu z łazienki (jednak się odważyłam) moim oczom ukazało się: pobojowisko z mokrej ziemi z dwóch kwiatków stojących na półce nad biurkiem, rozbite dwie duże doniczki w związku z tym oraz ogólny rozgardiasz z tym związany. Nie zapominajmy o rozbryzganym pawiu (made by Latte, z najwyższego hamaka drapaka).
Chciałam pokazać Amber czym są jeźdźcy apokalipsy, chciałam jej uświadomić, że mogę być piątą amazonką podążającą za tą czwórką, chciałam jej uświadomić ogrom strat, chciałam jej powiedzieć, że ma niewiarygodne szczęście, że mój monitor nie poległ w tym starciu, chciałam wiele rzeczy... ale żadna z nich nie miała sensu. Wzięłam więc odkurzacz, który po pół godzinie (spóźniłabym się do pracy kontynuując) przejął ode mnie obudzony Baran i tak sobie sprzątaliśmy. Obserwowani przez niepomiernie zdziwioną tricolorkę...

Zaczyna się. Uczestniczę (jako odpowiadający) w szybkich testach ustnych z prawa oświatowego, kseruję akty prawne, przekopuję antyczne Dzienniki Ustaw, przeglądam jakieś dokumenty, usiłuję ułożyć w głowie, coś, czego ogromu jeszcze nie ogarniam. Zaczyna się. I jestem przekonana, że jak jeszcze raz usłyszę (nie ma dla mnie nic bardziej demotywującego niż to) pytanie "A piszesz już sprawozdanie?" to eksploduję. Nie, nie piszę. Ale już niedługo zacznę.

czwartek, 14 kwietnia 2011
Filozoficznie?

O Housie napisano już wiele różnych książek. Mniej lub bardziej udanych. Nie czytałam żadnej z nich, chociaż recenzje prawie wszystkich. Nie czytałam, bo nie chcę żeby ktoś sugerował mi (lub wprost nakazywał) co mam  myśleć.

Wiem, że to serial stworzony po to, żeby przyciągnąć publikę, wiem, że to realizacja pomysłu, który powstał w czyjejś głowie. I doskonale wiem, że (UWAGA! SPOILER!) gdy House skakał z hotelowego balkonu żeby się zabić (!), to powinnam być w szoku i powinnam kurczowo trzymać się NzM jednocześnie mamrocząc: "Nie rób tego, nie rób tego, House, nie rób tego..." Wiem.

Załóżmy jednak, na jedną małą chwilę, że postać tego geniusza jest postacią realną. I w związku z tym, od jakiegoś czasu, z autopsji,  nasuwają mi się pytania.

Wszyscy narzekają, że House jest wredny, złośliwy, podły, szalony i jakiś tam jeszcze. Tak więc: czy którykolwiek z tych krytyków-malkontentów zastanowił się co go (House'a) ukształtowało? Co spowodowało, że jest taki? Jaki może być człowiek trawiony przez nieustający ból? Co jest w stanie zrobić i do czego jest zdolny, żeby chociaż na chwilę przestało boleć? Żeby na chwilę przestać myśleć o tym, że nie da się tego wytrzymać? Czy dziwne w tej sytuacji jest uzależnienie od czegoś, co tymczasowo odsuwa cierpienie?

Wystarczy sobie przypomnieć co House wyprawiał, kiedy na jakiś czas przestało go boleć.
No właśnie.

11:10, ofczasta
Link Komentarze (5) »
wtorek, 22 marca 2011
Wiosna?

Wiosna idzie.
Oficjalnie przyszła wczoraj, chociaż jeszcze jej nie ma, ale zapowiedź czuć już w powietrzu. W naszym kalendarzu ogrodniczym jest takie fajne przysłowie:

I wiosna by tak nie smakowała
gdyby wcześniej zimy nie było

I o to właśnie chodzi.

Na moich ulubionych blogach też zastoje, bo Autorki - podobnie jak mnie – dopadło jakieś przesilenie wiosenne. Przejdzie, ale zanim człowiek wskoczy na odpowiednie obroty, to trochę potrwa. No i niedługo jeszcze przesuwamy godzinę (i znowu będę jeszcze krócej spała…).

