Wpisy z tagiem: jedzonko

sobota, 04 stycznia 2014
7 patyczków.

Jeśli zapomnimy na noc schować rozpoczętą czekoladę lub otwartą paczkę czekoladowych cukierków (zawiniętych też osobno w jakieś sreberka albo papierki), to jest kot, który na pewno się tym zajmie. A rano zastaniemy rozgryzione osłonki, oblizane, nadgryzione, albo zjedzone słodycze. 

Wczoraj karmiliśmy (podwieczorek Dwunożnych obliguje podwieczorek Czterołapnych) kotki patyczkami z L. Pycha! (zdaniem Futrzastych)
Resztę należało odnieść do kuchni i schować.

Ale zapomnieliśmy.

Rano zastaliśmy to:

 

oraz Kawę z poczuciem winy wypisanym na brązowo-czarnej paszczy. 

Ja wiem, że to nasza wina (nie schowaliśmy), ale to nie jest mądry kot. Myślałam, że czasy, kiedy wygryzła i zeżarła pół metra kwadratowego narzuty już minęły.
Ale nie: 7 patyczków. Z opakowaniem.

niedziela, 04 sierpnia 2013
Tytuł się roztopił.

Jest upał. Hektolitry herbaty, wody, soków itp. przepływają przez nerki. Koty rozrzucone jak ścierki po domu, ptaszki z dziką pasją biorą kąpiele, Personel snuje się po domu.
Dzisiaj nie odkurzam (a koty się znowu kłaczą w obłędny sposób), nie sprzątam, nie gotuję, nie czytam, nie pracuję (w domu), nie myślę...
Przeczekuję.
Nienawidzę upałów tak samo mocno, jak mrozów. 

Tymczasem w ubiegłym tygodniu oglądaliśmy tego pana.

 

źródło plakatu

M. powiedziała mi, że jej wątroba zzieleniała, jak usłyszała, że idziemy do kina :) i teraz myślę sobie, że wcale jej się nie dziwię. 
Bo takiego Rosomaka to ja jeszcze nie widziałam. Napisałabym coś jeszcze, ale lepiej nie, bo jak Baraniasty przeczyta... :))

Ogólnie - z wyjątkiem kilku scen i niektórych rozwiązań fabularnych - rewelacja. Ale przecież Hugh Jackman urodził się do roli Wolverine'a - nie, śpiewającego Jeana Valjeana, ale właśnie Wolverine'a. I biegając (półnago - nie ukrywajmy - tak, żeby napakowane mięcho było dobrze widać) i mordując wszystkich dookoła tymi brzytwami wyłażącymi z dłoni - jest genialny. :)

A na koniec anegdotka.
Poprosiłam Baraniastego o zrobienie mi kawy. Zażyczyłam sobie, żeby mi zrobił obrazek na piance (kiedyś nawet taka prezentacja krążyła w mejlach - o obrazkach na kawach, które wyczarowują bariści). No i NzM mi zrobił...
Poniżej obrazek na kawie, zatytułowany: "Trzy puchate owce kopytkujące w stronę zachodzącego słońca". :)

 

 

czwartek, 11 lipca 2013
Talerz świadomości.

Mam słowotok kulinarny, więc lojalnie uprzedzam - proszę nie czytać, jeśli ktoś nie trawi  moich przemyśleń.

Można po prostu przewinąć niżej i ominąć ten bełkot ;) - tam będzie Pierożek jedzący chrupki. :)
 
Tak naprawdę, to miał być wpis o maśle orzechowym. Wręcz pieśń pochwalna o tym, jak to firma na literkę L* wyprodukowała pinatbater na tyle genialne, że ogołociłam półki w najbliższym sklepie (wzbudzając tym, jak zwykle, sensację). Jak zwykle - bo robię to (ogołacam) cyklicznie, kiedyż tylko objawi się tak zwany "tydzień hamerykański". Powód jest prosty - masło orzechowe (450 g) w L. kosztuje niecałe 10 zł, masło orzechowe (250 g) firm na S i na F kosztuje prawie 11 zł. Do the math.
 
*dzisiaj nie będzie reklamy, bo nikt mi za nią płaci. Jasne, że do tej pory też nie płacili, ale odkryłam, że by mogli. ;) Zwłaszcza jeśli zostawiam u nich jednego Jagiełłę za samo masło. Albo żeby chociaż dali je ze zniżką. ;) 
 
Naszła mnie refleksja, że wszystko upiornie podrożało. Nie, nie tylko pinatbater. Zawsze myślałam, że fakt niespożywania zwłok (znaczy - mięsa) będzie oznaczał dla nas mniejszy szczękopad przy kasie. Źle myślałam. Bo o ile nie samym serem żółtym człowiek żyje, to jakoś różnicy wielkiej nie ma. Przeraża mnie myśl o tym, ile płaci za wyżywienie (miesięczne, załóżmy) czteroosobowa, niewegetariańska rodzina.
 
