Wpisy z tagiem: filmy

niedziela, 04 sierpnia 2013
Tytuł się roztopił.

Jest upał. Hektolitry herbaty, wody, soków itp. przepływają przez nerki. Koty rozrzucone jak ścierki po domu, ptaszki z dziką pasją biorą kąpiele, Personel snuje się po domu.
Dzisiaj nie odkurzam (a koty się znowu kłaczą w obłędny sposób), nie sprzątam, nie gotuję, nie czytam, nie pracuję (w domu), nie myślę...
Przeczekuję.
Nienawidzę upałów tak samo mocno, jak mrozów. 

Tymczasem w ubiegłym tygodniu oglądaliśmy tego pana.

 

źródło plakatu

M. powiedziała mi, że jej wątroba zzieleniała, jak usłyszała, że idziemy do kina :) i teraz myślę sobie, że wcale jej się nie dziwię. 
Bo takiego Rosomaka to ja jeszcze nie widziałam. Napisałabym coś jeszcze, ale lepiej nie, bo jak Baraniasty przeczyta... :))

Ogólnie - z wyjątkiem kilku scen i niektórych rozwiązań fabularnych - rewelacja. Ale przecież Hugh Jackman urodził się do roli Wolverine'a - nie, śpiewającego Jeana Valjeana, ale właśnie Wolverine'a. I biegając (półnago - nie ukrywajmy - tak, żeby napakowane mięcho było dobrze widać) i mordując wszystkich dookoła tymi brzytwami wyłażącymi z dłoni - jest genialny. :)

A na koniec anegdotka.
Poprosiłam Baraniastego o zrobienie mi kawy. Zażyczyłam sobie, żeby mi zrobił obrazek na piance (kiedyś nawet taka prezentacja krążyła w mejlach - o obrazkach na kawach, które wyczarowują bariści). No i NzM mi zrobił...
Poniżej obrazek na kawie, zatytułowany: "Trzy puchate owce kopytkujące w stronę zachodzącego słońca". :)

 

 

czwartek, 18 lipca 2013
Król jest wszędzie ;)

Dzisiaj na Wącham Książki odkryłam takie oto zdjęcie:

 

źródło

I opadła mi szczęka. Jakim cudem ja nie miałam pojęcia o ekranizacji "Pod kopułą"?!
Ostatnio moja czaszka jest bombardowana sporą ilością informacji różnego typu i muszę odsiewać, przecedzać... Źle odsiałam? Jak mogło mi to umknąć? 
"Chodźmy sitkiem czerpać wodę..."*

*kto pamięta skąd to cytat?

Ale nie ma tego złego i tak dalej, bo już wiem, co będziemy z Baraniastym teraz oglądać. :)
Na khaleesi i Lukrecję musimy czekać aż do kwietnia przyszłego roku, na Meredith do września bieżącego, więc teraz jest czas idealny. :)

Ktoś już oglądał? Z tego, co wiem, to już są ze cztery odcinki...

 

Prywata: dzięki Ci, NzT, za znalezienie tego, co znalazłaś ;), bo mielibyśmy psinco, a nie oglądanie Kinga, smoków, chętnych do objęcia Żelaznego Tronu, borgiowskiej rozpusty i  Cristiny Yang trzymającej czyjeś serce w dłoniach. Że o Gregorym Housie nie wspomnę. :) 

czwartek, 26 lipca 2012
25 lipca 2010...

był dokładnie dwa lata i jeden dzień temu.
Wpis okolicznościowy zaplanowałam na wczoraj, bo chciałam napisać, że dwa lata Pasionkowania (czyli prowadzenia przez Owcę blogu) uczciliśmy z Baraniastym ucztą wizualną w postaci "Prometeusza".

Tymczasem musiałam ochłonąć, żeby w miarę sensownie opisać przeżycia po projekcji.
A napisać muszę, bo bardzo, BARDZO się nastawiałam na ten film. Lubię serię o "Obcych" i oglądam co jakiś czas cały czteropak. Brakowało mi tylko "Prometeusza".
Dlatego właśnie moje rozczarowanie było wielkie. :(

Uprzedzam! Poniższe uwagi zawierają dużo spoilerów. Jeśli ktoś filmu nie widział - proponuję sobie odpuścić czytanie mojej recenzji, bo nie chcę komuś zepsuć oglądania. Naprawdę. Piszę o treści filmu, łącznie ze scenami końcowymi. Nie pozwólcie żebym zepsuła Wam oglądanie filmu, który może Wam się spodobać. :)

Moje zarzuty:
- mniej-więcej do połowy filmu było w porządku - pomyślałam sobie, że może klimat nie dokładnie taki sam, jak w pierwszym Alienie, ale jest nieźle. A potem... Ech.

- bohaterka robi sobie autooperację - jasne, czemu nie. Gdybym tylko NIE WIEDZIAŁA jak się czuje kobieta po przecięciu powłok brzusznych i jak długo dochodzi potem do siebie, to ok. Ale niestety wiem (wystarczy wspomnieć, że po takim rozcięciu mięśni człowiek mniej-więcej staje prosto dopiero na jakiś trzeci dzień po operacji...). Ale jej, naszej superbohaterki, to nie dotyczy! Ona biega z brzuchem zszytym zszywkami i ratuje nasz świat! (udając bez powodzenia E. Ripley, której i tak nie dorasta do pięt). A potem spuszcza w dół na lince faceta dwa razy od niej cięższego. Kurcze - najwidoczniej "mój" chirurg przegiął nie pozwalając mi podnosić własnych kotów jeszcze pół roku po krojeniu, ale co on tam wie! ;)

