Wpisy z tagiem: wojaże

poniedziałek, 11 listopada 2013
Teraz ja.

Sezon się rozpoczął.
Tak więc byliśmy w zeszłym miesiącu z Baraniastym (i NzT) na wystawie kanarków w Łaziskach G.
Baraniasty oczywiście profesjonalnie ofocił całą wystawę, a ja zrobiłam tylko kilka zdjęć Galaktyką.
Nie zabierałam aparatu, bo lampę mamy jedną i podzielić się nią trudno. :) 
Poza tym - wyzwanie fotograficzne podjęłam rok temu (i tu powinien być link do mojej galerii z zeszłego roku, ale nie będzie, bo różnica między zdjęciami z ubiegłego roku, a tegorocznymi jest zbyt duża ;) ), teraz wystarczyło mi tylko kilka fotek norwików.

Czemu tylko norwików, skoro można było podziwiać mnóstwo pięknych glosterów?
Bo Gloster i Arabel się denerwują, kiedy robię zdjęcia obcym kanarkom. :D
Cynamon się nie denerwuje - on ma to gdzieś, bo i tak - jak twierdzi -  jest najprzystojniejszy. ;)

Zobaczcie, jakie puchate te norwiki.

 

A tu z perspektywy kopytkowej - norwik się dziwi. ;) 

 

Tyle ich było (tych onych kanarków). Zdjęcie z jednej tylko sali. ;) 

 

Poważny pomarańczowy norwik. 

 

Portret borderka. 

 

A na koniec: 

 

to jest karta oceny (kolekcji) kanarków kędzierzawych paryskich (po punktacji i wstążkach po prawej stronie można poznać, że wysoko utytułowanych). Jeśli nie widać wyraźnie, to piszę poniżej co podlega ocenie (u tych kanarków kształtnych):

- głowa, koloratka, bokobrody
- płaszcz, barki, bukiet
- żabot
- wachlarz
- pióra kogucie, nogawki

dalej już jest jak zwykle. :) 

 

Wczoraj byliśmy też na "wystawie" w Szopienicach. Nie napiszę o tym fakcie ani słowa więcej (bo nie warto). Jeśli ktoś jest zainteresowany, to wie gdzie znaleźć informacje.  

czwartek, 15 sierpnia 2013
2.

Środa, 7 sierpnia, Roku Węża.

6:50 rano, pobudka.
Już jest 25 stopni. W sumie nic dziwnego skoro ma to być dzień z kumulacją upału.
Trzy litry herbaty ziołowej (i tak braknie), zero kanapek i w drogę.

Około 10:00 jesteśmy na miejscu. Gdzie? A gdzieżby indziej? ;)
Tym razem pamiętałam i zarezerwowałam wcześniej (co najmniej na tydzień przed). Zakup biletów, szybka przebieżka po Rynku (bo kasa i wejście są po dwóch przeciwnych stronach Sukiennic) i wchodzimy do Podziemi Rynku. Nie jest gorąco i jest fajnie. Ponieważ historię swojego państwa mamy w małym palcu u stopy trolla (już widzę, jak NzT turla się ze śmiechu przeczytawszy to zdanie...), to historia Krakowa fascynuje nas tak bardzo, że zwiedzamy 45 minut, a nie dwa razy dłużej - jak przewidziano w przewodniku. ;)

Co robi na nas największe wrażenie? Rozmach, fundusze wydane na takie historyczne muzeum. Tradycja miesza się z nowoczesnością. Wszędzie kioski z dotykowymi ekranami i informacjami w kilku językach. Podziemia Krakowskiego Rynku dokładnie takie, jak je odkopali, a to wszystko w połączeniu z nowoczesnością i mediami (trójwymiarowe modele wirują co dwa kroki). 
Nie miałam pojęcia, że w miejscu Rynku było cmentarz. Idealny motyw na dobry horror Mastertona. Kinga niekoniecznie, bo coś mi się wydaje, że Maine kryje jeszcze wiele niespodzianek. ;)
Acha. I karty z Czekoladowych Żab Harrego Pottera istnieją naprawdę. Tylko, że u nas mają formę podświetlonych plakatów i taka królowa Jadzia, na przykład, uśmiecha się i mruga do zwiedzających, a Kaziu Wielki odgania się od muchy. Na razie nie wychodzą z ram (jak Dumbledore, na przykład), ale kto wie, co robią po zamknięciu muzeum...
Genialne.