Dodałam do swoich ulubionych dwa blogi – kulinarny (znaleziony w ulubionych linkach Kasi), na którym znalazłam przepis na muffinki z chałwą i które (nieskromnie dodam) wyszły mi całkiem dobre i koci – do Darmozjadów, których dzieje śledzę już strasznie długo. :)

Nasze Kociarstwo jeszcze pozimowo rozleniwione, ale spacery naokienne już urządzają wyglądając jak puchate figurki ustawione w jednym rządku na parapecie. Amber zaczyna zmieniać zimową sukienkę na wiosenną, w związku z czym przewiduję, że już niedługo będziemy [jeszcze bardziej] tonąć w kocich kłakach. Razy pięć…

Zrobiliśmy sobie ostatnio z NzM dwa kinowo-oskarowe wieczory.

Na pierwszy ogień poszedł „Jak zostać królem”. Podobno reklama w TV była na tak agresywna, że  niektórym film obrzydł zanim jeszcze go zobaczyli. Oszczędzamy sobie z Baranem tej wątpliwej przyjemności jaką jest TV więc szliśmy (a ja szczególnie) z dużym entuzjazmem.

Film jest warty wszelkich pozytywnych opinii jakie o nim wygłoszono. To film o pokonywaniu własnych niedoskonałości w taki sposób, że widz przez 1,5 godziny kibicuje bohaterowi w jego staraniach i trzyma kciuki za powodzenie przedsięwzięcia. Gdybym nie widziała Colina Firtha w innych kreacjach stwierdziłabym, że po prostu zatrudniono do filmu aktora, który się jąka.*

Colin przeszedł samego siebie. Ale nie on jeden. Obsada jest taka, że szczęka mi trwale opadła na dłuższy czas. Nie wspomnę o Helenie, bo ona jest klasą samą w sobie, ale zarówno bohaterowie poboczni jak i drugoplanowi grają przekonywująco i rewelacyjnie.

Film jest spokojny (chociaż to nie do końca odpowiednie słowo na określenie wydarzeń w nim zachodzących), bez wybuchów, strzelania i wrzasków. Oddaje prawdę historyczną w taki sposób, że nawet jej nie-pasjonaci wychodzą z kina usatysfakcjonowani. Trzeba koniecznie obejrzeć.

*tu nasuwa mi się skojarzenie. NzT często mnie pyta „Owco, a gdzie grał ten aktor” i ja wtedy (dumna jak PięknOwca po wynalezieniu nowego balsamu do futra) sypię jak z rękawa tytułami filmów od razu, bądź też po dłużej chwili gdy wspomogę się Filmłebem. Ale! Pamiętam jak przekonywałam ją, że niepełnosprawny bohater filmu „Co gryzie Gilberta Grape’a” wcale nie jest upośledzony i że to ten sam aktor, który później fałszował czeki w „Catch Me If You Can”.  Do tej pory nie wiem czy mi uwierzyła. :)

Tydzień później przywiodła nas do kina historia baletnicy. A przynajmniej tak prozaicznie wyobrażałam sobie „Czarnego Łabędzia”. Film o baletnicy. I tyle. I bardzo się myliłam. To film jednej aktorki. Cała reszta obsady gra dobrze, bez uchybień, ale tak naprawdę stanowią jedynie tło dla niej. Natalie Portman dała z siebie wszystko i nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak wiele. Jest doskonała i chociażby tylko po to trzeba ten film zobaczyć.

Jest mroczny i przeraża nie tylko aurą psychozy i pogłębiającym się obłędem bohaterki. Mnie chyba najbardziej przeraziło… życie głównej bohaterki. Despotyczna matka, której córka usiłuje wynagrodzić to, czego jej samej nie było dane osiągnąć, balet, który jest wszystkim i dążenie do doskonałości, które w końcu prowadzi do destrukcji. Film nie pozostawia obojętnym.