- wygląda na to, że nawet w przyszłości kobiety mają przerąbane - wypasiona kapsuła medyczna robiąca operacje rozpoznaje jedynie mężczyzn ;) (babeczki, zapamiętajcie na przyszłość - aby wyjąć sobie aliena z macicy należy ustawić machinie kryteria: mężczyzna -> ekstrakcja piłki futbolowej z podbrzusza) :D

- gdyby ta blond lalunia mojego faceta potraktowała miotaczem płomieni, to rozwaliłabym jej łeb przy najbliższej okazji (a w filmie było ich dużo), nawet jeśli "należało to zrobić, bo już się przemieniał" (chociaż tu akurat Baraniasty mi wytłumaczył, że nie mogła, bo scenariusz zakładał, że to spadający statek blondynę przygniecie ;) )

- bohaterka ucieka przed wszystkimi, którzą chcą ją zamknąć, zamrozić jako inkubator obcego, robi sobie cesarskie cięcie w poprzek, a potem grzecznie ubiera się w uniform i idzie z nimi (którzy nagle już niczego od niej nie chcą) zwiedzać, a na sam koniec leci statkiem na planetę obcych, którzy chcą zgładzić wszystkich ludzi, razem ze wspomnianym androidem, którego podejrzewa o zabicie własnego faceta... no trzymajcie mnie...

- kapitan - najpierw sprawia niejasne wrażenie, że ma wszystko (całą wyprawę) gdzieś i że interesuje go jedynie zmrożona piękność, po to żeby na końcu zginąć bohatersko, bo jakaś rozczochrana dziewoja mu powiedziała, że tak trzeba?

- pierwsza scena filmu - kompletnie tego nie ogarniam. Rozumiem, że to był jeden ze stwórców (inżynierów). Po co on wypił i zainfekował obcym swój organizm (skoro w założniu miała to być trucizna dla ludzi)? Czyj to był statek - ten w górze?

- no i mój hit - drabina czekająca grzecznie od tysięcy lat w jaskini, żeby robot mógł na nią wejść i otworzyć drzwi :D

- (i na końcu) one naprawdę stoją i czekają aż mi ten statek na głowy spadnie?!
 
Zalety:
- specjaliści od FX i grafiki komputerowej zrobili kawał dobrej roboty - jest na co patrzeć; scena we wnętrzu statku stwórców, kiedy planety sobie latają wkoło - och, tu już dziki zachwyt; no i te fajne czerwone czujniko-kamerki - genialne!

- aktorzy: M. Fassbender, Ch. Theron i znany mi z Borgiów - S. Harris - są naprawdę świetni. Główna bohaterka mnie niestety nie przekonuje i uważam, że została fatalnie dobrana do tej roli.

- ostatnia scena - już wiemy przynajmniej skąd to cholerstwo się wzięło. ;)

- ogólnie - nawiązania do Alienów - na duży plus.

Cały film też ogólnie oceniam na plus. To moja wina, że spodziewałam się niewiadomo czego. A to po prostu dobrze zrobione SF z (niestety) sporą ilością nielogiczności. Ja wiem, że obok tego science stoi jeszcze fiction, ale jakieś podstawowe zasady logiki chyba obowiązują  t a k i e g o  reżysera?

Pozytywne uczucia pewnie byłyby jeszcze większe, gdyby nie fakt, że po pół godzinie miałam ochotę uciec z kina. Ja wszystko rozumiem - wypasione nagłośnienie, efekty i dolby surround. Tyle, że po dłuższej chwili zaczęłam się zastanawiać ile jeszcze wytrzymają moje bębenki i czy już mi uszy krwawią, a resztę filmu oglądałam z zatkanymi uszami - świetna zabawa. :/ Czy teraz wszystkie filmy (ostatnio tak "świetnie" bawiłam się na Transformersach 3) są robione dla ludzi niepełnosprawnych słuchowo? Czy idąc do kina w założeniu mam kupić sobie zatyczki do uszu?
Do dzisiaj szumi mi w czaszce od tego hałasu, nie wspominając już o otumanieniu. :(
To jakby siedzieć przez dwie godziny w bliskim sąsiedztwie jakiegoś startującego wahadłowca na Cape Canaveral.

Podsumowując - uważam, że film trzeba zobaczyć, żeby mieć własne zdanie. :)
Można jednak poczekać na wersję płytową, bo szkoda funduszy na seans w kinie, a już na pewno nie w 3D.

13:26, ofczasta
Link Komentarze (4) »
piątek, 29 czerwca 2012
Read&watch

Ponieważ od nowego roku szkolnego wiele się zmieni, to nadchodzący czas muszę wykorzystać tak bardzo, jak tylko mogę.
Dzisiaj więc będzie o przeczytanych niedawno książkach i obejrzanych filmach.

Książki:
- T. Pratchett: Panowie i Damy. Jedna ze słabszych w cyklu, ale nie najgorsza. Głównie dlatego że tam, gdzie jest babcia Weatherwax, to zawsze "się dzieje". Nie można też nie wspomnieć o niani Ogg. I jej słynnej piosence o zwierzęciu kolczastym... Uwielbiam humor praczetowy. :)
NzT prowokuje mnie do czytania klasyki twierdząc, że na studiach (jeśli je zacznę - przyp. Owcy) takich rzeczy się nie czytuje (?). Nie pozostaje mi więc nic innego jak NACZYTAĆ się na zapas ;), a klasykę czytać wtedy, kiedy będzie to konieczne. :)
- Firmin (aut. Sam Savage) - książka, na którą strasznie się napaliłam przeczytawszy recenzję na jednym z blogów ksiązkowych. I co? I szału nie było, a nawet uważam, że straciłam czas - naprawdę nie musiałam tej książki czytać. Narratorem jest szczurek, który pożera ksiązki (najpierw dosłownie, potem już niekoniecznie). I nie, nie jest to książka dla dzieci. Niczego nie wniosła, niczego nie zmieniła w moim życiu (tak, wiem, nie każda książka to czyni), a moje podejście do tych gryzoni jakoś szczególnie się nie zmieniło (nawet jest pani Sumińska twierdzi, że to zwierzęta nadzwyczaj inteligentne). Można sobie odpuścić, albo przeczytać w czasach wielkiej nudy.
- ostatnia część cyklu o Eragonie (czyli Dziedzictwo t. 2, Ch. Paolini). I tutaj wypadałoby zamieścić elaborat na temat całego cyklu i moich przeżyć w trakcie czytania... Tymczasem napiszę jedynie: nareszcie koniec. I wrażenie potęguje sam młodociany autor, który przez karty swojego "dzieła" daje do zrozumienia, że chce wreszcie ten cykl skończyć. Podobno miał stworzyć trylogię - "wyszło" mu 5 tomów. Specjaliści od pijaru widać mieli decydujący głos. Cykl ma tyle uchybień logicznych, stylistycznych i składniowych że strach się bać. Może to wina tłumacza - może wina autora. Nie mnie osądzać. Polecać młodzieży będę - bo przed nimi jeszcze wiele innych (lepszych) lektur, a historia o Eragonie i jego niebieskiej Smoczycy jest zdecydowanie warta uwagi.
- Kobieta w lustrze Schmitta. Kolejne rozczarowanie. Czy E.E. stworzy jeszcze kiedyś coś, na miarę "Oskara...", "Przypadku Adolfa H." i innych? Bo ostatnie jego powieści wyglądają jak odcinanie kuponów od popularności. Przykre i irytujące, bo to kolejna książka, na którą dałam się nabrać (że bardzo chcę ją przeczytać).

Przeczesuję pamięć i nie mogę sobie przypomnieć chociaż jednej książki, która czytałam niedawno, a która wywarła na mnie na tyle pozytywne wrażenie, że żal było ją skończyć. Pratchetta czyta się świetnie, ale zawsze jest kolejny tom (przynajmniej na moim etapie czytania) i nie ma obaw, że szybko się skończy.
Ale książka wartościowa, taka, którą naprawdę żal było kończyć? Nie pamiętam.
Kilka dni temu odebrałam paczkę w Empiku (była promocja 25% ;) ) - są w niej dwie książki dla mnie i dwie dla Baraniastego. Jeśli żadna z tych dwóch, ani nowy King (który został na wakacje) nie wywoła we mnie pozytywnego wrażenia, to chyba wezmę sobie "Nędzników" i przeczytam jeszcze raz (!) żeby przeżyć prawdziwą ucztę  czytelniczą...


Filmy:
- do godnych uwagi zaliczyłabym Avengers - ze względu na świetne dialogi, zachęcenie mnie do obejrzenia "Iron Mana" oraz oczywiście na Thora, Lokiego i Hawkeye'a, rzecz jasna. ;) Scarlett J. (Black Widow) jedynie mi przeszkadzała - trudno ukryć, że w tym filmie najważniejsi są superbohaterowie. ;)
-  Faceci w czerni 3 to jakieś nieporozumienie. Nie wiem co mnie podkusiło żeby chcieć iść na to do kina. Na szczęście nie mieliśmy czasu i uniknęliśmy kolejnego rozczarowania. O ile zabawy z wehikułem czasu są często bardzo intrygujące, o tyle tutaj... nie było tak naprawdę na co patrzeć i czym się emocjonować. Może w 3d chociaż efekty "robiły robotę".
 - Fighter jedna wielka rewelacja - a rola Ch. Bale'a naprawdę powinna  przejść do historii kinematografii, chociaż w tym filmie niemal wszyscy są doskonali.
- Mission imposible: Ghost Protocol - możecie się śmiać, ale ja to (serię MI) naprawdę lubię. :) I jakkimkolwiek nawiedzonym wariatem (w życiu prywatnym) Tom C. by nie był - nie ma sobie równych biegając po Burdż Chalifie. No nie ma bata. Zabawa jest przednia. :)
- Służące - bardzo gorąco polecam. Film jest świetny, mądry, poruszający. Doskonały. Naprawdę trzeba go zobaczyć.
- a kiedy polegiwałam z Pierożkiem (bynajmniej nie z powodu niedyspozycji Fil...) wpadły mi w oko jeszcze: "Footloose" (znośne, ale poprzednia wersja bardziej mi się podobała) i "Jak ona to robi" (zdecydowanie wolę, żeby S. J. Parker została przy serialu SATC).
- ucztą filmową (kinową) miał być za to film Królewna Śnieżka i Łowca. I film naprawdę jest niezły - zupełnie niebajkowy, mroczny. Doskonałą rolę zagrała Ch. Theron (Królowa) - w większości scen jest tak piękna, że miałam ochotę zasłonić Baraniastemu oczy ;), Chris Hemsworth jest boski, ale tylko jako ozdoba ekranu, bo oglądający ma wrażenie, że temu panu zdecydowanie bardziej pasuje czerwona peleryna i zaczarowany młot. Natomiast o Krystynie S. można powiedzieć wiele, ale niestety niczego pochlebnego. Chciałam jej dać szansę, żeby nie kojarzyć dziewczyny tylko z cyklem o wampirach, ale nie ma takiej możliwości. Naprawdę przez dwie godziny nie widziałam, żeby zmieniła mimikę twarzy (ma wiecznie rozchylone usta!) i już po dłuższej chwili człowiek chce błagać, żeby podmienili aktorkę, bo tej nie da się zdzierżyć. ;) Całość jednak - raczej na plus, dzięki Królowej i Krasnoludom. :)

A na koniec najnowsza kartka postcrossingowa - bardzo mi się podoba. :)
Baraniasty stwierdził, że kiedyś tak będzie wyglądać nasze mieszkanie i my sami, jak Owca nie przestanie kupować książek "na reklamówki". A że nie przestanie.... ;)

Kartka o numerze 1436759, przyszła z Niemiec.

21:45, ofczasta
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Personel.

Chodzi oczywiście o Personel koci (i ptasi) i o to, jak spędza świąteczny czas.

O futrzastych i pierzastych będzie następnym razem, bo one głównie odpoczywają (no dobrze - odpoczywają tylko te z futrem, bo te z piórami mają mnóstwo pracy...). Dwunożni są natomiast ciągle czymś zajęci.

Mam takie dziwne wrażenie (obawę?), że zanim się zorientuję już będzie grudzień i koniec roku. Przesadzam? To jakim cudem już jest kwiecień?! 
Perspektywa dwóch wolnych dni świątecznych skurczyła mi się do jednego popołudnia przeznaczonego na blogowanie (a jeszcze powinnam dzisiaj przygotować kartki na PC).

Wczoraj odpoczywaliśmy po sprzątaniu sobotnim, okien jednak nie umyłam (czym znowu niewątpliwie gorszę niektórych sąsiadów), a Fordka też nadal wozi na sobie krajobraz zimowy...
Co ja poradzę na to, że nadal jest (dla mnie) zimno? Jak wyjściową temperaturą będzie 15 stopni (w cieniu) to bardzo chętnie. I okna i samochód.
Do tego czasu zgadzam się z Fil - akceptowalne są jedynie: mięciutki kocyk i nagrzany kominek. :)
Oprócz tego może być dobry film i dobra książka. :)

Jesli chodzi o książki, to wchłonęłam ostatnio "Dzienniki kołymskie" i byłam mocno zszokowana. Głównie własną ignoracją i niewiedzą. Wstyd mi, że nie miałam pojęcia o pewnych zagadnieniach, ale na szczęście człowiek uczy się przez całe życie.

Przeczytałam też "Pana Samochodzika i templariuszy" na lekcję z dziećmi i to też była dla mnie nowość. Nienackiego owszem, czytywałam w czasach młodości (jak to  brzmi...), ale wydaje mi się, że cyklu o Panu Samochodziku - nie. Nie miałam też pojęcia, że w sumie wydano ponad setkę książek związanych z przygodami pana Tomasza w dziwnym wehikule, jak również o tym, że autor (Nienacki) był postacią kontrowersyjną (i to nie tylko dlatego, że napisał też powieść erotyczną).

W międzyczasie trafiła w moje ręce fotobiografia Marii Skłodowskiej-Curie. Rozczarowałam się z dwóch powodów - większość fotografii była już mi znana (to tyle jeśli chodzi o zdjęcia, których "nigdy dotąd jeszcze nie publikowano" jak mnie zapewniano w opisie do tej pozycji), poza tym - mam wrażenie, że książkę wydano "z okazji" (ogłoszenia roku 2011 rokiem M.S-C) . Nie cierpię książek "z okazji", bo nie wnoszą one tak naprawdę żadnych rzetelnych treści, a są jedynie formą promocji, bo przecież "i tak ktoś to kupi". No i kupiła - Owca bibliotekarka za 55 zł. :/ 

Gorsze rozczarowanie spotkało mnie w przypadku przedostatniego tomu pewnego cyklu. Napiszę bardziej konkretnie, jak już skończę całość (jeśli w ogóle dam radę to dalej czytać), bo głupio by było później odszczekiwać, jeśli autor okaże się jednak twórcą wybitnym (ha ha, na pewno). 

Z filmów w miarę interesujących obejrzeliśmy ostatnio "Immortals" i "Thora". W drugim mocno irytowała mnie N. Portman, która niemal mdlała na widok gołej klaty nordyckiego boga, a w pierwszym podobały mi efekty i posoka ściekająca z ekranu (walka bogów z tytanami - miodzio). ;)
W międzyczasie do napędu wskoczyła też płytka z "Trzema muszkieterami" (świetny, odprężający, zabawny), w którym zachwycił mnie Orlando sprawiający wrażenie, jak gdyby bawił się swoją rolą i w którym aktor grający kardynała Richelieu zniechęcił mnie do siebie totalnie (duże znaczenie ma tutaj fakt, że wcześniej widziałam go w "Wodzie dla słoni").
Byli też "Giganci ze stali" (Wolverine sprawia wrażenie, jakby brał oddech od X-menów), "Przed świtem" cz. 1 (oczywiście, że wygryza, mimo że nie wygryza! ;)) ) i "Conan" (Małgoś, miałaś rację - chociaż jedna scena jest w tym filmie warta uwagi). 
Z filmów naprawdę godnych polecenia zachęcam do obejrzenia "Drive" (zamówione w Empiku OST do tego obrazu już do mnie idzie) i "O północy w Paryżu". Oba (skrajne różne) filmy naprawdę mi się podobały. Nie ma co opowiadać (a recenzji wszędzie pod dostatkiem) - sami musicie zobaczyć. :)

A na koniec, żeby wpis nie zawierał tylko samego tekstu, zwiastun od którego ciarki mi idą po krzyżu... ;)

źródło: YouTube (nadesłany przez CieonMovies 30 stycznia 2012)

niedziela, 04 grudnia 2011
K.

Marzy mi się takie zwykłe 5xK.
Kubek gorącej earl grey z cytryną, katarzynki (pierniki bez czekolady), ciepły kocyk i kot, czyli Pierożek na kolanach.
A póki co nadal, ciągle jestem w biegu.

Wykończyłam (jak to brzmi...) świąteczne prezenty i teraz po kolei będą się pojawiać na Dekupażu Owczym. Przy okazji zachęcam do odwiedzin, bo znalazłam czas żeby tam trochę odkurzyć, posprzątać i "pomalować". Tak więc nowości, nowości, nowości - na moim drugim, rękodzielniczym blogu.

klik

Na moim najpierwszym, najważniejszym Pasionku zmian szczególnych nie przewiduję, chociaż nadal rozważam przenosiny na WP. Zobaczymy jaka będzie ostateczna konkluzja. ;)

Pasionek nie jest co prawda blogiem książkowym ani filmowym dlatego też obszernych recenzji nie będzie, ale wspomnę dzisiaj o kilku pozycjach, które  przeczytałam i które - mimo nawału obowiązków - udało nam się obejrzeć.

Książek nie było dużo (bo i czasu było mało), ale wpadł mi w ręce drugi tom "Poczytaj mi mamo" (pierwszy jak na razie wydaje mi się lepszy) i miło było ponownie odbyć sentymentalną podróż do dzieciństwa.
To nie to samo co czytanie kwadratowych bajeczek o formacie 15 cm (strzelam, nie pamiętam dokładnie), ale
przecież liczy się treść. :)

Dzięki uprzejmości M. udało mi się też pochłonąć kolejny tom "Pamiętnika Kociłapki" (trzeci, tym razem). Jeśli lubicie komiksy - zachęcam, bo mnie się bardzo podobały perypetie właścicielki syjamki (a potem również innych trzech kociambrów), ale jeśli nie trawicie komiksu typu manga (ja tak mam...), to i tak nie powinniście czuć się zrażeni, bo wydaje mi się, że to nie jest typowa manga.
Czyta się szybko (za szybko!) i bardzo przyjemnie. :)


W międzyczasie była jeszcze "Tarantula", która zaskoczyła mnie do tego stopnia, że chcę zobaczyć film (Almodovara) i wtedy może będę w stanie powiedzieć chociaż co myślę. Bo teraz myślę jedynie: intrygujące.

Na poprawę humoru wchłonęłam pratchettowego "Kosiarza", który (standardowo) podobał mi się bardzo - może dlatego, że uważam iż postać Śmierci wyszła Mistrzowi Terry'emu naprawdę dobrze. Nie tylko w tym tomie.

Filmów natomiast było kilka, różnych, mniej lub bardziej wartych zapamiętania.

Podobał mi się "Wanted" (MIMO przeraźliwie chudej Andżeliny) i - skoro jesteśmy przy superbohaterach to - "X-men pierwsza klasa". Nie potrafię obiektywnie podejść do serii X-menów (lubię), ale wydaje, że to jedna z lepiej zrobionych części. Polecam wielbicielom tego gatunku, naprawdę mi się podobało. I nawet głębia psychologiczna tam jest ;) a podryw "profesora" Xaviera powinien przejść do klasyki cytatów filmowych. Podobnie jak scena w barze (z Wolverine'm). :)

Obejrzeliśmy też "Gnomea i Julię" (brawa, BRAWA za dubbing!) oraz Baranka Shaun'a (nadal oglądamy, bo to odcinki - jakie to jest fajne!).

Filmem, który mną mocno wstrząsnął i przeraził bardziej niż niejeden horror było "127 godzin", czyli film o uwięzionym grotołazie (speleologu?). Sporo  retrospekcji (facet siedzi uwięziony w kanionie, to co ma robić jak nie wspominać i przeprowadzać głęboką analizę swojego życia?), które uśpiły moją czujność.
Najważniejsza scena w całym tym filmie wgniotła mnie w fotel i zostawiła w tym miejscu jeszcze długo po napisach. Głównie dlatego, że to film
oparty na faktach - fikcję przyjęłabym bez mrugnięcia okiem. Czegoś, co naprawdę się zdarzyło już tak łatwo nie przetrawię... 

Jeśli chodzi o książki, to czeka już na mnie stosik (nie wiem kiedy ja to wszystko przeczytam...) a w nim między innymi listy M. Skłodowskiej-Curie do córek, Kompendium Wiedzy Smokologicznej ;) i inne cudeńka. A teraz czytam Wilta. ;)

W przypadku filmów ostrzę sobie kły na "Fightera" oraz "Conana" (mimo miażdżącej opinii M.) ;) a także na "Zmierzch vol. 4 part 1" (a czemu nie?).

Czy zauważyliście tę szaloną tendecję do dzielenia wszystkiego na połówki, dwuczęściówki, cokolwiek tylko możliwe?
Ja wiem, że chodzi o pieniądze (ponad wszystko!) ale żeby to miało jakiś, jakikolwiek sens? Co to za idiotyczna moda?
Ostatnia część Harrego Pottera - w
dwóch częściach, Zmierzch 4 - dwie części, Hobbit wejdzie na ekrany w dwóch częściach (!), a nowego, ostatniego już Eragona (książka!) również widziałam w dwóch częściach. Obłęd.

A przy okazji - gdy przygotowywałam dla dzieci spotkanie właśnie o "Hobbicie..." to trafiłam na plakaty z filmu, który ma za rok pojawić się na ekranach kin. 
I powiem tak - nigdy nie przypuszczałam, że Thorin tak może wyglądać. :) Sami zobaczcie :)

 
źródło 

Czy pamiętacie (bez pomocy googli) jak nazywał się ten piękny miecz Thorina? A kto poda wszystkie trzy nazwy? :)

sobota, 02 lipca 2011
Książki.

Trafiłam ostatnio na informację o tym, że GW wydaje czasopismo o wiele mówiącym tytule „Książki”. Postanowiłam mu się przyjrzeć. Cena (jak na możliwości przeciętnego miłośnika tradycyjnego słowa pisanego) „nieco” zaporowa. Myślę, że każdy się dwa razy zastanowi zanim kupi czasopismo za 1/3 wartości książki. Ale może się mylę.

Jeszcze się zastanawiam (również nad kupnem następnego numeru) i nie wyrobiłam sobie do końca zdania na temat tego periodyku. Przeczytałam kilka recenzji (bo to z nich się ono głównie składa), które zainteresowały mnie na tyle, że chętnie przeczytałabym książki, których dotyczą. Jeden artykuł mnie zbulwersował, ale to ani czas ani miejsce na polemikę z autorem (której chyba i tak bym nie podjęła). ;) No i do listy „must buy” dodałam kolejne pozycje…

Jeśli jesteśmy przy lekturach, to kilka interesujących pozycji już za mną.

Przeczytałam nowego Kinga i bardzo mi się podobało. Nie jest to co prawda „Pod kopułą”, ale przecież nie ma być. To zbiór czterech opowiadań, które udowadniają czytelnikowi teorię, że tak naprawdę mordercą może zostać każdy z nas…
To krótkie (dosadne) i mroczne podsumowanie tych czterech utworów, w których nie brakuje grozy i litrów posoki (jak to u Króla). Moim faworytem jest opowiadanie trzecie, które jest kolejną wariacją na temat: śmiertelnie chory człowiek spotyka Diabła (w książce jest nim George Bełdia – piękna gra słów) i co z tego wynika.
Myślę, że Król ma pewną obsesję na temat szczurów. Ciężko się czyta „Nocną zmianę” (ekranizacji nie byłam w stanie obejrzeć) niełatwo się również poznaje tych „bohaterów” w pierwszym opowiadaniu tomu. Nie ogarniam swoim wąskim umysłem tego, dlaczego szczury w utworach tego autora muszą „być wielkie jak koty”. Tak jakby same w sobie (i to, co wyczyniają) nie były wystarczająco przerażające…
Polecam wielbicielom gatunku, jak i Kinga, bo Mistrz nadal w bardzo dobrej formie.

Kiedy zobaczyłam tę książkę w Empiku nie wahałam się ani chwili. Przecież to Dewey! A książka o kocie bibliotecznym była dla mnie wspaniałą ucztą czytelniczą. Przez chwilę tylko zastanawiałam się czy to nie jest pozycja z cyklu „odgrzewane kotlety” jakich mnóstwo na rynku, ale zdusiłam tę myśl i rozpoczęłam lekturę…
Książka nie jest zła, z tym, że (oprócz okładki) nie ma w niej prawie nic o puchatym rudzielcu. To zbiór opowiadań osób, które poczuły się zainspirowane książką Vicki Myron, albo jej życiem i historią o Deweyu i postanowiły napisać do autorki o swoich przeżyciach. Pani Myron najwidoczniej doszła do wniosku, że (jak sama pisze) „magia Deweya” była w tych przypadkach na tyle silna, że postanowiła odwiedzić (ona, a nie ta magia)osoby, które do niej pisały i ich historie zamieścić w tomie, który określany jest jako kontynuacja tamtego bestsellera.
Czyta się przyjemnie (chociaż zupełnie nie widzę sensu w dłużyznach, które pojawiają się przy opisywaniu szczegółowych biografii poszczególnych bohaterów) i książka gwarantuje sporo wzruszeń, ale i dobrej zabawy. Mnie niestety jednak pozostał mały niesmak i pytanie w głowie – gdzie ten Dewey?

W przypadku tej pozycji nie będzie obszernej recenzji. To pozycja z serii „must read”. Napis na okładce („Dla fanów Mikołajka”) nie jest przesadą i myślę, że każdy, komu podobają się przygody francuskiego chłopczyka z przyjemnością przeczyta o tym jak „Pitu i Kudłata dają radę”.

Ubaw przedni, chichot zapewniony jak i uświadomienie sobie prawdy oczywistej: dzieci są nieprzewidywalne. :) 

A jeśli już mówimy o książkach, to będzie przy okazji o filmach, chociaż niewiele się w tej kwestii u nas zmienia (z seriali - nadal „Chirurdzy”). Ostatnio obejrzeliśmy „Turystę” i powiem tylko, że film zyskałby wiele gdyby Andżelina nie wyglądała tak przeraźliwie chudo. :D Mister Depp – jak zwykle klasa sama w sobie, a cały film, mimo że „sensacyjny”, to przede wszystkim świetny wizualnie. Piękne widoki (Wenecja) i wspaniałe stroje Andżeliny (ciemnoczekoladowa suknia na bal – łał!) gwarantują przyjemne wrażenia estetyczne. ;) I nawet tak bardzo nie przeszkadza fakt, że widz (np. ja) domyśli się zakończenia w połowie filmu. ;)

Chciałam jednak napisać o odkryciu, którego dokonałam zwiedzając blog Calleha.
Otóż odkryłam, że jest coś takiego, jak program „Zwierzowiec”! Nie miałam o tym zielonego pojęcia! Jak wszem i wobec wiadomo (1) panią Sumińską wielbię za mądrość i podejście do zwierząt, za książki, które napisała, za podejście do życia i całokształt osoby, a że jak wszem i wobec wiadomo (2) nie oglądamy w ogóle telewizji – nie miałam pojęcia o tym, że taki program istnieje.

I najpierw podążyłam za linkiem od Nierozłączek. A tam najlepsza wetka opowiada o ptaszkach (w cyklu odcinków „Zanim weźmiesz do domu…”) siedząc w ptaszarni stołecznego Zoo z ekspertem od pierzastych. O tym, jak się przygotować na przyjęcie ptaszka w domu, o tym jakich pierzastych nie można więzić w klatkach, a jakie nie mają nic przeciwko. Coś fantastycznego!

Od razu oczywiście obejrzałam filmy o piesach i kociambrach z tej samej serii. I jeszcze kilka innych. JAKA TO BYŁA UCZTA. A tych odcinków jest tylko ok. 90… :)
Każdy weterynarz powinien nie dość, że obowiązkowo przeczytać wszystkie książki Herriota, to jeszcze koniecznie obejrzeć wszystkie odcinki „Zwierzowca”. O! A zawarte w nich prawdy i miłość do zwierząt wyryć sobie w sercu (i głowie) już na zawsze. :)

21:52, ofczasta
Link Komentarze (5) »
czwartek, 19 maja 2011
Blachara, RPG-Owca i Piąta Jezdna Apokalipsy...

...a ponad to wszystko - nauczycielka na ścieżce awansu.
Ale niech będzie po kolei.

Tego, że jestem blacharą jakoś nigdy nie starałam się ukryć. :) Samochody lubię, lubię jeździć szybko (jako pasażerka NzM), lubię jeździć - chociaż sporo mi brakuje żeby nazywać się kierowcą. Jeżdżę od roku, prawo jazdy mam od ponad 8 lat. W tak zwanym międzyczasie jeździłam przez ponad rok bardzo intensywnie "maluchem" NzT, w każdych warunkach i dzięki temu najwięcej się na tym samochodzie nauczyłam (między innymi: jak jeździć i ruszyć na lodzie oraz jak zrobić żeby nie wkomponować się w przęsło mostu...).
Nic więc dziwnego, że wszystkie filmy z cyklu "Fast & Furious" zawsze mi się podobały. Tym bardziej nic dziwnego, że wczoraj jakimś cudem udało nam się iść do kina na piątą część serii.
Podobało mi się - przystojni panowie (jednego nawet wzięłam ze sobą do domu! i nie ważne, że też z nim przyszłam ;) ), ładne panie i... bardzo mało szybkich samochodów. Twórcy podeszli ambitnie do kolejnej części F&F i dodali tak zwaną OTOCZKĘ. Nie no, fajnie, ale przydałoby się więcej wyścigów, czyli tego, co w tego typu filmach najprzyjemniej się ogląda. Nie narzekam jednak - przyjemnie spędzony czas i kilka scen wartych zapamiętania (mnie najbardziej podobało się gdy najlepsi kierowcy F&F ścigali się radiowozami po ulicach Rio). Miodzio. :)

Trailer "Fast Five"

 Już jest. W pięknym opakowaniu, z jeszcze bardziej wypasiona zawartością. 20 zł tańszy, z kuponem za preorder, z mapką, instrukcją i ścieżką dźwiękową. Wiedźmin 2. :)
Do zagadnienia starałam się podejść rozsądnie - instalacja więc nie odbyła się na moim komputerze. Dlatego teraz zaglądam NzM przez ramię. I się zachwycam. I wysyłam go jutro po nową kartę graficzną. :)
A ja poczekam - zrobię co mam zrobić, napiszę co mam napisać, a potem pójdę z Geraltem tam, gdzie nas wypasiona grafika zaprowadzi.

Dzisiaj o 6:40 usłyszałam huk i łomot. Zamarłam ze szczoteczką w zębach. DOKŁADNIE wiedziałam co się stało, a ponieważ wiedziałam - bałam się wyjść z łazienki. Amber doszła do wniosku, że codziennie rozpoczynam dzień w zupełnie nieciekawy sposób - więc ona, genialna tricolorka, zorganizuje mi go  trochę bardziej interesująco.
Po wyjściu z łazienki (jednak się odważyłam) moim oczom ukazało się: pobojowisko z mokrej ziemi z dwóch kwiatków stojących na półce nad biurkiem, rozbite dwie duże doniczki w związku z tym oraz ogólny rozgardiasz z tym związany. Nie zapominajmy o rozbryzganym pawiu (made by Latte, z najwyższego hamaka drapaka).
Chciałam pokazać Amber czym są jeźdźcy apokalipsy, chciałam jej uświadomić, że mogę być piątą amazonką podążającą za tą czwórką, chciałam jej uświadomić ogrom strat, chciałam jej powiedzieć, że ma niewiarygodne szczęście, że mój monitor nie poległ w tym starciu, chciałam wiele rzeczy... ale żadna z nich nie miała sensu. Wzięłam więc odkurzacz, który po pół godzinie (spóźniłabym się do pracy kontynuując) przejął ode mnie obudzony Baran i tak sobie sprzątaliśmy. Obserwowani przez niepomiernie zdziwioną tricolorkę...

Zaczyna się. Uczestniczę (jako odpowiadający) w szybkich testach ustnych z prawa oświatowego, kseruję akty prawne, przekopuję antyczne Dzienniki Ustaw, przeglądam jakieś dokumenty, usiłuję ułożyć w głowie, coś, czego ogromu jeszcze nie ogarniam. Zaczyna się. I jestem przekonana, że jak jeszcze raz usłyszę (nie ma dla mnie nic bardziej demotywującego niż to) pytanie "A piszesz już sprawozdanie?" to eksploduję. Nie, nie piszę. Ale już niedługo zacznę.

czwartek, 14 kwietnia 2011
Filozoficznie?

O Housie napisano już wiele różnych książek. Mniej lub bardziej udanych. Nie czytałam żadnej z nich, chociaż recenzje prawie wszystkich. Nie czytałam, bo nie chcę żeby ktoś sugerował mi (lub wprost nakazywał) co mam  myśleć.

Wiem, że to serial stworzony po to, żeby przyciągnąć publikę, wiem, że to realizacja pomysłu, który powstał w czyjejś głowie. I doskonale wiem, że (UWAGA! SPOILER!) gdy House skakał z hotelowego balkonu żeby się zabić (!), to powinnam być w szoku i powinnam kurczowo trzymać się NzM jednocześnie mamrocząc: "Nie rób tego, nie rób tego, House, nie rób tego..." Wiem.

Załóżmy jednak, na jedną małą chwilę, że postać tego geniusza jest postacią realną. I w związku z tym, od jakiegoś czasu, z autopsji,  nasuwają mi się pytania.

Wszyscy narzekają, że House jest wredny, złośliwy, podły, szalony i jakiś tam jeszcze. Tak więc: czy którykolwiek z tych krytyków-malkontentów zastanowił się co go (House'a) ukształtowało? Co spowodowało, że jest taki? Jaki może być człowiek trawiony przez nieustający ból? Co jest w stanie zrobić i do czego jest zdolny, żeby chociaż na chwilę przestało boleć? Żeby na chwilę przestać myśleć o tym, że nie da się tego wytrzymać? Czy dziwne w tej sytuacji jest uzależnienie od czegoś, co tymczasowo odsuwa cierpienie?

Wystarczy sobie przypomnieć co House wyprawiał, kiedy na jakiś czas przestało go boleć.
No właśnie.

11:10, ofczasta
Link Komentarze (5) »
wtorek, 22 marca 2011
Wiosna?

Wiosna idzie.
Oficjalnie przyszła wczoraj, chociaż jeszcze jej nie ma, ale zapowiedź czuć już w powietrzu. W naszym kalendarzu ogrodniczym jest takie fajne przysłowie:

I wiosna by tak nie smakowała
gdyby wcześniej zimy nie było

I o to właśnie chodzi.

Na moich ulubionych blogach też zastoje, bo Autorki - podobnie jak mnie – dopadło jakieś przesilenie wiosenne. Przejdzie, ale zanim człowiek wskoczy na odpowiednie obroty, to trochę potrwa. No i niedługo jeszcze przesuwamy godzinę (i znowu będę jeszcze krócej spała…).

Dodałam do swoich ulubionych dwa blogi – kulinarny (znaleziony w ulubionych linkach Kasi), na którym znalazłam przepis na muffinki z chałwą i które (nieskromnie dodam) wyszły mi całkiem dobre i koci – do Darmozjadów, których dzieje śledzę już strasznie długo. :)

Nasze Kociarstwo jeszcze pozimowo rozleniwione, ale spacery naokienne już urządzają wyglądając jak puchate figurki ustawione w jednym rządku na parapecie. Amber zaczyna zmieniać zimową sukienkę na wiosenną, w związku z czym przewiduję, że już niedługo będziemy [jeszcze bardziej] tonąć w kocich kłakach. Razy pięć…

Zrobiliśmy sobie ostatnio z NzM dwa kinowo-oskarowe wieczory.

Na pierwszy ogień poszedł „Jak zostać królem”. Podobno reklama w TV była na tak agresywna, że  niektórym film obrzydł zanim jeszcze go zobaczyli. Oszczędzamy sobie z Baranem tej wątpliwej przyjemności jaką jest TV więc szliśmy (a ja szczególnie) z dużym entuzjazmem.

Film jest warty wszelkich pozytywnych opinii jakie o nim wygłoszono. To film o pokonywaniu własnych niedoskonałości w taki sposób, że widz przez 1,5 godziny kibicuje bohaterowi w jego staraniach i trzyma kciuki za powodzenie przedsięwzięcia. Gdybym nie widziała Colina Firtha w innych kreacjach stwierdziłabym, że po prostu zatrudniono do filmu aktora, który się jąka.*

Colin przeszedł samego siebie. Ale nie on jeden. Obsada jest taka, że szczęka mi trwale opadła na dłuższy czas. Nie wspomnę o Helenie, bo ona jest klasą samą w sobie, ale zarówno bohaterowie poboczni jak i drugoplanowi grają przekonywująco i rewelacyjnie.

Film jest spokojny (chociaż to nie do końca odpowiednie słowo na określenie wydarzeń w nim zachodzących), bez wybuchów, strzelania i wrzasków. Oddaje prawdę historyczną w taki sposób, że nawet jej nie-pasjonaci wychodzą z kina usatysfakcjonowani. Trzeba koniecznie obejrzeć.

*tu nasuwa mi się skojarzenie. NzT często mnie pyta „Owco, a gdzie grał ten aktor” i ja wtedy (dumna jak PięknOwca po wynalezieniu nowego balsamu do futra) sypię jak z rękawa tytułami filmów od razu, bądź też po dłużej chwili gdy wspomogę się Filmłebem. Ale! Pamiętam jak przekonywałam ją, że niepełnosprawny bohater filmu „Co gryzie Gilberta Grape’a” wcale nie jest upośledzony i że to ten sam aktor, który później fałszował czeki w „Catch Me If You Can”.  Do tej pory nie wiem czy mi uwierzyła. :)

Tydzień później przywiodła nas do kina historia baletnicy. A przynajmniej tak prozaicznie wyobrażałam sobie „Czarnego Łabędzia”. Film o baletnicy. I tyle. I bardzo się myliłam. To film jednej aktorki. Cała reszta obsady gra dobrze, bez uchybień, ale tak naprawdę stanowią jedynie tło dla niej. Natalie Portman dała z siebie wszystko i nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak wiele. Jest doskonała i chociażby tylko po to trzeba ten film zobaczyć.

Jest mroczny i przeraża nie tylko aurą psychozy i pogłębiającym się obłędem bohaterki. Mnie chyba najbardziej przeraziło… życie głównej bohaterki. Despotyczna matka, której córka usiłuje wynagrodzić to, czego jej samej nie było dane osiągnąć, balet, który jest wszystkim i dążenie do doskonałości, które w końcu prowadzi do destrukcji. Film nie pozostawia obojętnym.

A scena (uwaga, mały spoiler) w której Nina przemienia się wreszcie w Czarnego Łabędzia to mistrzostwo. I powiem jeszcze tylko tyle: jeśli Aronofsky ma zamiar zabrać się za ekranizację Wolverine’a to ja już czekam (i już się boję)…

22:34, ofczasta
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2














Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie:



free counters