11:30 opuszczamy rozkosznie chłodne katakumby.
Wita nas ściana żaru. Hydrant już włączony, ale nie korzystamy, bo najpierw idziemy coś zjeść. Z pełnymi brzuszkami zahaczamy jeszcze o "najlepsze lody w Krakowie" (subiektywna opinia), gdzie moja gałka lodów mango wygląda jak dwie tradycyjne. Potem już się tylko toczymy.

Południe.
Drugi przystanek naszej wycieczki to sklep z dżerbą* (gorąco polecam). Nie pamiętam dokładnie od czego się zaczęło. Na pewno kiedyś kupowaliśmy jakieś pojedyncze herbatki przy okazji, bez euforii i bez zastanawiania się jak je parzyć. Potem jeszcze Sarenzir wspomniała, że yerba jest świetna na migreny i do słowa do słowa usłyszałam od NzM: "Owco kup mi bombillę i naczynko". No dopsz. Kupiłam. 

źródło

Poprzednia wizyta w sklepie skończyła się tak, że plecak się nie domykał. ;)
A że od tego momentu minęło trochę czasu (a pudełka z dżerbą pokazały dno) i - o zgrozo - dałam się namówić na picie zaparzonego (i nie tylko) ostrokrzewu paragwajskiego o smaku przeleżalego siana i wyglądzie błota, to środowa wizyta w sklepie wyglądała podobnie.
Przy okazji - czy ktoś z pijących dżerbę ma jakiś sposób na ten wstrętny metaliczny smak bombilli? Zdaję sobie sprawę, że to jest wybitnie subiektywne odczucie i że ja "tak mam", ale psuje to smak herbaty, naprawdę. Bombilla bambusowa jest świetna, tyle że potwornie się zatyka. :(


*to mój wymysł. Yerba to jerba. Ot po prostu. ;)

13:30,
wracamy do Dużej Bordowej. Termometr pokazuje 54 stopnie C. Nie jest źle. W Parku Miniatur ostatnią zapisaną temperaturą było 70 st. C, a potem termometr już nie dał rady. ;)

Drugi przystanek naszej wycieczki, to Lemowy Ogród.
Trochę obawiamy się, że będzie dużo ludzi (w Podziemiach było sporo) w tym - tych mniejszych, skoro to Park Doświadczeń dla nich. Ale nie - niewiele jest wariatów takich, jak my. Może ze dwie rodziny z dziećmi i kilka par, gdzie pan ma frajdę i "doświadcza", a pani nie ogarnia. ;)

na tym zdjęciu dokładnie widać, jak wielkie tłumy zwiedzały razem z nami Ogród Doświadczeń ;)

Powiem tak: obie lekcje - i historii - w Podziemiach i fizyki - u Lema - były świetne. Co ciekawsze - ta ścisła podobała mi się o wiele bardziej. :) Jasne, że w większości przypadków nie wiedziałam co i dlaczego tak działa, ale po pierwsze - od tego są tabliczki i wszystkiego można się dowiedzieć,

a po drugie wystarczyło mi, że Baraniasty miał frajdę i na tabliczki nie musiał w ogóle spogladać. :)
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie wyczarowała. Przy pozowaniu do fotki uznałam za stosowne usiąść sobie na (nazwijmy ją tak w uproszczeniu) ławeczce. Blaszanej. Cały Ogród usłyszał jak inspirujące było to doświadczenie, a ja do dzisiaj mam sparzoną sempiternę (tak, przepaliło przez ubranie). Owca na gorącej blaszanej blasze. ;D

(no przecież nie będzie fotki spalonego zadka ;) ) 

Przy końcowych stanowiskach zaczęliśmy już mocno odczuwać prażące słońce. Ostatnie zdjęcia i wracamy do autka, które tym razem (wreszcie!) stoi w cieniu. Nic straconego. W drodze powrotnej nasza dzielna Duża Bordowa pokazuje:



Wracamy. Przyprażeni, zmęczeni, ale zadowoleni. :)  

wtorek, 25 czerwca 2013
Miasto Królów.