A scena (uwaga, mały spoiler) w której Nina przemienia się wreszcie w Czarnego Łabędzia to mistrzostwo. I powiem jeszcze tylko tyle: jeśli Aronofsky ma zamiar zabrać się za ekranizację Wolverine’a to ja już czekam (i już się boję)…

22:34, ofczasta
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 lutego 2011
Przed poniedziałkiem i podsumowująco.

Wena mnie odeszła. Pewnie bawi na jakichś Bahamach wachlowana przez naoliwionego piętaszka podającego drinki z parasolką. Czyli zupełnie inaczej niż ja bym teraz chciała...

Futra
Śpią, albo jedzą. Albo śpią. Albo jedzą. I tak w kółko. Twierdząc, że to najlepsze sposoby na przeczekanie do wiosny.

Pasionek
Krótki urlop (ale tylko od pracy) dla Owcy i intensywny tydzień dla Barana. W interesach (czyli służbowo) byliśmy aż w G. 
NzM wraz z Zerrikanką zafundowali nam przejażkę na 1k km. Nie wiedziałam, że aż tyle potrafią. Kiedy wróciliśmy do domu nieco wykończeni, Duża Czarna wjechała do garażu ze zdziwieniem: "To już? Może gdzieś jeszcze pojedziemy?". Niesamowity samochód, niesamowity kierowca. Ja - pasażerka, widząc co inni "kierowcy" wyprawiają na drogach miałam dosyć już po godzinie, a nerwy napięte do granic możliwości przez cały dzień. 
Tak na marginesie stwierdzę tylko, że pewna stacja radiowa w godzinach 5-6:00 rano nadaje muzykę przerwaną jedną reklamą. Od godziny szóstej nadawane są reklamy (dokładnie co 15 minut, trwające 3-5 minut) przerywane czasem muzyką. Straszne to jest. Dobrze, że nie oglądam telewizji i tylko z opowiadań wiem, że tam z kolei reklamy przerywane są filmem.
Miasto powiatowe - G. wspominam z brakiem jakichkolwiek emocji. Byliśmy, zrobiliśmy co było trzeba i wróciliśmy do domu. I tyle.

Dzisiaj Międzynarodowy Dzień Fajczarza. Z tej okazji świętowaliśmy wraz z fajkomiłośnikami ze ŚKF. Było sympatycznie - jak zawsze. Odbył się też okolicznościowy turniej (palono tym razem flake'a), w którym NzM zajął drugie miejsce. Jestem jak zwykle dumna i blada. Baran, Ty wiesz co. :)  :*
Fociłam tym razem trochę ja, z tym że aparatem baranim, ustawionym na "auto" - chyba pierwszy raz w historii tego aparatu. Stwierdzę krótko - uwielbiam obiektyw "fish eye". :)

Książki
Teraz Pratchett. "Czarodzicielstwo" konkretnie. Moim zdaniem najsłabsza z dotychczas czytanych, chociaż genialna jak zawsze. Jeszcze jednak sporo do końca więc nie wydaję ostatecznego werdyktu. :)
W sobotę pierwszy raz w życiu przeczytałam też "Tomka w krainie kangurów". Nie wiem jakim cudem mnie ta lektura ominęła w czasach, kiedy powinnam była ją przeczytać. Przeczytałam jednak wczoraj, co ma bezpośredni związek z pomysłem, który być może uda mi się już w najbliższy piątek zrealizować.
Po lekturze stwierdziłam jednak z dużym zdziwieniem, że to nie jest książka dla mnie. Starzeję się. Nie mam nic przeciwko temu, ale wolałabym się nie starzeć w taki sposób - kiedy okazuje się, że książki dla dzieci i młodzieży  przestają mi się podobać. Pierwszy tom cyklu Szklarskiego, to dobra książka. Każdy powinien ją przeczytać. To klasyka powieści przygodowej dla młodzieży. I właśnie dlatego przede wszystkim w tym czasie swojego życia powinno sie ją czytać. Niekoniecznie później.
Przeczytałam też Wisłocką. Też pierwszy raz w życiu. Na tę książkę był to jednak jak najbardziej odpowiedni czas. I tytułem podsumowania powtórzę za autorką:
"Sztuka kochania jest przeznaczona przede wszystkim dla kobiet, ale i mężczyzna powinien ją przeczytać, żeby wiedzieć kim jest kobieta."

