Wpisy z tagiem: filmy
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Personel.
Chodzi oczywiście o Personel koci (i ptasi) i o to, jak spędza świąteczny czas. O futrzastych i pierzastych będzie następnym razem, bo one głównie odpoczywają (no dobrze - odpoczywają tylko te z futrem, bo te z piórami mają mnóstwo pracy...). Dwunożni są natomiast ciągle czymś zajęci. Mam takie dziwne wrażenie (obawę?), że zanim się zorientuję już będzie grudzień i koniec roku. Przesadzam? To jakim cudem już jest kwiecień?! Wczoraj odpoczywaliśmy po sprzątaniu sobotnim, okien jednak nie umyłam (czym znowu niewątpliwie gorszę niektórych sąsiadów), a Fordka też nadal wozi na sobie krajobraz zimowy... Jesli chodzi o książki, to wchłonęłam ostatnio "Dzienniki kołymskie" i byłam mocno zszokowana. Głównie własną ignoracją i niewiedzą. Wstyd mi, że nie miałam pojęcia o pewnych zagadnieniach, ale na szczęście człowiek uczy się przez całe życie. Przeczytałam też "Pana Samochodzika i templariuszy" na lekcję z dziećmi i to też była dla mnie nowość. Nienackiego owszem, czytywałam w czasach młodości (jak to brzmi...), ale wydaje mi się, że cyklu o Panu Samochodziku - nie. Nie miałam też pojęcia, że w sumie wydano ponad setkę książek związanych z przygodami pana Tomasza w dziwnym wehikule, jak również o tym, że autor (Nienacki) był postacią kontrowersyjną (i to nie tylko dlatego, że napisał też powieść erotyczną).
źródło: YouTube (nadesłany przez CieonMovies 30 stycznia 2012)
niedziela, 04 grudnia 2011
K.
Marzy mi się takie zwykłe 5xK. klik Książek nie było dużo (bo i czasu było mało), ale wpadł mi w ręce drugi tom "Poczytaj mi mamo" (pierwszy jak na razie wydaje mi się lepszy) i miło było ponownie odbyć sentymentalną podróż do dzieciństwa. Dzięki uprzejmości M. udało mi się też pochłonąć kolejny tom "Pamiętnika Kociłapki" (trzeci, tym razem). Jeśli lubicie komiksy - zachęcam, bo mnie się bardzo podobały perypetie właścicielki syjamki (a potem również innych trzech kociambrów), ale jeśli nie trawicie komiksu typu manga (ja tak mam...), to i tak nie powinniście czuć się zrażeni, bo wydaje mi się, że to nie jest typowa manga. Na poprawę humoru wchłonęłam pratchettowego "Kosiarza", który (standardowo) podobał mi się bardzo - może dlatego, że uważam iż postać Śmierci wyszła Mistrzowi Terry'emu naprawdę dobrze. Nie tylko w tym tomie. Filmów natomiast było kilka, różnych, mniej lub bardziej wartych zapamiętania. Podobał mi się "Wanted" (MIMO przeraźliwie chudej Andżeliny) i - skoro jesteśmy przy superbohaterach to - "X-men pierwsza klasa". Nie potrafię obiektywnie podejść do serii X-menów (lubię), ale wydaje, że to jedna z lepiej zrobionych części. Polecam wielbicielom tego gatunku, naprawdę mi się podobało. I nawet głębia psychologiczna tam jest ;) a podryw "profesora" Xaviera powinien przejść do klasyki cytatów filmowych. Podobnie jak scena w barze (z Wolverine'm). :) Obejrzeliśmy też "Gnomea i Julię" (brawa, BRAWA za dubbing!) oraz Baranka Shaun'a (nadal oglądamy, bo to odcinki - jakie to jest fajne!). Filmem, który mną mocno wstrząsnął i przeraził bardziej niż niejeden horror było "127 godzin", czyli film o uwięzionym grotołazie (speleologu?). Sporo retrospekcji (facet siedzi uwięziony w kanionie, to co ma robić jak nie wspominać i przeprowadzać głęboką analizę swojego życia?), które uśpiły moją czujność. W przypadku filmów ostrzę sobie kły na "Fightera" oraz "Conana" (mimo miażdżącej opinii M.) ;) a także na "Zmierzch vol. 4 part 1" (a czemu nie?). Czy zauważyliście tę szaloną tendecję do dzielenia wszystkiego na połówki, dwuczęściówki, cokolwiek tylko możliwe? A przy okazji - gdy przygotowywałam dla dzieci spotkanie właśnie o "Hobbicie..." to trafiłam na plakaty z filmu, który ma za rok pojawić się na ekranach kin. Czy pamiętacie (bez pomocy googli) jak nazywał się ten piękny miecz Thorina? A kto poda wszystkie trzy nazwy? :)
sobota, 02 lipca 2011
Książki.