Jak wiadomo - miewam różne pomysły. Mniej lub bardziej szalone.
Przypuszczam, że do tej drugiej grupy można zaliczyć owczy pomysł na ubiegły piątek...
Wymyśliłam, że pojedziemy do Krakowa. No i pojechaliśmy.

Czy warte zaznaczenia jest to, że był to kolejny dzień Wielkiego Upału?
Na południu Polski i to w mieście, taka temperatura nie jest niczym fajnym. Myślę, że idealna by była na Malediwy. :)

Piszę o tym tylko dlatego, że po raz kolejny moje rodzinne miasto w porównaniu ze stolicą Małopolski wypada blado. Pod względem większości rzeczy: atmosfery (!), księgarni, antykwariatów, kawiarni i sklepików (na przykład: tam w mydlarni są kule do kąpieli w kształcie muffinek, a u nas - łał - mydło krojone z bloku), troski o turystów (moje miasto nie troszczy się nawet o mieszkańców) itd.
Ba! Nawet nie blado. Przezroczyście. :(

Wracaliśmy z Baraniastym od Smoka (siedzenie pod Wawelem przy bezwietrznej pogodzie, okazało się nie tak oszałamiające, jak myśleliśmy) przez Rynek w stronę ulicy Karmelickiej.
Mniej więcej przy Sukiennicach Owca uznała, że dalej nie pójdzie, jeśli się czymś nie nawodni.
A co zrobił Baraniasty? To, co zawsze - znalazł rozwiązanie owczych problemów. :) Zatargał Owcę pod hydrant. :) Dokładnie tak. Na krakowskim Rynku strażacy zamontowali hydranty - kurtyny wodne, które chłodzą przechodniów.
Frajda jest nieprawdopodobna! :D Wrzaski, piski i chichoty! :)
Całe odzienie wierzchnie Owcy, po dwóch przebieżkach przy hydrancie, można było wykręcać. Gdyby nie upał, rzecz jasna, bo koszulka była sucha po 15 minutach, a spódniczka po pół godzinie. :)

Taki hydrant to droga impreza: "Z jednego węża w ciągu minuty ubywa ok. 800 litrów wody. Strażacy będą montować je codziennie, gdy słupki termometrów zaczną przekraczać 30 stopni C." ale - jak widać - da się.

Za to w Katowicach na "rynku" jest wielki remont i przebudowa (never ending stoooory), odkryta Rawa, smród i podobno pewne gryzonie. A w upały chłód wieje jedynie z wzajemnych relacji mieszkańców. :(

Empik i Czekoladopijalnię tym razem ominęliśmy (kosztem innych, załatwiony z powodzeniem spraw), a i tak Duża Bordowa po naszym powrocie miała jakieś sześćset stopni w środku...
 