A propos sera żółtego właśnie. Od ponad trzynastu miesięcy próbuję się jakoś ogarnąć w świecie roślinno-warzywno-nabiałowym i co? Jem żółty ser. No dobrze, czasem też twarogowy i topiony. Pleśniowe są ok, ale na patelni.

No dobrze, jest jeszcze pasztet sojowy. No i jajka. Ale poza tym - co ja mam jeść?! Jasne, że NIC - to najlepsza odpowiedź. Bardzo wskazana dla organizmu i w ogóle super (to nie jest ironia!), ale nie zawsze się da i nie zawsze człowiek ma siły, żeby nie jeść. :)
Nabyłam kilka książek wege, na bieżąco przeglądam blogi wegetariańskie, ale wszystko, co tam znajduję jest (genialne, przyznaję) potwornie czasochłonne! A mnie nie dość, że się nie chce, nie lubię (gotować), to jeszcze prawie zawsze nie mam na to czasu. Nie powala mnie też pomysł dwugodzinnego przygotowywania pasty do chleba...
Ano właśnie. Chleba. Wiem, że jest lato i je się mniej (za to pije się więcej), ale nie macie wrażenia, że większość pieczywa jest po prostu niesmaczna? Nie mówię o pieczywie z superhiperextra marketów, mówię o takim standardowym - z piekarni.
Mamy swoją ulubioną piekarnię (w której ostatnio odkryłam fantastyczny jogurt!), z dobrym pieczywem (o ile nie są to bułki, które na drugi dzień przypominają wyglądem i smakiem piankę uszczelniająco-montażową do okien), ale na kolana to ono nie powala. :/ Powala za to pieczywo z piekarni "na rogu" w Żywcu. Największy problem polega na tym, że ta piekarnia jest tylko tam. A to jednak kawałek, żeby jechać po świeże bułeczki, albo po chlebek z ziarnem. ;)
Tak, wiem. Można piec chleb samemu. Jasne, że można. Ale trzeba mieć czas, nie dostawać palpitacji na widok rachunku za prąd i umieć wytrzymać w kuchni, w której jest ze czterdzieści stopni (o ile dobrze pamiętam, to Baraniasty piekł chleb z temperaturze 250 st. C).
 
O, jeszcze lody. Powyżywam się. Lody są za słodkie.
Owco - czy Ty na wełnę upadłaś?! A co? Mają być gorzkie, albo kwaśne?
Nie, niech będą słodkie, ale nie ZA słodkie.
Wszystkie lody w pudełkach (nie ma wyjątku) da się zjeść dopiero po dodaniu około pół litra mleka. Więc można je jeść jedynie w domu (to nie yerba, nie dostaje się w kawiarni termosiku z odpowiednim płynem). W przeciwnym razie człowiek kończy z mdłościami od przesłodzenia. :/ Niezmiennym moim hitem są lody na M (też mi nie płacą...). Nowe odsłony (czarne i różowe) szału nie robią, (zdecydowanie wolę z migdałami), ale jeśli już, to zdecydowanie czarne (kawowe).
A, teraz mi się przypomniało - kiedyś były złote. Autentycznie złote. Bodajże karmelowe, całkiem niezłe, ale pozłacane usta zostawiały na dłuższy czas. Lody - 4 zł, błyszczyk - gratis. :)
 
Z obiadem jest trochę łatwiej. Zwłaszcza latem. Makaron, ryż, kartofelki - w każdej postaci i na tysiąc sposobów.
A mozzarelllla ("Aniello" mówił Bernard do Anieli*) z pomidorami, czarnymi oliwkami i mnóstwem ziół, to ostatnio podstawa naszego pożywienia. :) O, i jeszcze sałatka z brokułem (fetą, pomidorami i jogurtem).
Wszystko przez pomidory. Jakiekolwiek danie, byle zawierało pomidory. POMIDORY. Cała szafa pommmidorów! Oj tak, latem Owca wpada w pomidorowy szał...
*kto pamięta gdzie?:) 
 
A co Wy spożywacie latem? A jakie niemęsne hity drzemią w Waszych głowach (lub zeszytach z przepisami)?
Czy macie (Ci, którzy dotarliście do tego miejsca mojego strumienia myśli) jakieś sprawdzone przepisy na szybkie i niemięsne dania?
 