Trafiłam ostatnio na informację o tym, że GW wydaje czasopismo o wiele mówiącym tytule „Książki”. Postanowiłam mu się przyjrzeć. Cena (jak na możliwości przeciętnego miłośnika tradycyjnego słowa pisanego) „nieco” zaporowa. Myślę, że każdy się dwa razy zastanowi zanim kupi czasopismo za 1/3 wartości książki. Ale może się mylę. Jeszcze się zastanawiam (również nad kupnem następnego numeru) i nie wyrobiłam sobie do końca zdania na temat tego periodyku. Przeczytałam kilka recenzji (bo to z nich się ono głównie składa), które zainteresowały mnie na tyle, że chętnie przeczytałabym książki, których dotyczą. Jeden artykuł mnie zbulwersował, ale to ani czas ani miejsce na polemikę z autorem (której chyba i tak bym nie podjęła). ;) No i do listy „must buy” dodałam kolejne pozycje… Jeśli jesteśmy przy lekturach, to kilka interesujących pozycji już za mną.
Przeczytałam nowego Kinga i bardzo mi się podobało. Nie jest to co prawda „Pod kopułą”, ale przecież nie ma być. To zbiór czterech opowiadań, które udowadniają czytelnikowi teorię, że tak naprawdę mordercą może zostać każdy z nas…
Kiedy zobaczyłam tę książkę w Empiku nie wahałam się ani chwili. Przecież to Dewey! A książka o kocie bibliotecznym była dla mnie wspaniałą ucztą czytelniczą. Przez chwilę tylko zastanawiałam się czy to nie jest pozycja z cyklu „odgrzewane kotlety” jakich mnóstwo na rynku, ale zdusiłam tę myśl i rozpoczęłam lekturę…
W przypadku tej pozycji nie będzie obszernej recenzji. To pozycja z serii „must read”. Napis na okładce („Dla fanów Mikołajka”) nie jest przesadą i myślę, że każdy, komu podobają się przygody francuskiego chłopczyka z przyjemnością przeczyta o tym jak „Pitu i Kudłata dają radę”. Ubaw przedni, chichot zapewniony jak i uświadomienie sobie prawdy oczywistej: dzieci są nieprzewidywalne. :) A jeśli już mówimy o książkach, to będzie przy okazji o filmach, chociaż niewiele się w tej kwestii u nas zmienia (z seriali - nadal „Chirurdzy”). Ostatnio obejrzeliśmy „Turystę” i powiem tylko, że film zyskałby wiele gdyby Andżelina nie wyglądała tak przeraźliwie chudo. :D Mister Depp – jak zwykle klasa sama w sobie, a cały film, mimo że „sensacyjny”, to przede wszystkim świetny wizualnie. Piękne widoki (Wenecja) i wspaniałe stroje Andżeliny (ciemnoczekoladowa suknia na bal – łał!) gwarantują przyjemne wrażenia estetyczne. ;) I nawet tak bardzo nie przeszkadza fakt, że widz (np. ja) domyśli się zakończenia w połowie filmu. ;) Chciałam jednak napisać o odkryciu, którego dokonałam zwiedzając blog Calleha. I najpierw podążyłam za linkiem od Nierozłączek. A tam najlepsza wetka opowiada o ptaszkach (w cyklu odcinków „Zanim weźmiesz do domu…”) siedząc w ptaszarni stołecznego Zoo z ekspertem od pierzastych. O tym, jak się przygotować na przyjęcie ptaszka w domu, o tym jakich pierzastych nie można więzić w klatkach, a jakie nie mają nic przeciwko. Coś fantastycznego! Od razu oczywiście obejrzałam filmy o piesach i kociambrach z tej samej serii. I jeszcze kilka innych. JAKA TO BYŁA UCZTA. A tych odcinków jest tylko ok. 90… :)
czwartek, 19 maja 2011
Blachara, RPG-Owca i Piąta Jezdna Apokalipsy...