A skoro już o Krakowie i wojażach mowa, to poprzednim razem udało nam się obejrzeć "Human Body Exhibition". Zawsze chciałam, a od niedawna wiem nawet dlaczego. Polecam, jeśli ktoś chce się czegoś nauczyć i nie analizuje szczegółowo owego przedsięwzięcia pod wzlędem etycznym. Wystawa została przedłużona do końca sierpnia, tego roku.
Należy się uzbroić w znaczne finanse (cena za bilet dla osoby dorosłej "lekko" miażdży) i cierpliwość dla ochrony wystawy, która pilnie patrzy, żeby zwiedzający nie wnieśli ze sobą... niczego. O torebce większej niż 20x20 cm nie ma mowy (moja miała 23 cm!). Więc wszystko trzyma się w rękach (portfel, telefon (oczywiście wyłączony) i chusteczki na ten przykład), względnie w kieszeniach (jak Bolek i Lolek ;) ). Może o to właśnie chodziło - ktoś, kto ma pełne ręce swoich bambetli, nie będzie dotykał eksponatów. ;)
Cieszę się, że tam byliśmy i cieszę się, że zobaczyłam "się" od środka. :) I wbrew temu, co niektórzy sądzą, po obejrzeniu takiej wystawy człowiek nabiera szacunku do pewnych spraw, o których nie pomyślałby wcześniej. Polecam. O bardziej szczegółowe informacje można zapytać wujka gugla. 

A na koniec kilka fotek. Tylko kilka, bo nasze ulubione miejsca w Krakowie znamy na pamięć, a wyjęcie komórki w taki upał było ponad nasze siły, że nie wspomnę o noszeniu aparatu. ;))

Przesiadując pod Wawelem wydawało nam się, że bardziej gorąco nam być już nie może. Do momentu, kiedy zobaczyliśmy, że komuś jest jednak o wiele gorzej... 

 

Chodzi mi oczywiście o tego "zapiankowanego" nieszczęśliwca.

 

A tu pstryknęłam ku własnej radości. :) Kiedy dojeżdżaliśmy do świateł (ograniczenie i radar), to kilku "kierowców" usilnie chciało nas zepchać z drogi (bardzo mnie stresują takie sytuacje). A potem były światła. A potem Duża Bordowa ruszyła...
 

I jeszcze znak. Nawet nie z Krakowa (chyba z Częstochowy).
To była taka loteria - obstawialiśmy (stojąc w gigantycznym korku) czy tym razem udało nam się dobrze wybrać pas. Kiedy zobaczyliśmy znak - okazało się, że znowu nie. ;)

 

O tym, co się dzieje na drogach w naszym kraju mogłabym tak naprawdę książkę napisać.
I z siedzenia pasażera i (o wiele mniej doświadczeń) z siedzenia kierowcy...

niedziela, 30 grudnia 2012
Mokro-pierzaste. :)

W połowie grudnia udaliśmy się z Baraniastym do Krakowa. Naszym głównym celem był Jarmark Bożonarodzeniowy, chociaż planowaliśmy też inne krakowskie atrakcje. 
Co nam z tego wyszło - zobaczcie sami. :) 

Kraków zimową porą, w obiektywie Owcy.

A tutaj przedsmak wizualnej uczty (mam nadzieję):

Zostawiłam nasze komentarze w tle dlatego, że najfajnieszy w tym wszystkim był wrzask pierzastych (NzM zdecydowanie za wolno rzucał chlebek). Po dodaniu muzyczki, nie byłoby ich słychać. 
W ten sposób idealnie też słychać, jak wielką radochę mamy z tego, że kaczki robią ziuuu lądując i ślizgając się na wysuniętym "podwoziu". I jak Owca karci jedną z kaczuch za poszczypywanie sąsiadek, określając ją uroczo: "ty zołzo". ;)
Oczywiście, od narratorów dowiecie się też tego, że Owca po raz pierwszy kręciła filmik ("gdzie to się wyłącza"), a także tego, że jak obraz się trzęsie, to znaczy, że operatorka chichotała. ;)
Poza tym - jestem z siebie dumna, bo zdjęć zrobiła około pół tysiąca. Przy Wiśle było mroźno, więc zamarzły mi dłonie, ale co tam - warto było. :)
 

piątek, 02 listopada 2012
Fiu fiu! - ciąg dalszy nastąpił

Dawno, dawno (czyli jakieś dwa lata) temu pojechaliśmy na wystawę kanarków. Baraniasty twierdzi, że to mniej-więcej wtedy się wszystko zaczęło. :)

NzM zrobił wtedy mnóstwo zdjęć, które wrzuciłam na Pasionek - tutaj.