A co do picia? Wypijam codziennie jakieś dwa litry płynów (tak, wiem, że mało), głównie herbaty, ale też niczego szczególnie smacznego nie wymyśliłam.
Za to nabyłam ostatnio (to na pewno zdecydowanie pomoże! ;) ) w T. fajne foremki na lód (w zestawie były: misie, serduszka i sople - o kotach pewnie nikt nie pomyślał. I słusznie,  bo koty przecież nie lubią zimna, nie wspominając już o wodzie). Misie się mrożą, do czego je wrzucić? ;)
 
A tutaj obiecany Pierożek :)
 
Mniam, smaczne te chrupeczki dla Pierożka (czyt. dla kotów wybrednych).
 
 
 
Widzi, że brakło? Haaloo, zjadłam, pusta miska! Proszę napełnić!
 
 
 
Dobrze wychowałam tych Dwunożnych. Szybko dosypali. Mniam!
 
 
niedziela, 15 kwietnia 2012
Buraczki i pierożkowanie.

Wpisy u Basi i u Przemka i Sowy przypomniały mi o tym, co Lady Amber wymyśliła ostatnio.

 

Gdyby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości - już wyjaśniam.
Na stole stały rzeczy przygotowane do włożenia do zmywarki. Między innymi miska, do której Amberzyca podeszła i zaczęła zapamiętale "czyścić" jęzorkiem.

Miska była po buraczkach. Z dużą ilością chrzanu. :)

 

A na dokładkę Fil, czyli co robi Pierożek gdy jej sie nudzi:
idzie do Baraniastego, przerywa mu pracę, uwala się na kolankach, każe się głaskać - DŁUGO - i kłaczy wszystko dookoła.

 

Pod bródką proszę!

 

W tym miejscu dokładnie!

 

Dlaczego tak krótko?!

("uszko się wygło temu Pierożku") :) 

niedziela, 04 marca 2012
Pieróg leniwy?

Nasz rozpieszczony Pierożek przeszedł dzisiaj samą siebie.

Kiedy dwunożni jedzą na obiad kuraka w jakiejkolwiek formie - Fil dostaje swoją "porcję" niemal od razu, albo po chwili (kiedy jedzenie ostygnie). I nigdy nie jest inaczej.

Podobnie jest z rybą. W tej sytuacji również kiciuś je obiad z Personelem.

Piszę o tym, bo to oczywiste, ale niestety nie dla Pierożka, która doszła dzisiaj do wniosku, że porwanie mięska z talerza zostawionego bez nadzoru (dokładnie na czas przejścia z kuchni do pokoju) jest fantastycznym pomysłem! A jaka była z siebie dumna!

Najpierw poczyniłam jej wyrzuty z cyklu: "jak mogłaś, przecież zawsze dostajesz swoją porcję?!", potem zamknęłam drzwi od pokoju, w którym jedliśmy obiad (żeby po 5 minutach je otworzyć, bo obiad stawał mi gardle, gdy pomyślałam o tych biednych kotkach, które siedzą w przedpokoju i nie mogą wejść), żeby na koniec odłożyć na własnym talerzu porcję dla Pierożka (żeby nie miała smuteczków, za to, że czyniłam jej wyrzuty)... 

Aż się boję co napiszecie w komentarzach... ;) 

Ulubiona pozycja "do spania" w wersji Fil (po chwili całkowicie odwraca się na plecy i tak śpi - "kołami do góry")

Zdjęcie zrobione wczoraj w nocy - w ciemnym pokoju - doskonale obrazuje totalne lenistwo pierożkowe "napiecowe". :)

 

czwartek, 16 lutego 2012
Rabbit ;)

Dzisiaj na śniadanko był króliczek. Proszę się nie przerażać - był to króliczek puszkowy. ;)

Kociki uwielbiają gourmetowego królika w pasztecie, a Fil wręcz za nim przepada. Więc najadały się rano po wręgi. Po wyczyszczeniu wszystkich kuwet, widząc zadowolone i najedzone koty, przystąpiłam do przygotowywania własnego śniadania (w postaci kanapek).

Gdy owierałam opakowanie z wędliną, w kuchni stawił się PK (Prawie Komplet, czyli cztery Futrzaste) twierdząc [mało] przekonywująco, że ja tu się zamierzam objadać (co z tego, że dopiero w pracy), a one KOMPLETNIE NIC nie jadły... że o śniadaniu nie wspomną!
Obłędne są. :)

Poniżej - dwie z pięciu. 