...a ponad to wszystko - nauczycielka na ścieżce awansu. Tego, że jestem blacharą jakoś nigdy nie starałam się ukryć. :) Samochody lubię, lubię jeździć szybko (jako pasażerka NzM), lubię jeździć - chociaż sporo mi brakuje żeby nazywać się kierowcą. Jeżdżę od roku, prawo jazdy mam od ponad 8 lat. W tak zwanym międzyczasie jeździłam przez ponad rok bardzo intensywnie "maluchem" NzT, w każdych warunkach i dzięki temu najwięcej się na tym samochodzie nauczyłam (między innymi: jak jeździć i ruszyć na lodzie oraz jak zrobić żeby nie wkomponować się w przęsło mostu...). Trailer "Fast Five"
Już jest. W pięknym opakowaniu, z jeszcze bardziej wypasiona zawartością. 20 zł tańszy, z kuponem za preorder, z mapką, instrukcją i ścieżką dźwiękową. Wiedźmin 2. :)
Dzisiaj o 6:40 usłyszałam huk i łomot. Zamarłam ze szczoteczką w zębach. DOKŁADNIE wiedziałam co się stało, a ponieważ wiedziałam - bałam się wyjść z łazienki. Amber doszła do wniosku, że codziennie rozpoczynam dzień w zupełnie nieciekawy sposób - więc ona, genialna tricolorka, zorganizuje mi go trochę bardziej interesująco.
Zaczyna się. Uczestniczę (jako odpowiadający) w szybkich testach ustnych z prawa oświatowego, kseruję akty prawne, przekopuję antyczne Dzienniki Ustaw, przeglądam jakieś dokumenty, usiłuję ułożyć w głowie, coś, czego ogromu jeszcze nie ogarniam. Zaczyna się. I jestem przekonana, że jak jeszcze raz usłyszę (nie ma dla mnie nic bardziej demotywującego niż to) pytanie "A piszesz już sprawozdanie?" to eksploduję. Nie, nie piszę. Ale już niedługo zacznę.
czwartek, 14 kwietnia 2011
Filozoficznie?
O Housie napisano już wiele różnych książek. Mniej lub bardziej udanych. Nie czytałam żadnej z nich, chociaż recenzje prawie wszystkich. Nie czytałam, bo nie chcę żeby ktoś sugerował mi (lub wprost nakazywał) co mam myśleć. Wiem, że to serial stworzony po to, żeby przyciągnąć publikę, wiem, że to realizacja pomysłu, który powstał w czyjejś głowie. I doskonale wiem, że (UWAGA! SPOILER!) gdy House skakał z hotelowego balkonu żeby się zabić (!), to powinnam być w szoku i powinnam kurczowo trzymać się NzM jednocześnie mamrocząc: "Nie rób tego, nie rób tego, House, nie rób tego..." Wiem. Załóżmy jednak, na jedną małą chwilę, że postać tego geniusza jest postacią realną. I w związku z tym, od jakiegoś czasu, z autopsji, nasuwają mi się pytania. Wszyscy narzekają, że House jest wredny, złośliwy, podły, szalony i jakiś tam jeszcze. Tak więc: czy którykolwiek z tych krytyków-malkontentów zastanowił się co go (House'a) ukształtowało? Co spowodowało, że jest taki? Jaki może być człowiek trawiony przez nieustający ból? Co jest w stanie zrobić i do czego jest zdolny, żeby chociaż na chwilę przestało boleć? Żeby na chwilę przestać myśleć o tym, że nie da się tego wytrzymać? Czy dziwne w tej sytuacji jest uzależnienie od czegoś, co tymczasowo odsuwa cierpienie? Wystarczy sobie przypomnieć co House wyprawiał, kiedy na jakiś czas przestało go boleć.
wtorek, 22 marca 2011
Wiosna?