W ubiegłym tygodniu to ja postanowiłam podjąć wyzwanie. :)
Pojechaliśmy do Łazisk obejrzeć kanarki (pełna relacja do obejrzenia - tutaj). 
Postanowiłam, że tym razem ja też będę robić zdjęcia... No cóż, nie miałam pojęcia jak bardzo będzie to trudne. 
Ptaszki ruszające się klatkach, w pomieszczeniach o fatalnym oświetleniu, z wielkim lustrem na jednej ścianie - to było zbyt dużo, jak na początkujące umiejętności Owcy...
Ale nie poddałam się - porwałam dodatkową lampę od Barana i podjęłam wyzwanie. 
Efekty do zobaczenia w galerii:

Klik do ptaszków 

A przy okazji anegdotka.

Kanarki (do oceny) podzielone były na dwa sposoby. Jeden z nich był oczywisty - kolekcje (ocenia się kilka kanarków jednego hodowcy). 
W drugim przypadku na kartkach napisane było: pojedynki.
Nie potrafiłam ogarnąć dlaczego, choć domyślałam się nie chodzi o to, że staje jeden gloster z koronką naprzeciwko glostera bez koronki i przy sekundantach strzelają do siebie z rewolwerów, albo walczą z użyciem broni białej...
Więc zapytałam Baraniastego dlaczego jest tak napisane. Odpowiedź była brutalnie szczera:

- Owco, jest napisane pojedynki, bo pojedyncze, to jest trudne słowo. :)  

niedziela, 28 października 2012
Better late than never...

Dzisiaj moja ulubiona pora roku przybrała swoje zdecydowanie nielubiane (przeze mnie) oblicze. Zimowo-śnieżne. W nocy, kiedy odchodziłam w objęcia Morfeusza, a od dwóch godzin była już niedziela, to jeszcze było w miarę znośnie. Rano natomiast okazało się, że ktoś mi popsuł rzeczywistość, że wszędzie jest white shit i jest zimno, a Pierożek sępi po piecem, że łapeczki (łyse) i brzuszek (j.w.) marzną. Cała reszta Futrzastych (choć nie łysa), z wełnistą Owcą na czele - myśli podobnie (że zimno i że odnóżą marzną).

I pomyśleć, że jeszcze tydzień temu było tak pięknie!
W ostatnim dniu jesiennego lata wybraliśmy się z Baraniastym do parku.
Było tak kolorowo! I nie mam tutaj na myśli pomalowanych na szalone kolory alejek (dla rowerów - oczodajna czerwień, dla rolkarzy - bardziej stonowana zieleń). ;)
A w
senior gardenie Owca się tak rozochociła, że zdjęła z siebie trzy wierzchnie warstwy (polar, sweter i szalik) i w krótkim rękawku szalała z apratem. 
Dzisiaj, wyjmując z szafy czapki, szaliki, kozaki i zimowe kurtki, pomyślałam z rozrzewnieniem o minionej niedzieli.

Jeśli macie podobnie, to zapraszam w podróż do przeszłości, czyli do pięknej, kolorowej - minionej już niedzieli - w owczym obiektywie. :)

Klik do jesieni 

sobota, 22 września 2012
Szalony wrzesień.

Zaniedbuję Pasionek, wiem o tym, ale żeby tego nie robić musiałabym istnieć co najmniej w trzech osobach. Kto by ze mną wtedy wytrzymał? :)
No cóż, wtedy chociaż miałabym wszystko zrobione na czas i nie miałabym żadnych zaległości. ;)

Wrzesień jest początkiem roku szkolnego, ale również początkiem różnych przedsięwzięć w owczo-baranim życiu.
Zaczynam zajęcia z dzieciakami, a po głowie chodzą mi już kolejne pomysły. 

Przed zimą jeszcze musimy przekopać pół ogródka (na podjazd dla Fordki) i przygotować warzywa na zimę.

A oprócz tego jest jeszcze cała reszta mniej lub bardziej czasochłonnej pracy. 

Nasz balkon przybrał już szatę jesienną - wszędzie mamy wrzosy! Jak pogoda znowu zacznie nas rozpieszczać to je ofocę, bo (nieskromnie dodam) są piękne. :)

Tymczasem dzisiaj paczka zdjęć z wyjazdu sprzed tygodnia. 
Pojechaliśmy na grzyby (tak, teraz już wiem i słyszałam, że "na Śląsku nie ma grzybów w tym roku", a na targu dzisiaj sprzedawczyni powiedziała, że wozi wszystko - na straganie były: podgrzybki, prawdziwki, rydze - z Pomorza)... 

Coś jednak zebraliśmy, ususzyliśmy (NzT pewnie znowu wykorzysta te "ogromne ilości" w świątecznych pierogach), a Owca zrobiła mnóstwo zdjęć.

Zdjęcia też robił Baraniasty (są opisane), ale obróbka jest tylko i wyłącznie moim pomysłem (NzM ma zdecydowanie odmienne poglądy na tę kwestię). :)

Zapraszam więc do oglądania. :)

KLIK  

niedziela, 29 lipca 2012
Owcza radość i zdjęcia z wycieczki.

Myślę, że najwyższy czas podzielić się publicznie ;) moją radością z prezentu urodzinowego.
Jak już wcześniej pisałam, dopiero za pięć tygodni będę obchodzić dwa do potęgi piątej, ale dla Baraniastego nie ma to najmniejszego znaczenia. W sensie - po co czekać [z prezentem urodzinowym] Owco. :))

I tym sposobem od ponad miesiąca uczę się się robić zdjęcia moją własną, piękną canonową lustrzanką.
Długa droga przede mną, ale entuzjazm mi nie gaśnie. Przez jakiś czas moją podstawową lekturą była instrukcja obsługi tego cudnego aparatu, a jak co do czego przyszło, to praktyka wcale nie okazała się taka prosta, jak moje "to wiem, a to nawet pamiętam" przy samym czytaniu manual guide'a. ;)

Ostatnio znajomy mi powiedział rzecz ważną, którą (znowu) teoretycznie już wiedziałam wcześniej.
Że zdjęcia mam robić sercem, a nie nakręcać się jak sprężynka, żeby mi wyszło "jak najlepiej". :)
No cóż, to nie zawsze jest takie proste, ale się staram. :) 
Póki co zależy mi na tym, żeby fotki, które robię podobały się NzM i mnie. I żeby były na tyle ładne/dobre, żebym mogła je pokazać też komuś innemu. Nie zawsze więc (nawet jak już się nauczę) będą idealne pod względem technicznym.

Tymczasem - miałam ograniczyć ilość posiadanych hobby, a tu się szykuje rozbudowanie jednego z nich. :)

To tytułem wstępu.

A teraz kilka słów o wycieczce.
Na początku lipca (6.07.2012 r.) pojechaliśmy z Baraniastym do Parku Miniatur w Inwałdzie. Zwiedziliśmy tam też Warownię.
O samym Parku dużo informacji można znaleźć na ich stronie internetowej, a ja od siebie dodam jedynie, że gorąco polecam taką wycieczkę. Miniatury piękne, dużo zieleni i oczek wodnych (jak również ocienionych miejsc, gdzie można odpocząć).
Na miejscu byliśmy zaraz po otwarciu Parku i to był dobry pomysł, ponieważ upał w tym dniu osiągnął apogeum. Nie wiem czy było 60 stopni w słońcu czy jeszcze więcej. Słońce prażyło niemiłosiernie i gdyby nie nasze wcześniejsze rowerowanie, to z pewnością dostalibyśmy udaru. Ale na szczęście zahartowani słonecznie wcześniej, chodziliśmy przez jakieś 5 godzin po otwartym terenie pstrykając fotki i zachwycając się miniaturami. :)

 

Efekty mojego pstrykania możecie zobaczyć tutaj -> Galeria Pasionkowa.
W obróbce zdjęć pomógł mi program PicMonkey.  

niedziela, 10 czerwca 2012
Fauna i flora.

Parkowa oczywiście, bo udało nam się dzisiaj (przed deszczem) znowu pojechać do parku.

Pograliśmy w babinktona (tak, wiem że się mówi i pisze badminton, ale prędzej zacznę mówić kometka, niż odpuszczę posługiwanie się własnym neologizmem ;) ) i porzucaliśmy talerzem (skojarzenie z bronią w postaci zaostrzonych talerzy z Mrocznej Wieży Kinga aż się prosi...). 
A potem wsiedliśmy na rowery i wróciliśmy do domku. A potem lunęło. A przedtem zrobiliśmy jeszcze mnóstwo zdjęć.

Dzisiaj zrobiliśmy dziesięciotysięczne zdjęcie moim G9 - zastanawiam się czy mogę już zacząć lekko napomykać NzM, że niedługo mam urodziny (no dobra, za jakieś 3 miesiące) i może najwyższy czas na owczą lustrzankę? ;)

Kosaćce (irysy).



 

 

 

Nie mam pojęcia jakie kwiaty uwieczniliśmy na zdjęciach poniżej - są piękne, ale tym razem nie najważniejsze. Tym razem najważniejsze były objadające się... pszczoły. PSZCZOŁY! Hura! :) 

 



Biedroneczka.

 

A w sadzawce mieszkają już prawie żaby (ale jeszcze kijanki).



A jak sadzawka, to oczywiście wspaniałe nenufary. 

 

 

I zupełnie na koniec - złapana wcześniej (w czasie poprzedniej wycieczki) wiewióreczka (którą NzT ciągle podkarmia orzechami). :) 



Dzisiejsze zdjęcia są nasze wspólne, chociaż z całą pewnością mogę stwierdzić, że tam gdzie pszczoły, to zdjęcia Owcy, a wiewiórkę fotografował Baraniasty. :)

wtorek, 01 maja 2012
Chorzowskie tulipki.

Wielką Polską Majówkę (czy jak jej tam...) spędzamy - jak już pisałam wczoraj - bardzo aktywnie. Chodząc do pracy i nadrabiając zaległości domowe w sprzątaniu.
W sobotę udało nam się wreszcie umyć Dużą Bordową i nakleić jej wypasione naklejki.
W niedzielę po południu ruszyliśmy z maczetą w dżunglę naszego kwiecia. Wyszliśmy z tej wyprawy cało, kwiecie zyskało nowe miejsce, a w pokoju zrobiło się nagle jasno. :)

Tymczasem w niedzielny poranek się rowerowaliśmy. Tym razem rzeczywiście było to rano, bo o 9:00 byliśmy już w parku. Dzikich tłumów nie stwierdziliśmy, a jeździło się bardzo przyjemnie ( no może z wyjątkiem tej znienawidzonej górki do planetarium...). Chwilę odpoczynku spędziliśmy w "Senior Garden" (NzT mówi, że to miejsce w parku, z ławeczkami, szczególnie ulubili sobie seniorzy - tam czytają, opalają się, nicnierobią), a ja buszowałam wśród parkowych tulipanków. Nie jest to co prawda ogród w Keukenhof, ale tulipany też są bardzo ładne.

Z przekąsem stwierdzę tylko, że miotałam się z aparacikiem przez 15 minut między grządkami, po czym podszedł Baraniasty, wziął mojego G9 i bez zastanowienia cyknął najlepszą fotkę z tego wielopaku tulipanowego. Jak zwykle, rzekłabym. ;)

Podle zazdroszcząc (że ja tak nie potrafię) wrzuciłam ją jako ostatnią. :))

  

 

A tu szafirki. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I na różowo kwitnące drzewko. 

 

 

 

A o tym jak ciężko pracowały Puchate Panienki w ten "wolny" czas będzie następnym razem. :) 

 
1 , 2 , 3












Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie: