Wpisy z tagiem: jedzonko

niedziela, 15 kwietnia 2012
Buraczki i pierożkowanie.

Wpisy u Basi i u Przemka i Sowy przypomniały mi o tym, co Lady Amber wymyśliła ostatnio.

 

Gdyby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości - już wyjaśniam.
Na stole stały rzeczy przygotowane do włożenia do zmywarki. Między innymi miska, do której Amberzyca podeszła i zaczęła zapamiętale "czyścić" jęzorkiem.

Miska była po buraczkach. Z dużą ilością chrzanu. :)

 

A na dokładkę Fil, czyli co robi Pierożek gdy jej sie nudzi:
idzie do Baraniastego, przerywa mu pracę, uwala się na kolankach, każe się głaskać - DŁUGO - i kłaczy wszystko dookoła.

 

Pod bródką proszę!

 

W tym miejscu dokładnie!

 

Dlaczego tak krótko?!

("uszko się wygło temu Pierożku") :) 

niedziela, 04 marca 2012
Pieróg leniwy?

Nasz rozpieszczony Pierożek przeszedł dzisiaj samą siebie.

Kiedy dwunożni jedzą na obiad kuraka w jakiejkolwiek formie - Fil dostaje swoją "porcję" niemal od razu, albo po chwili (kiedy jedzenie ostygnie). I nigdy nie jest inaczej.

Podobnie jest z rybą. W tej sytuacji również kiciuś je obiad z Personelem.

Piszę o tym, bo to oczywiste, ale niestety nie dla Pierożka, która doszła dzisiaj do wniosku, że porwanie mięska z talerza zostawionego bez nadzoru (dokładnie na czas przejścia z kuchni do pokoju) jest fantastycznym pomysłem! A jaka była z siebie dumna!

Najpierw poczyniłam jej wyrzuty z cyklu: "jak mogłaś, przecież zawsze dostajesz swoją porcję?!", potem zamknęłam drzwi od pokoju, w którym jedliśmy obiad (żeby po 5 minutach je otworzyć, bo obiad stawał mi gardle, gdy pomyślałam o tych biednych kotkach, które siedzą w przedpokoju i nie mogą wejść), żeby na koniec odłożyć na własnym talerzu porcję dla Pierożka (żeby nie miała smuteczków, za to, że czyniłam jej wyrzuty)... 

Aż się boję co napiszecie w komentarzach... ;) 

Ulubiona pozycja "do spania" w wersji Fil (po chwili całkowicie odwraca się na plecy i tak śpi - "kołami do góry")

Zdjęcie zrobione wczoraj w nocy - w ciemnym pokoju - doskonale obrazuje totalne lenistwo pierożkowe "napiecowe". :)

 

czwartek, 16 lutego 2012
Rabbit ;)

Dzisiaj na śniadanko był króliczek. Proszę się nie przerażać - był to króliczek puszkowy. ;)

Kociki uwielbiają gourmetowego królika w pasztecie, a Fil wręcz za nim przepada. Więc najadały się rano po wręgi. Po wyczyszczeniu wszystkich kuwet, widząc zadowolone i najedzone koty, przystąpiłam do przygotowywania własnego śniadania (w postaci kanapek).

Gdy owierałam opakowanie z wędliną, w kuchni stawił się PK (Prawie Komplet, czyli cztery Futrzaste) twierdząc [mało] przekonywująco, że ja tu się zamierzam objadać (co z tego, że dopiero w pracy), a one KOMPLETNIE NIC nie jadły... że o śniadaniu nie wspomną!
Obłędne są. :)

Poniżej - dwie z pięciu. 

Kawa z mlekiem

oraz Słodka Tri ;) 

 

środa, 04 stycznia 2012
Karmienie.

Z Trikolorką teraz już nie jest tak łatwo (jeśli chodzi o jedzenie), jak kiedyś.
Najlepsze są chrupki i tylko to (suche) by teraz jadła.
A że lepiej żeby samego suchego nie jadła, to zaczyna się namawianie...

Otworzyłam na śniadanie dzisiaj dwie saszetki: z Shebą i zwykłym jedzonkiem.
Amber tego nie będzie jadła.
Zjedz.
Nie.
Proszę.
Nie (i otrzepała nogę jak Latte*).
To może coś innego?
Nie.
To może trzecią saszetkę?
Dobrze, zjem, ale trochę zostawię.

* gdy Kawa otrzepuje nogę, to Personel powinien się wstydzić, że daje tak paskudne jedzenie na miskę, że aż Biedny i Głodny Kot musi łapy otrzepywać z obrzydzenia!

W ten prosty sposób Bii zaczyna coraz bardziej rosnąć wszerz, bo dojada resztki z czterech misek (amberzycowa pełna micha nr 1 zostaje jeszcze dla niej na później). 
Za niedługo będzie przypominać szylkretową poduchę. :/

A skoro o jedzeniu mowa, to poniżej fotki z karmienia mlekiem.
Bii, podobnie jak Filemon, uwielbia mleko tak bardzo, że potrafi siedzieć na środku kuchni (albo wywijać ósemki) i piszczeć, gdy Baraniasty na chwilę wyjmie kartonik z lodówki. 
Bo ona chce.
Więc dostaje trochę mleka w misce.
Amber mleka nie chce.
A potem okazuje się, że: 

mleko jest pyszne (widać po trójkolorowym dinozaurzym grzbiecie) i trzeba je wypijać od Bii

 

z jednej miski...

(mleko się kończy, grzbiet się już gładko układa).

A na koniec - chrupkowa komitywa kolacyjna. ;) 
(Latte już jest w biegu, bo już skończyła połykać - nie jeść, a połykać właśnie...)

 

poniedziałek, 25 lipca 2011
Jak rozpieszczać swoje koty - poradnik. ;)

Telefon.
- Słuchajcie, Wasze futra jedzą Shebę, tak?
- Tak, pochłaniają wręcz.

A potem się okazało, że cena jest bardzo okazyjna, więc poprosiliśmy A. i I. o kupienie zapasów.

No i kupili (sami chcieliśmy) i jeszcze przywieźli. :)

I teraz w spiżarce - oprócz słoików z potworami - króluje kocie jedzonko w ilościach hurtowych.

Zaraz po przyniesieniu i podzieleniu wyglądało tak:

A potem Pierożek zaczął ponaglać:
"Jeść!"

Wtórowała jej Amber:
"Jestem głooodna!"

Cóż było czynić... ;)

poniedziałek, 11 lipca 2011
Wiśnie.

Tak, robienie potworów mi się spodobało.
Nie wiedziałam jednak, że ta czynność zajmuje tyle czasu.

Wiśnie czekały od dobrych kilku dni. Do ich zerwania mobilizowaliśmy się dwa razy dłużej. To, co w ciągu tygodnia graniczy z niemożliwością zostało jednak wykonane przez łikend.

Nie licząc (wyczekanej) wycieczki rowerowej. Krótkiej, bo wiśnie czekały, a na tyle długiej, że przypiekło mi ramiona (cyt. "Owco wyglądasz jakby Ci ktoś doczepił ręce").

A potem wiśnie. Wiśnie, WIŚNIE. Pełno wiśni! Zbieranie i drylowanie. Kompoty, dżemy i soki.

W niedzielę - dla odmiany - znowu to samo...
Moje ramiona się pieką, wiśnie są zbierane (bo jakoś same nie chcą do wiaderka wpadać), a NzT mimochodem wspomina: "Owco, a nie chciałabyś lawendy?".

Okazało się, że chcę. Więc w przerwie między przetwarzaniem wiśni - zbieram lawendę (sama chciałam).
Jest środek dnia, żar leje się z nieba (lawenda ma
stanowisko słoneczne), ramiona się pieką (nie czuję tego i nie wkładam koszulki z rękawkiem, bo - ogólnie - jest mi gorąco, ale bolesna świadomość efektów tego działania przyjdzie do mnie wieczorem...), lawenda pachnie oszałamiająco, trzmiele szaleją w malwach, koty NzT rozrzucone jak puchate chodniki w cieniu czegokolwiek patrzą na mnie dziwnie, a ja zbieram... A potem obieram. Palce mi pachną, wszystko mi pachnie i jest lawendowo.

Patrzę na Fordkę (stoi w końcu na "parkingu") i uświadamiam sobie, że należy jej się kąpiel. Idę do domu po wiaderko i myję tylko szyby, bo na kąpiel nie ma czasu (czekają wiśnie). Musi mi wybaczyć.

W międzyczasie wołam NzM z aparatem i odpowiednim obiektywem, bo trzmiele wygladają niesamowicie - unurzane całe w pyłku.

Baran robi zdjęcia (za co należy mu się medal, bo jakoś - podobnie jak ja - nie pała szczególną sympatią do tego typu owadów).

 

Z lawendą i kolejnym wiadrem wiśni wracam do domu. Tym razem będzie nalewka (made by NzM), dżemy, soki i galaretka.

W międzyczasie robię ciasto (majonezowe)* z wiśniami, a jakże.

Wiśnie się smażą, a ja sprzątam Pasionek (w sobotę się nie udało, "bo wiśnie" rzecz jasna).

W okolicach północy, kiedy w głowie mi się kręci ze zmęczenia, znajduję w lodówce wiaderko agrestu. "Owco, nie mam pomysłu co z nim zrobić" mówi mój Ukochany Mąż. Ja pomysł mam.
Galaretka agrestowa perkocze, a ja prasuję stertę ubrań (bo się jakoś nazbierało).

I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, okazuje się, że od jakiegoś czasu już jest poniedziałek...

A efekty weekendowe? Ależ proszę :)

widok z góry

W sumie jakieś 23 słoiki z kompotem, dżemem, sokiem i galaretką z wiśni.

I jeden z agrestem.


*Ciasto majonezowe
Przepis otrzymała moja Protoplastka "od koleżanki z pracy". Nie wiem więc czy rzeczywiście jest oryginalnie wymyślony przez ową koleżankę. Możliwe, że jest znany i krąży w internecie od czasu jego powstania, a ja nic o tym nie wiem, bo nie szukałam. :)
Nie ma się co zrażać ani nazwą, ani zawartym w przepisie octem, bo ocet, rzecz jasna, wyparuje w czasie pieczenia.
Ciasto jest tak proste, że nawet średnio wykwalifikowana Owca (ja) potrafi je zrobić. :)

Składniki:
4 jajka
150 g cukru (ja daję zazwyczaj pół małej szklanki)
150 g mąki
2 łyżki oleju
1,5 łyżeczki octu
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Białka należy ubić z cukrem w garnuszku. W drugim do żółtek dodać olej (mieszać), dodać proszek do pieczenia (ciągle mieszać), na koniec ocet (mieszać, bo teraz się ciasto "napuchaci"). Powstałą masę wlać do białek (wymieszać - można już mikserem na małych obrotach), dodać mąkę. Wylać do natłuszczonej i obsypanej bułką tartą formy (moja jest taka, jak na zdjęciu w poprzednim wpisie). Wrzucić na górę owoce (truskawki, wiśnie, jagody, itp.) Piec w temp 180 stopni przez ok. 40 min.

środa, 06 lipca 2011
Morele i maliny.

Jako, że wena mnie odeszła i nie chce wrócić - dzisiaj znowu będzie kulinarnie.
Zdjęcia leżą na dysku już dosyć długo więc najwyższy czas coś z nimi zrobić.

NzM dostarczył mi ostatnio niecałe 6 kg moreli. Zrobiłam dżemy i kompoty.
A gdy widzę, jak ubrane słoiczki rozpychają się na półkach w spiżarce, to już myślę o tym, jak dobrze będzie smakować ich zawartość w zimie (co pewnie nastąpi bardzo szybko, sądząc po tych 10 stopniach w lipcu...).

Przed przetworzeniem:

Przygotowane na crumble

 

I już w słoikach:

W kuchni niezbędne okazały się (i nadzór pełniły): 

kot trójkolorowy 

 

i kot syjamski

 

W tak zwanym międzyczasie popełniłam też ciasto. Proste, szybkie, a nawet smaczne, chociaż zwane dosyć oryginalnie...

Ciasto majonezowe w owocami ;)

Najpierw wyglądało tak:

A potem tak: 

 

Pasionek nie predestynuje do bycia blogiem kulinarnym, ale jeśli kogoś zainteresuje przepis - chętnie podam.  

niedziela, 26 czerwca 2011
Spiżarnia.

Nawet wtedy, kiedy wydaje mi się, że mam trochę więcej czasu... najczęściej mi się właśnie WYDAJE.

Weekend bardzo intensywny, choć aura nie do końca sprzyjająca. 

O dzisiejszej wyprawie będzie jutro, a tymczasem dzisiaj wrzucam zaległe zdjęcia zapasów owczo-baranich.

NzM widząc moje zapędy w przygotowywaniu potworów na zimę odpowiedział na moje zapotrzebowanie i zrobił mi nowe półeczki, dzięki czemu nasza zwykła komórka urosła do rangi SPIŻARKI. :)

Półeczki będę sukcesywnie zapełniać, słoiki dzisiaj kupiliśmy (bo dotychczasowe zapasy mocno się skurczyły) - wystarczy tylko poczekać na ulubione owoce.
Wiem czego nie będę robić - nie będę robić dżemu ze śliwek. Z bardzo prostego powodu - żaden dżem ze śliwek nie smakuje tak, jak ten zrobiony przez NzT. Po co więc w ogóle zaczynać? :)

Wszystkie zdjęcia robił NzM - obiektywem (fish eye), który bardzo lubię. 

 

 

W sumie na półkach goszczą: soki (z truskawek, bazylii i mięty), dżemy (z truskawek i rabarbaru) oraz pomidory (w zalewie i oleju z bazylią). 

A na koniec kot, który materializuje się jak tylko usłyszy słowo "spiżarnia" (wszak kojarzy się ono z jedzeniem...).

 

sobota, 18 czerwca 2011
W kilogramach...

Nie wiem co mnie napadło, ale do zagadnienia podeszłam bardzo ambitnie.

Przeglądając kolejne blogi kulinarne postanowiłam zrobić własnoręczne potwory*. Najpierw pomysł zakiełkował: że to takie fajne i w ogóle, własnoręczne, można podarować komuś słoiczek i ten ktoś się zachwyci jakie to dobre i że lepsze (!) niż ze sklepu. I przede wszystkim – nie takie słodkie! I drugie przede wszystkim – sama, własnoręcznie i… pierwszy raz w życiu.

*tak się u nas w domu mówi na przetwory.

Potem pomysł zaczął się rozrastać, wizja Owcy krzątającej się po kuchni krystalizować, a słoiki wyparzać. Brakowało już tylko najważniejszego składnika. No dobrze, dwóch. Wolnego czasu i truskawek. :)

W piątek (wczoraj), bladym świtem (hi hi), NzM udał się na targ warzywny, a gdy przyszłam do domu, czekała już na mnie wanna truskawek i… („Baranku, kup też proszę rabarbar”) jakieś 6 kg rzewienia.

A potem już tylko obierałam, dusiłam, zalewałam, mieszałam, puchłam z dumy jak się wszystko udawało i załamywałam jak masa dżemowa żyjąc własnym życiem, po wyjęciu z piekarnika opuszczała słoiki…

Efekt wczorajszych działań jest widoczny dzisiaj w postaci:

- 7 słoików z komponcikiem (tak Owca, jagnięciem będąc, mówiła na kompot) z truskawek
- 8 słoików dżemu z truskawek (z dodatkiem rzewienia, o czym za chwilę)
- 3 słoików soku truskawkowego
- i jak na razie 3 słoików dżemu rabarbarowego

Ponieważ powyższe dzieło, jest dla mnie godne (co najmniej!) oskara przechodzimy do momentu, w którym dziękuje się współautorom sukcesu, a zatem:

- dziękuję mojemu Mężowi za przyniesienie 8 kilogramów truskawek, 6 kg rabarbaru (i 20 kg ziemniaków, ale one nie biorą udziału w tym przedsięwzięciu) i przypominaniu mi (kiedy w końcu zaczynałam narzekać, że kręgosłup odmawia mi posłuszeństwa), że „sama chciałam” i „zobacz jaki fajny dżem będziemy mieli” oraz że „kotki są głodne i się nudzą, bo się nimi nie zajmujemy” czyli w ogóle za pomoc oraz pacyfikowanie walecznej (i gorącej!) masy, która notorycznie uciekała ze słoików,

- autorkom blogów kulinarnych, które zmotywowały mnie do działania i pozwoliły uwierzyć, że jestem w stanie stworzyć coś, chociaż odrobinę podobnego, do ich dzieł (szczególnie Szarlotce – ona już wie za co ;) i Bei, od których dowiedziałam się, że DA SIĘ zrobić potwory bez żelfixa czy innego glutka, a ważnym słowem, którego muszę się nauczyć i zrozumieć jest PEKTYNA :) ).

Na dzisiaj, jak wrócę z pracy, planuję:

- zrobić coś z tą wielką michą pokrojonego rzewienia,
- galaretkę bazyliową i miętową.

Uprzednio poszedłszy „na rower” rzecz jasna. :)

 

Tytuł postu zobowiązuje, więc zamieszczam (w kilogramach) poniżej efekty wczorajszego ważenia koteniek:

Mała 4,30

Fil 4,36

Latte 4,43

Amber 4,76

Bii 4,22

Z powyższego wykazu wynika, że mimo iż Indyczek jest chuda jak przecinek, to waga 4,3 kg nie jest niepokojąca. W przypadku Pierożka również. Latte jak zwykle udając, że jej nie ma, sprawia wrażenie bycia o wiele mniejszą, niż jest w rzeczywistości. Wzięcie syjamki na ręce pozbawia jednak złudzeń („ubity”, ciężki kotek). Bii zamyka stawkę i nadal jest chuda (chociaż „torba na chrupki” dynda jej pod brzuszkiem), a Amber…, no tak – Amber to kawał kocicy. Kawał WIECZNIE GŁODNEJ kocicy. :) 

niedziela, 12 czerwca 2011
Niedziela.

I znowu zabrakło mi dnia.
Marzą mi się już wakacje, ale do września (najbliższy przewidywany termin urlopu) daleko, więc trzeba się wziąć w garść.
Byliśmy dzisiaj (we trójkę - czyli z NzT) w parku. Jeździliśmy dwie godzinki, co jak na Owcę, która miała dłuższą rowerową przerwę, jest całkiem dobrym osiągnięciem.

Moje biało-różowe cudeńko.

Przy okazji NzM "released the dragon" czyli latał Lamą, która usilnie opierała się wiatrowi, aż do momentu kiedy mimo usilnych starań Barana, wpadła na latarnię. I takie były efekty tego zderzenia... (ułamana łopata).

 

Potem oczywiście Lama latała dalej... (ucięłam kawałek koła, bo wcale nie łatwo zrobić zdjęcie w stylu: "atak wściekłej Lamy", hi hi - rower co prawda stoi, czego nie można powiedzieć o heli)

W parku było fantastycznie, pogoda piękna (wszyscy wrócili pięknie zaróżowieni oprócz mnie - jak zwykle przez całe lato będę udawać "córkę młynarza"), ludzi niestety też dużo, chociaż wyjechaliśmy rano (owcze rano - czyli ok. 9:30). Widzieliśmy faunę

i florę (te krzaczory za różowymi kwiatkami oszałamiająco pachną miodem. Czy ktoś może je rozpoznaje? Miło by było wiedzieć co tak pięknie pachnie. :)

W drodze powrotnej mocno się zdziwiłam, bo kolejka do chorzowskiego Zoo była trzy razy zawijana. Do tej pory mnie to zastanawia (mam wyrobione, raczej mało pozytywne zdanie o "naszym" Zoo).

Potem szalałam w kuchni, a Baran chichotał, że do tej pory jedliśmy ryż z warzywami, a od kiedy jego żona czyta blogi kulinarne, to spożywamy risotto ze szparagami. Przepis ponownie wzięłam od Dorotki i powiem, że całkiem dobrze to wszystko smakowało. Gdyby nie wybitnie irytujące obieranie szparagów - byłoby to danie idealne. ;)
Potem wizyta u babci, potem przygotowanie się na jutro, karmienie futer (które dzisiaj jadły chyba z piętnaście tysięcy razy) a na kolację gofry.
Boskie,
własnoręcznie robione przez NzM - gofry. Drożdżowe, puchate, z serkiem waniliowym i dżemem wiśniowym. Mniam.

Trudno określić jak bardzo optymistycznie taki dzień nastraja i jak dużą siłę daje, do zmierzenia się z nadchodzącym tygodniem (który wcale nie będzie łatwy). :)

 
1 , 2









Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Glosterowscy


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie:



free counters




























WYGRAŁAM U BASI