Wiosna idzie.
I wiosna by tak nie smakowała
I o to właśnie chodzi.
Na moich ulubionych blogach też zastoje, bo Autorki - podobnie jak mnie – dopadło jakieś przesilenie wiosenne. Przejdzie, ale zanim człowiek wskoczy na odpowiednie obroty, to trochę potrwa. No i niedługo jeszcze przesuwamy godzinę (i znowu będę jeszcze krócej spała…).
Dodałam do swoich ulubionych dwa blogi – kulinarny (znaleziony w ulubionych linkach Kasi), na którym znalazłam przepis na muffinki z chałwą i które (nieskromnie dodam) wyszły mi całkiem dobre i koci – do Darmozjadów, których dzieje śledzę już strasznie długo. :)
Nasze Kociarstwo jeszcze pozimowo rozleniwione, ale spacery naokienne już urządzają wyglądając jak puchate figurki ustawione w jednym rządku na parapecie. Amber zaczyna zmieniać zimową sukienkę na wiosenną, w związku z czym przewiduję, że już niedługo będziemy [jeszcze bardziej] tonąć w kocich kłakach. Razy pięć…
Zrobiliśmy sobie ostatnio z NzM dwa kinowo-oskarowe wieczory.
Na pierwszy ogień poszedł „Jak zostać królem”. Podobno reklama w TV była na tak agresywna, że niektórym film obrzydł zanim jeszcze go zobaczyli. Oszczędzamy sobie z Baranem tej wątpliwej przyjemności jaką jest TV więc szliśmy (a ja szczególnie) z dużym entuzjazmem.
Film jest warty wszelkich pozytywnych opinii jakie o nim wygłoszono. To film o pokonywaniu własnych niedoskonałości w taki sposób, że widz przez 1,5 godziny kibicuje bohaterowi w jego staraniach i trzyma kciuki za powodzenie przedsięwzięcia. Gdybym nie widziała Colina Firtha w innych kreacjach stwierdziłabym, że po prostu zatrudniono do filmu aktora, który się jąka.*
Colin przeszedł samego siebie. Ale nie on jeden. Obsada jest taka, że szczęka mi trwale opadła na dłuższy czas. Nie wspomnę o Helenie, bo ona jest klasą samą w sobie, ale zarówno bohaterowie poboczni jak i drugoplanowi grają przekonywująco i rewelacyjnie.
Film jest spokojny (chociaż to nie do końca odpowiednie słowo na określenie wydarzeń w nim zachodzących), bez wybuchów, strzelania i wrzasków. Oddaje prawdę historyczną w taki sposób, że nawet jej nie-pasjonaci wychodzą z kina usatysfakcjonowani. Trzeba koniecznie obejrzeć.
*tu nasuwa mi się skojarzenie. NzT często mnie pyta „Owco, a gdzie grał ten aktor” i ja wtedy (dumna jak PięknOwca po wynalezieniu nowego balsamu do futra) sypię jak z rękawa tytułami filmów od razu, bądź też po dłużej chwili gdy wspomogę się Filmłebem. Ale! Pamiętam jak przekonywałam ją, że niepełnosprawny bohater filmu „Co gryzie Gilberta Grape’a” wcale nie jest upośledzony i że to ten sam aktor, który później fałszował czeki w „Catch Me If You Can”. Do tej pory nie wiem czy mi uwierzyła. :)
Tydzień później przywiodła nas do kina historia baletnicy. A przynajmniej tak prozaicznie wyobrażałam sobie „Czarnego Łabędzia”. Film o baletnicy. I tyle. I bardzo się myliłam. To film jednej aktorki. Cała reszta obsady gra dobrze, bez uchybień, ale tak naprawdę stanowią jedynie tło dla niej. Natalie Portman dała z siebie wszystko i nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak wiele. Jest doskonała i chociażby tylko po to trzeba ten film zobaczyć.
Jest mroczny i przeraża nie tylko aurą psychozy i pogłębiającym się obłędem bohaterki. Mnie chyba najbardziej przeraziło… życie głównej bohaterki. Despotyczna matka, której córka usiłuje wynagrodzić to, czego jej samej nie było dane osiągnąć, balet, który jest wszystkim i dążenie do doskonałości, które w końcu prowadzi do destrukcji. Film nie pozostawia obojętnym.
A scena (uwaga, mały spoiler) w której Nina przemienia się wreszcie w Czarnego Łabędzia to mistrzostwo. I powiem jeszcze tylko tyle: jeśli Aronofsky ma zamiar zabrać się za ekranizację Wolverine’a to ja już czekam (i już się boję)…
niedziela, 20 lutego 2011
Przed poniedziałkiem i podsumowująco.
Wena mnie odeszła. Pewnie bawi na jakichś Bahamach wachlowana przez naoliwionego piętaszka podającego drinki z parasolką. Czyli zupełnie inaczej niż ja bym teraz chciała... Futra Pasionek Dzisiaj Międzynarodowy Dzień Fajczarza. Z tej okazji świętowaliśmy wraz z fajkomiłośnikami ze ŚKF. Było sympatycznie - jak zawsze. Odbył się też okolicznościowy turniej (palono tym razem flake'a), w którym NzM zajął drugie miejsce. Jestem jak zwykle dumna i blada. Baran, Ty wiesz co. :) :* Książki Filmy Tymczasem jutro trzeba będzie wrócić do pracowej rzeczywistości...
sobota, 20 listopada 2010
Filmowo.
Ten weekend upływa nam w atmosferze kinomaniactwa (w czasie poprzedniego szaleliśmy z piłą łańcuchową i toporkami w ogródku). Wchłonęliśmy cztery całkiem niezłe filmy.
Na pierwszy ogień poszedł "Książę Persji - Piaski czasu". Bardzo fajny przygodowy film. Duża zasługa dwójki głównych bohaterów (chociaż na drugoplanowych też nie można narzekać) Jake Gyllenhaal cudnie napina bicepsy (dzięki czemu przestanę go wreszcie kojarzyć z Brokeback Mountain) i pląsa po perskich dachach, a Gemma Arterton słodko mruży oczęta i wywija szabelką - dzięki czemu wszyscy są zadowoleni. Miłe "wytopienie" czasu. Warto obejrzeć - poprawia humor i sympatycznie się ogląda. "Duże dzieci". Jak wyżej. Zdecydowany poprawiacz humoru. Obsada interesująca - taki tłum komików w jednym filmie gwarantuje dobrą zabawę, chociaż "szału nie było". :) Miejscami bywa niestety prymitywnie (jak to w amerykańskich komediach), ale zanim oglądacz zdąży się zniesmaczyć - znowu robi się zabawnie. No i w epizodycznej roli - genialny jak zawsze - Steve Buscemi. :) Zdecydowanie polecam na listopadowy wieczór, głównie dlatego, że akcja filmu rozgrywa się lipcu.
"Wyspa tajemnic". To jedyny niewesoły, nieprzygodowy, niedisnejowski i kompletnie nieefekciarski film w tym zestawieniu. Daje do myślenia, ładnie buduje napięcie, świetne zdjęcia (światło!), plenery, no i Leo di Caprio. Nie powala jak w "Incepcji" czy "Infiltracji", nie jest to rola jego życia, ale przyjemnie - jak zawsze - widzieć go na ekranie. Jak na thriller psychologiczny - jest co oglądać. Polecam.
"Robin Hood". Przyznam, że zżerała mnie ciekawość - jak "gladiator" poradzi sobie z rolą Michael'a Praed'a (trzydziestolatkowie doskonale wiedzą o czym mówię - to serial z naszej młodości) tudzież Kevina Costnera (scena rozpraszania Robina przez Marion przeszła do historii mojej własnej kinematografii :) ). I poradził sobie całkiem nieźle - w końcu to film Ridleya Scotta. Musi być z rozmachem i dokładnie tak jest. Efektowne sceny batalistyczne, piękne plenery i rewelacyjna obsada. Galadriela w roli Marion też robi wrażenie. Ładny, widowiskowy film. Podobało mnie się. Zdecydowanie. :)
piątek, 05 listopada 2010
"All good people read good books"... and watch good films ;)
Czyli zła passa wreszcie się skończyła. Nie wątpię, że jeszcze nie raz trafię na kiszki zarówno literackie jak i filmowe - to w końcu ryzyko "czytacza" i "oglądacza". Mam tylko nadzieję, że nie będzie ich tak dużo, jak ostatnio. W pierwszej kolejności będzie o książkach.
"Przygody Pana Bazylka" chłonie się błyskawicznie. To książka o samotnym ojcostwie, momentami mocno rozczulająca, a na pewno wprowadzająca w świetny nastrój. Przygody małego Bazylka i jego taty przede wszystkim bawią, ale też wzruszają. Czyta się bez większego wysiłku - to w końcu książkowe wydanie blogu. Na chandrę jesienną jak znalazł. Wchłonęłam też trzeci tom przygód Bazylka (pomijając drugi), ale to już, niestety, nie to samo. Tendencja jakoś mi się "przejadła". Mimo to - jak najbardziej polecam. :)
M. podsunęła mi też perełkę, jaką jest książka "Listy do "Przyjaciółki". Rewelacyjna, jako swoisty zapis lat 70-tych XX wieku. Nie było mnie wtedy jeszcze na świecie, ale do lat 80-tych jakoś niewiele się zmieniło, a poza tym, znam te czasy chociażby z opowiadań. A zdjęcia z "roczku", w zrolowanych przy kostkach rajstopach (na trzylatka) też w końcu mam. :) Książka to zbiór listów, które czytelnicy wysyłali do czasopisma "Przyjaciółka". Teraz ich problemy mogą się wydawać nawet zabawne, ale nie watpię, że dla tych wszystkich ludzi, były to osobiste dramaty. A jednak dali sobie radę, przetrwali, nie załamywali się i jakoś na świecie było więcej życzliwości niż jest teraz. Czyta się przyjemnie - starszych dopadnie nostalgia i pewnie często będą nad książką nieświadomie kiwać głową ("rzeczywiście tak wtedy było!"), młodych pewnie rozbawi, ale to ważne żeby i oni dowiedzieli się o tym, jak się żyło jakieś 40 lat temu.
Na koniec "wpadła mi w ręce" Olga Tokarczuk. M. jest nią zafascynowana, a ja jakoś nie miałam okazji przeczytać ani jednej książki tej autorki i trochę było mi wstyd, że nie mam pojęcia o czym mówi. Wpadł mi więc w ręce "Prawiek i inne czasy". Książka niesamowita. Nie będę się rozwodzić nad fabułą, bo składa się na nią wiele wątków, a każdy może sobie wyguglać wszelakie ilości recenzji tej pozycji. Powiem tylko, że jest smutna, magiczna i pięknie napisana. W niektórych książkach proza aż zgrzyta w mózgu, a tę książkę czyta się jak... melodię. Sama układa się w głowie. Na pewno sięgnę jeszcze po inne dzieła tej autorki. Nie wątpię, że też mi się spodobają. Bez wahania polecam. :)
Po książkach przyszła kolej na filmy.
Książka Cormaca McCarthy'go jest dobra, a film nie odstaje od niej zbytnio. To obraz świata po apokalipsie, przez który wędruje dwoje ludzi: mężczyzna i chłopiec. Motywy: bohaterskiego (tak, myślę, że to dobre slowo...) ojcostwa, czystej duszy dziecka nieskażonej wszechobecnym złem, świata po katastrofie i przede wszystkim głodu - dają do myślenia i nie pozostawiają obojętnym. Film należy oglądać z odpowiednim nastawieniem - najlepiej nie spodziewać się fajerwerków, wybuchów jak w Transformersach, latających samochodów strącających helikoptery i Bruce'a Willisa ratującego świat (tym razem nie zdążył...). Należy nastawić się na refleksje. I zachwycić doskonałą, naprawdę genialną rolą Viggo Mortensena - tak sugestywną grę wychudzonym ciałem (stricte - chodzi o wygląd) widziałam ostatnio tylko u Bale'a w "Mechaniku".
Przyszła też kolej wreszcie na cztery babeczki z "Seksu w wielkim mieście". Serialem, jakiś dłuższy czas temu zaraziła mnie osoba, która podsuwała mi pod nos większość rewelacyjnych seriali. Jestem wdzięczna, bo dzięki niej odkryłam swoją nietajoną fascynację House'm, ale nie o tym miało być. Na początku, przy pierwszych odcinkach "SATC" mocno kręciłam nosem, ale usłyszałam "Owco, poczekaj, pooglądaj następne - spodoba Ci się". Tak też zrobiłam i przygody Carrie, Mirandy, Charlotte i Samanthy wciągnęły mnie całkowicie. I jak - zazwyczaj - z dużym dystansem podchodzę do kinowych ekranizacji swoich ulubionych seriali (kinówki "Friendsów" jakoś sobie nie wyobrażam...) tak "Seks w wielkim mieście" na dużym ekranie podobał mi się obu przypadkach. Druga część jest trochę mało rzeczywista (jak na polskie standardy) i zaczyna przypominać komedię romantyczną, ale nie chodzi o to żeby przekazywać prawdę historyczną ze śmiertelną powagą, a jedynie dobrze się bawić - to ten typ filmu przecież.
niedziela, 24 października 2010
Kiszki filmowe.
Czas kiszek literackich na szczęście minął - o tym będzie osobno - ale niestety nadal trwa zła passa jeśli chodzi o dobór filmów. Kicha za kichą, kichą pogania. Koszmar, tragedia, beznadzieja i nie wiadomo co jeszcze. Durne komedie, które nie są aż tak durne żeby były zabawne, żałosne sf, beznadziejne thrillery i kompletnie bezsensowne filmy "akcji". Niedawno był "Event Horizon" (uprzedzam - gorszej kichy dawno nie widziałam), potem "I love you Phillip Morris" (wydawało mi się, że wiem czego się spodziewać po tym filmie, ale najwyraźniej tylko mi się wydawało) dzisiaj "Splice". Najlepiej trzymać się od tych filmów z daleka - jeśli komuś własny czas miły. Jeśli chodzi o tę ostatnią kichę, to zdecydowanie zachęcały mnie plakaty i trąbienie wszem i wobec, że to film twórców "Labiryntu Fauna" (genialny!) i "Cube" (świetny!). Jak zwykle się pomyliłam, bo pomijając rozważania etyczne i moralne samego problemu poruszonego w filmie - nie da się tego oglądać. Na filmwebie ktoś napisał w swojej recenzji , że (cytuję dosłownie): "Istota ma w sobie potęgę greckiego mitu, mistyczną siłę średniowiecznej paraboli, bezwzględność empirii kartezjańskiej rewolucji naukowej i bogactwo postmodernistycznej kultury bez granic. Tę mistrzowską mieszankę doceni każdy prawdziwy fan science-fiction." Nie wiem co ten gość palił, ale zdecydowanie powinien to odstawić... Po tak gigantycznej stracie czasu, jedyne co pozostaje to udać się do wypożyczalni po klasykę i zapijać wcześniejszą gorycz, mlekiem z miodem. :) Czyli jeszcze raz i od początku i tylko w jedynej, słusznej kolejności: |
Archiwum
Zakładki:
Hobby moje i nie tylko :)
KOTY (i ludzie)
Koty zagraniczne
Kulinaria
LUDZIE (i Koty)
Ptaszki
Rękodzieło
Zwierzaki, które lubię, a które nie są kotami :)
![]() ![]() (Indyczek, Królik, Pani Prezes) (Pierożek) (Kawa) (Lady Amber Herbu Tricolor) (Biisława, Szylkretka) ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Licznik odwiedzin: Gości na stronie: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() WYGRAŁAM U BASI ![]() |