Filmy
Nic nowego, odgrzewane (ale jakie smaczne!) kotlety. Jesteśmy na etapie "Piratów z Karaibów" (zapomniałam jakie to jest fajne!), których z przyjemnośćią obejrzałam po raz kolejny, a także "Ocean's eleven" i "dwunastkę" też. Zdecydowanie uważam, że jest to film dla kobiet. :) Takiej ilości "ciastek" w jednym filmie nie ma chyba nigdzie indziej. Zdecydowanie polecam - genialnie się ogląda, a i treściowo - całkiem, całkiem.
A "premierowo" - czekam na Natalkę w "Czarnym łabędziu". Myślę, że będzie co oglądać.
No i oczywiście House. Mniam. Tylko dlaczego te odcinki trwają tylko ok. 4o minut?!

Tymczasem jutro trzeba będzie wrócić do pracowej rzeczywistości...

sobota, 20 listopada 2010
Filmowo.

Ten weekend upływa nam w atmosferze kinomaniactwa (w czasie poprzedniego szaleliśmy z piłą łańcuchową i toporkami w ogródku). Wchłonęliśmy cztery całkiem niezłe filmy.

Na pierwszy ogień poszedł "Książę Persji - Piaski czasu". Bardzo fajny przygodowy film. Duża zasługa dwójki głównych bohaterów (chociaż na drugoplanowych też nie można narzekać) Jake Gyllenhaal cudnie napina bicepsy (dzięki czemu przestanę go wreszcie kojarzyć z Brokeback Mountain) i pląsa po perskich dachach, a Gemma Arterton słodko mruży oczęta i wywija szabelką - dzięki czemu wszyscy są zadowoleni. Miłe "wytopienie" czasu. Warto obejrzeć - poprawia humor i sympatycznie się ogląda.

 

"Duże dzieci". Jak wyżej. Zdecydowany poprawiacz humoru. Obsada interesująca - taki tłum komików w jednym filmie gwarantuje dobrą zabawę, chociaż "szału nie było". :) Miejscami bywa niestety prymitywnie (jak to w amerykańskich komediach), ale zanim oglądacz zdąży się zniesmaczyć - znowu robi się zabawnie. No i w epizodycznej roli - genialny jak zawsze - Steve Buscemi. :) Zdecydowanie polecam na listopadowy wieczór, głównie dlatego, że akcja filmu rozgrywa się lipcu.

"Wyspa tajemnic". To jedyny niewesoły, nieprzygodowy, niedisnejowski i kompletnie nieefekciarski film w tym zestawieniu. Daje do myślenia, ładnie buduje napięcie, świetne zdjęcia (światło!), plenery, no i Leo di Caprio. Nie powala jak w "Incepcji" czy "Infiltracji", nie jest to rola jego życia, ale przyjemnie - jak zawsze - widzieć go na ekranie. Jak na thriller psychologiczny - jest co oglądać. Polecam.

"Robin Hood". Przyznam, że zżerała mnie ciekawość - jak "gladiator" poradzi sobie z rolą Michael'a Praed'a (trzydziestolatkowie doskonale wiedzą o czym mówię - to serial z naszej młodości) tudzież Kevina Costnera (scena rozpraszania Robina przez Marion przeszła do historii mojej własnej kinematografii :) ). I poradził sobie całkiem nieźle - w końcu to film Ridleya Scotta. Musi być z rozmachem i dokładnie tak jest. Efektowne sceny batalistyczne, piękne plenery i rewelacyjna obsada. Galadriela w roli Marion też robi wrażenie. Ładny, widowiskowy film. Podobało mnie się. Zdecydowanie. :)

Tagi: filmy
23:43, ofczasta
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 listopada 2010
"All good people read good books"... and watch good films ;)

Czyli zła passa wreszcie się skończyła. Nie wątpię, że jeszcze nie raz trafię na kiszki zarówno literackie jak i filmowe - to w końcu ryzyko "czytacza" i "oglądacza". Mam tylko nadzieję, że nie będzie ich tak dużo, jak ostatnio.

W pierwszej kolejności będzie o książkach.
Jak pisałam wcześniej M. pożyczyła mi kilka "mastridów" (z ang. "must read") czym ujęła mnie ostatecznie - wyszłam
od niej wniebowizięta - z reklamówką książek. :) I w ten sposób rozpoczęła się moja przygoda z Bazylkiem na przykład.

"Przygody Pana Bazylka" chłonie się błyskawicznie. To książka o samotnym ojcostwie, momentami mocno rozczulająca, a na pewno wprowadzająca w świetny nastrój. Przygody małego Bazylka i jego taty przede wszystkim bawią, ale też wzruszają. Czyta się bez większego wysiłku - to w końcu książkowe wydanie blogu. Na chandrę jesienną jak znalazł. Wchłonęłam też trzeci tom przygód Bazylka (pomijając drugi), ale to już, niestety, nie to samo. Tendencja jakoś mi się "przejadła". Mimo to - jak najbardziej polecam. :)

M. podsunęła mi też perełkę, jaką jest książka "Listy do "Przyjaciółki". Rewelacyjna, jako swoisty zapis lat 70-tych XX wieku. Nie było mnie wtedy jeszcze na świecie, ale do lat 80-tych jakoś niewiele się zmieniło, a poza tym, znam te czasy chociażby z opowiadań. A zdjęcia z "roczku", w zrolowanych przy kostkach rajstopach (na trzylatka) też w końcu mam. :) Książka to zbiór listów, które czytelnicy wysyłali do czasopisma "Przyjaciółka". Teraz ich problemy mogą się wydawać nawet zabawne, ale nie watpię, że dla tych wszystkich ludzi, były to osobiste dramaty. A jednak dali sobie radę, przetrwali, nie załamywali się i jakoś na świecie było więcej życzliwości niż jest teraz. Czyta się przyjemnie - starszych dopadnie nostalgia i pewnie często będą nad książką nieświadomie kiwać głową ("rzeczywiście tak wtedy było!"), młodych pewnie rozbawi, ale to ważne żeby i oni dowiedzieli się o tym, jak się żyło jakieś 40 lat temu.

Na koniec "wpadła mi w ręce" Olga Tokarczuk. M. jest nią zafascynowana, a ja jakoś nie miałam okazji przeczytać ani jednej książki tej autorki i trochę było mi wstyd, że nie mam pojęcia o czym mówi. Wpadł mi więc w ręce "Prawiek i inne czasy". Książka niesamowita. Nie będę się rozwodzić nad fabułą, bo składa się na nią wiele wątków, a każdy może sobie wyguglać wszelakie ilości recenzji tej pozycji. Powiem tylko, że jest smutna, magiczna i pięknie napisana. W niektórych książkach proza aż zgrzyta w mózgu, a tę książkę czyta się jak... melodię. Sama układa się w głowie. Na pewno sięgnę jeszcze po inne dzieła tej autorki. Nie wątpię, że też mi się spodobają. Bez wahania polecam. :)

Po książkach przyszła kolej na filmy.

Książka Cormaca McCarthy'go jest dobra, a film nie odstaje od niej zbytnio. To obraz świata po apokalipsie, przez który wędruje dwoje ludzi: mężczyzna i chłopiec. Motywy: bohaterskiego (tak, myślę, że to dobre slowo...) ojcostwa, czystej duszy dziecka nieskażonej wszechobecnym złem, świata po katastrofie i przede wszystkim głodu - dają do myślenia i nie pozostawiają obojętnym. Film należy oglądać z odpowiednim nastawieniem - najlepiej nie spodziewać się fajerwerków, wybuchów jak w Transformersach, latających samochodów strącających helikoptery i Bruce'a Willisa ratującego świat (tym razem nie zdążył...). Należy nastawić się na refleksje. I zachwycić doskonałą, naprawdę genialną rolą Viggo Mortensena - tak sugestywną grę wychudzonym ciałem (stricte - chodzi o wygląd) widziałam ostatnio tylko u Bale'a w "Mechaniku".
Film bardzo dobry.

Przyszła też kolej wreszcie na cztery babeczki z "Seksu w wielkim mieście". Serialem, jakiś dłuższy czas temu zaraziła mnie osoba, która podsuwała mi pod nos większość rewelacyjnych seriali. Jestem wdzięczna, bo dzięki niej odkryłam swoją nietajoną fascynację House'm, ale nie o tym miało być. Na początku, przy pierwszych odcinkach "SATC" mocno kręciłam nosem, ale usłyszałam "Owco, poczekaj, pooglądaj następne - spodoba Ci się". Tak też zrobiłam i przygody Carrie, Mirandy, Charlotte i Samanthy wciągnęły mnie całkowicie. I jak - zazwyczaj - z dużym dystansem podchodzę do kinowych ekranizacji swoich ulubionych seriali (kinówki "Friendsów" jakoś sobie nie wyobrażam...) tak "Seks w wielkim mieście" na dużym ekranie podobał mi się obu przypadkach. Druga część jest trochę mało rzeczywista (jak na polskie standardy) i zaczyna przypominać komedię romantyczną, ale nie chodzi o to żeby przekazywać prawdę historyczną ze śmiertelną powagą, a jedynie dobrze się bawić - to ten typ filmu przecież.
Przyjemnie sie ogląda, idealny na poprawę humoru. Ogląda się najlepiej samej (męża wysyłając do swoich zajęć) albo z przyjaciółką, najlepiej pod kocem, z kubkiem gorącej jabłkowo-cynamonowej herbaty w łapce.
A buty Carrie już zawsze będą powodować mój szczękopad (powiedziała bezobcasowa Owca...). :)

21:37, ofczasta
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 października 2010
Kiszki filmowe.

Czas kiszek literackich na szczęście minął - o tym będzie osobno - ale niestety nadal trwa zła passa jeśli chodzi o dobór filmów. Kicha za kichą, kichą pogania. Koszmar, tragedia, beznadzieja i nie wiadomo co jeszcze. Durne komedie, które nie są aż tak durne żeby były zabawne, żałosne sf, beznadziejne thrillery i kompletnie bezsensowne filmy "akcji". Niedawno był "Event Horizon" (uprzedzam - gorszej kichy dawno nie widziałam), potem "I love you Phillip Morris" (wydawało mi się, że wiem czego się spodziewać po tym filmie, ale najwyraźniej tylko mi się wydawało) dzisiaj "Splice". Najlepiej trzymać się od tych filmów z daleka - jeśli komuś własny czas miły. Jeśli chodzi o tę ostatnią kichę, to zdecydowanie zachęcały mnie plakaty i trąbienie wszem i wobec, że to film twórców "Labiryntu Fauna" (genialny!) i "Cube" (świetny!). Jak zwykle się pomyliłam, bo pomijając rozważania etyczne i moralne samego problemu poruszonego w filmie - nie da się tego oglądać. Na filmwebie ktoś napisał w swojej recenzji , że (cytuję dosłownie): "Istota ma w sobie potęgę greckiego mitu, mistyczną siłę średniowiecznej paraboli, bezwzględność empirii kartezjańskiej rewolucji naukowej i bogactwo postmodernistycznej kultury bez granic. Tę mistrzowską mieszankę doceni każdy prawdziwy fan science-fiction." Nie wiem co ten gość palił, ale zdecydowanie powinien to odstawić...

Po tak gigantycznej stracie czasu, jedyne co pozostaje to udać się do wypożyczalni po klasykę i zapijać wcześniejszą gorycz, mlekiem z miodem. :) Czyli jeszcze raz i od początku i tylko w jedynej, słusznej kolejności:
X-men : The Last Stand
X-men 2
X-Men Origins: Wolverine
X-men
Uwielbiam i chłonę bez opamiętania. A do Logana to szklankę mleka i schrupać jak ciastko, prawda M.? :D
Wolverine it is... (wyguglany)

 

Tagi: filmy
20:04, ofczasta
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2









Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Glosterowscy


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie:



free counters




























WYGRAŁAM U BASI