Kawa z mlekiem

oraz Słodka Tri ;) 

 

środa, 04 stycznia 2012
Karmienie.

Z Trikolorką teraz już nie jest tak łatwo (jeśli chodzi o jedzenie), jak kiedyś.
Najlepsze są chrupki i tylko to (suche) by teraz jadła.
A że lepiej żeby samego suchego nie jadła, to zaczyna się namawianie...

Otworzyłam na śniadanie dzisiaj dwie saszetki: z Shebą i zwykłym jedzonkiem.
Amber tego nie będzie jadła.
Zjedz.
Nie.
Proszę.
Nie (i otrzepała nogę jak Latte*).
To może coś innego?
Nie.
To może trzecią saszetkę?
Dobrze, zjem, ale trochę zostawię.

* gdy Kawa otrzepuje nogę, to Personel powinien się wstydzić, że daje tak paskudne jedzenie na miskę, że aż Biedny i Głodny Kot musi łapy otrzepywać z obrzydzenia!

W ten prosty sposób Bii zaczyna coraz bardziej rosnąć wszerz, bo dojada resztki z czterech misek (amberzycowa pełna micha nr 1 zostaje jeszcze dla niej na później). 
Za niedługo będzie przypominać szylkretową poduchę. :/

A skoro o jedzeniu mowa, to poniżej fotki z karmienia mlekiem.
Bii, podobnie jak Filemon, uwielbia mleko tak bardzo, że potrafi siedzieć na środku kuchni (albo wywijać ósemki) i piszczeć, gdy Baraniasty na chwilę wyjmie kartonik z lodówki. 
Bo ona chce.
Więc dostaje trochę mleka w misce.
Amber mleka nie chce.
A potem okazuje się, że: 

mleko jest pyszne (widać po trójkolorowym dinozaurzym grzbiecie) i trzeba je wypijać od Bii

 

z jednej miski...

(mleko się kończy, grzbiet się już gładko układa).

A na koniec - chrupkowa komitywa kolacyjna. ;) 
(Latte już jest w biegu, bo już skończyła połykać - nie jeść, a połykać właśnie...)

 

poniedziałek, 25 lipca 2011
Jak rozpieszczać swoje koty - poradnik. ;)

Telefon.
- Słuchajcie, Wasze futra jedzą Shebę, tak?
- Tak, pochłaniają wręcz.

A potem się okazało, że cena jest bardzo okazyjna, więc poprosiliśmy A. i I. o kupienie zapasów.

No i kupili (sami chcieliśmy) i jeszcze przywieźli. :)

I teraz w spiżarce - oprócz słoików z potworami - króluje kocie jedzonko w ilościach hurtowych.

Zaraz po przyniesieniu i podzieleniu wyglądało tak:

A potem Pierożek zaczął ponaglać:
"Jeść!"

Wtórowała jej Amber:
"Jestem głooodna!"

Cóż było czynić... ;)

poniedziałek, 11 lipca 2011
Wiśnie.

Tak, robienie potworów mi się spodobało.
Nie wiedziałam jednak, że ta czynność zajmuje tyle czasu.

Wiśnie czekały od dobrych kilku dni. Do ich zerwania mobilizowaliśmy się dwa razy dłużej. To, co w ciągu tygodnia graniczy z niemożliwością zostało jednak wykonane przez łikend.

Nie licząc (wyczekanej) wycieczki rowerowej. Krótkiej, bo wiśnie czekały, a na tyle długiej, że przypiekło mi ramiona (cyt. "Owco wyglądasz jakby Ci ktoś doczepił ręce").

A potem wiśnie. Wiśnie, WIŚNIE. Pełno wiśni! Zbieranie i drylowanie. Kompoty, dżemy i soki.

W niedzielę - dla odmiany - znowu to samo...
Moje ramiona się pieką, wiśnie są zbierane (bo jakoś same nie chcą do wiaderka wpadać), a NzT mimochodem wspomina: "Owco, a nie chciałabyś lawendy?".

Okazało się, że chcę. Więc w przerwie między przetwarzaniem wiśni - zbieram lawendę (sama chciałam).
Jest środek dnia, żar leje się z nieba (lawenda ma
stanowisko słoneczne), ramiona się pieką (nie czuję tego i nie wkładam koszulki z rękawkiem, bo - ogólnie - jest mi gorąco, ale bolesna świadomość efektów tego działania przyjdzie do mnie wieczorem...), lawenda pachnie oszałamiająco, trzmiele szaleją w malwach, koty NzT rozrzucone jak puchate chodniki w cieniu czegokolwiek patrzą na mnie dziwnie, a ja zbieram... A potem obieram. Palce mi pachną, wszystko mi pachnie i jest lawendowo.

Patrzę na Fordkę (stoi w końcu na "parkingu") i uświadamiam sobie, że należy jej się kąpiel. Idę do domu po wiaderko i myję tylko szyby, bo na kąpiel nie ma czasu (czekają wiśnie). Musi mi wybaczyć.

W międzyczasie wołam NzM z aparatem i odpowiednim obiektywem, bo trzmiele wygladają niesamowicie - unurzane całe w pyłku.

Baran robi zdjęcia (za co należy mu się medal, bo jakoś - podobnie jak ja - nie pała szczególną sympatią do tego typu owadów).

 

Z lawendą i kolejnym wiadrem wiśni wracam do domu. Tym razem będzie nalewka (made by NzM), dżemy, soki i galaretka.

W międzyczasie robię ciasto (majonezowe)* z wiśniami, a jakże.

Wiśnie się smażą, a ja sprzątam Pasionek (w sobotę się nie udało, "bo wiśnie" rzecz jasna).

W okolicach północy, kiedy w głowie mi się kręci ze zmęczenia, znajduję w lodówce wiaderko agrestu. "Owco, nie mam pomysłu co z nim zrobić" mówi mój Ukochany Mąż. Ja pomysł mam.
Galaretka agrestowa perkocze, a ja prasuję stertę ubrań (bo się jakoś nazbierało).

I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, okazuje się, że od jakiegoś czasu już jest poniedziałek...

A efekty weekendowe? Ależ proszę :)

widok z góry

W sumie jakieś 23 słoiki z kompotem, dżemem, sokiem i galaretką z wiśni.

I jeden z agrestem.


*Ciasto majonezowe
Przepis otrzymała moja Protoplastka "od koleżanki z pracy". Nie wiem więc czy rzeczywiście jest oryginalnie wymyślony przez ową koleżankę. Możliwe, że jest znany i krąży w internecie od czasu jego powstania, a ja nic o tym nie wiem, bo nie szukałam. :)
Nie ma się co zrażać ani nazwą, ani zawartym w przepisie octem, bo ocet, rzecz jasna, wyparuje w czasie pieczenia.
Ciasto jest tak proste, że nawet średnio wykwalifikowana Owca (ja) potrafi je zrobić. :)

Składniki:
4 jajka
150 g cukru (ja daję zazwyczaj pół małej szklanki)
150 g mąki
2 łyżki oleju
1,5 łyżeczki octu
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Białka należy ubić z cukrem w garnuszku. W drugim do żółtek dodać olej (mieszać), dodać proszek do pieczenia (ciągle mieszać), na koniec ocet (mieszać, bo teraz się ciasto "napuchaci"). Powstałą masę wlać do białek (wymieszać - można już mikserem na małych obrotach), dodać mąkę. Wylać do natłuszczonej i obsypanej bułką tartą formy (moja jest taka, jak na zdjęciu w poprzednim wpisie). Wrzucić na górę owoce (truskawki, wiśnie, jagody, itp.) Piec w temp 180 stopni przez ok. 40 min.

środa, 06 lipca 2011
Morele i maliny.

Jako, że wena mnie odeszła i nie chce wrócić - dzisiaj znowu będzie kulinarnie.
Zdjęcia leżą na dysku już dosyć długo więc najwyższy czas coś z nimi zrobić.

NzM dostarczył mi ostatnio niecałe 6 kg moreli. Zrobiłam dżemy i kompoty.
A gdy widzę, jak ubrane słoiczki rozpychają się na półkach w spiżarce, to już myślę o tym, jak dobrze będzie smakować ich zawartość w zimie (co pewnie nastąpi bardzo szybko, sądząc po tych 10 stopniach w lipcu...).

Przed przetworzeniem:

Przygotowane na crumble

 

I już w słoikach:

W kuchni niezbędne okazały się (i nadzór pełniły): 

kot trójkolorowy 

 

i kot syjamski

 

W tak zwanym międzyczasie popełniłam też ciasto. Proste, szybkie, a nawet smaczne, chociaż zwane dosyć oryginalnie...

Ciasto majonezowe w owocami ;)

Najpierw wyglądało tak:

A potem tak: 

 

Pasionek nie predestynuje do bycia blogiem kulinarnym, ale jeśli kogoś zainteresuje przepis - chętnie podam.  

 
1 , 2 , 3












Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie: