Wpisy z tagiem: wojaże

wtorek, 01 maja 2012
Chorzowskie tulipki.

Wielką Polską Majówkę (czy jak jej tam...) spędzamy - jak już pisałam wczoraj - bardzo aktywnie. Chodząc do pracy i nadrabiając zaległości domowe w sprzątaniu.
W sobotę udało nam się wreszcie umyć Dużą Bordową i nakleić jej wypasione naklejki.
W niedzielę po południu ruszyliśmy z maczetą w dżunglę naszego kwiecia. Wyszliśmy z tej wyprawy cało, kwiecie zyskało nowe miejsce, a w pokoju zrobiło się nagle jasno. :)

Tymczasem w niedzielny poranek się rowerowaliśmy. Tym razem rzeczywiście było to rano, bo o 9:00 byliśmy już w parku. Dzikich tłumów nie stwierdziliśmy, a jeździło się bardzo przyjemnie ( no może z wyjątkiem tej znienawidzonej górki do planetarium...). Chwilę odpoczynku spędziliśmy w "Senior Garden" (NzT mówi, że to miejsce w parku, z ławeczkami, szczególnie ulubili sobie seniorzy - tam czytają, opalają się, nicnierobią), a ja buszowałam wśród parkowych tulipanków. Nie jest to co prawda ogród w Keukenhof, ale tulipany też są bardzo ładne.

Z przekąsem stwierdzę tylko, że miotałam się z aparacikiem przez 15 minut między grządkami, po czym podszedł Baraniasty, wziął mojego G9 i bez zastanowienia cyknął najlepszą fotkę z tego wielopaku tulipanowego. Jak zwykle, rzekłabym. ;)

Podle zazdroszcząc (że ja tak nie potrafię) wrzuciłam ją jako ostatnią. :))

  

 

A tu szafirki. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I na różowo kwitnące drzewko. 

 

 

 

A o tym jak ciężko pracowały Puchate Panienki w ten "wolny" czas będzie następnym razem. :) 

niedziela, 18 marca 2012
Wiosna (?) w parku.

To był kolejny niełatwy tydzień, ale nagrodą za niego był dla mnie kawałek wczorajszego i cały dzisiejszy dzień. :)

Wczoraj po pracy (jesli komuś wydaje się, że w tak piękną pogodę nie pojawią się w sobotę czytelnicy w bibliotece, to mocno się myli) gościliśmy Sowę i Przemka (od Bazyla i Filemonka).

Cała piątka Futrzastych Panienek objawiła im swe jestestwo. Nawet Latte przed którą zamknęłam łazienkę, żeby goście nie musieli włazić pod wannę...
Przypuszczam, że w tej sytuacji nie uwierzyli nam, że to najbardziej strachliwy z syjamów. ;)

Pierożek zaszczyciła Gości chwilową (bardzo chwilową) obecnością, po czym udała się na zasłużony odpoczynek, Mała ledwo zerknęła, natomiast Kolorowa Młodzież zachowywała się jak najistotniejsze persony w domu.
Amber towarzyszyła nam przez cały czas, a Bii - o, Szylkretka przeszła samą siebie. Najpierw napiszczała na
Przemka, potem przymilała się jak szalona, a na sam koniec (kiedy Goście wychodzili) postanowiła poprzytulać trochę czółko do czółka (Przemek ubierał buty, więc dla Bii stojącej na szafce był to idealny pomysł!). Na szczęście Sowa też się Szylkretce spodobała i nastawiała (Bii, nie Sowa) głowę do głaskania. :)
To świetne spotkanie było wczoraj.

A dzisiaj? Dzisiaj wyjęliśmy rowery, Owca wrzuciła aparat do plecaka i z zamiarem poszukiwania szeroko reklamowanej wiosny udaliśmy się do parku.
A w parku dzikie tłumy (tak mi się na początku wydawało, ale w porównaniu z tym ilu ludzi szło/jechało w stronę parku, gdy my z niego wyjeżdżaliśmy, musiałam zmienić zdanie) i całe mnóstwo:
- śmieci
- brudu
- śmieci.
Wymieniłam śmieci dwukrotnie? To dodam jeszcze: śmieci, śmieci i jeszcze raz ŚMIECI! Ja wiem, że to "po zimie", ale aż przykro się na to wszystko patrzało. Dlaczego niektórzy ludzie nie potrafią po sobie sprzątać?
Pozostawało więc zamknięcie oczu i jechanie przed siebie ;) tyle że tak się nie dało, bo szukałam przecież wiosny.
A tymczasem znalazłam:

 

wylegującą się "rodzinę"

 

oraz dalekich "krewnych". 

Opalające się lamy



i kaczuszkę z pomarańczowymi nogami (była w gościach u owiec).

Jadąc do parku bierzemy zazwyczaj "coś do latania", więc Baraniasty uskuteczniał akrobacje - tym razem tym modelem

 

(sfociłam go celowo na tym kretowisku).

A ja biegałam z aparatem i dokumentowałam

 

kwitnącą leszczynę
oraz fakt, iż wspomniane w mądrym periodyku żaby raczej jeszcze nie mają warunków do zakładania rodziny.

 

 

To pierwsza znaleziona wiosenna stokrotka. Był też pierwszy motylek - cytrynek, ale jego nie udało mi się upolować aparatem. :) 

Ponieważ  większość stawów i stawików w parku wygląda jeszcze tak,

to mogliśmy podziwiać ptactwo chodzące po wodzie

 

 

 

lodołamacz ;)

 

przedarł się! :) 

 

Tak sobie jednak myślę, że Wiosna już się powoli wprowadza, ale jeszcze z Panią Zimą siedzą, ploteczkują i jakoś nie zamierzają na razie się rozstawać. ;)

O tym, jaki wiosenny dzień miały dzisiaj Jaśniepanny będzie następnym razem. :)

piątek, 06 stycznia 2012
Z innej beczki.

Dajmy trochę odpocząć kotom, bo i one same czynnie odpoczywają. :) Dzisiaj będzie więc wpis ofczasto-baraniasty.

Leniwy i senny dzień mamy dzisiaj. NzM napalił nam w kominku więc Futrzaste leżą wszędzie jak kolorowe dywaniki (mamy 24 stopnie!), a i Owca paraduje w krótkim rękawku. :)

Rano, bladym świtem (czyli na 10:30) udaliśmy się z Baraniastym do kina, gdzie zdziwiły nas dwie rzeczy: ceny biletów oraz dzikie tłumy!
Film jednak był świetny i przypomniało nam się, że tak naprawdę, to my przecież lubimy chodzić do kina. :) Gdyby jeszcze wprowadzić zakaz jedzenia i picia w sali kinowej i karać niektórych za zostawianie po sobie bałaganu... ;) 

Jakiś czas temu (11 grudnia dokładnie) byliśmy z Baraniastym w Krakowie (na wycieczce naszej "rocznicowej"). Chciałam wrzucić na Pasionek zdjęcia w czasie świąt, ale inne (trójkolorowe...) sprawy zaprzątały mi głowę. Więc kilka zdjęć będzie teraz.

 

 

Chcieliśmy zwiedzić podziemia rynku, ale na miejscu okazało się, że będąc przy kasie biletowej przed 11:00 i bez rezerwacji internetowej możemy wejść do podziemi dopiero o 15:30, więc przełożyliśmy sobie zwiedzanie na inną okazję. 

 

Do Czekoladopijalni nie udało nam się dostać (tłumy!) więc poszliśmy sobie na Wawel i do smoka.
A w krakowskim empiku znowu "popsuł mi się" prezent - tym razem urodzinowy - bo zrealizowałam kartę rabatową kupując sobie książkę i kilka dekupażowych drobiazgów. :)

 

 

Wycieczka była super. :) 

 

ShadowSheep & ShadowRam

niedziela, 18 września 2011
Palmiarnia w Gliwicach.

W pierwszym dniu września, kiedy dzieci i młodzież w odświętnych (?) strojach rozpoczynały/rozpoczynała kolejny rok szkolny, Owca z Baranem udali się do gliwickiej Palmiarni. 

Z wiadomych przyczyn musieliśmy w tym roku zrezygnować z wielu zaplanowanych wycieczek (nie wspominając o urlopie), ale cóż - pozostaje mieć nadzieję, że odbijemy sobie to w przyszłym roku. :)

Na szczęście gliwicka Palmiarnia nie jest daleko, a i zwiedzanie zielonych chaszczy było bardzo przyjemne. :)

W środku na kilku drzewach wisiała informacja: 

I jak zwykle - już na samym początku spotkaliśmy,

który zachwycony był wędliną wyrwaną z przygotowanych na drogę kanapek (chrupki zostały w samochodzie - bo Owca bezmyślnie stwierdziła, że roślin kocim jedzeniem nie będzie przecież karmić...)

a potem oglądaliśmy piękne roślinki

 

 

i na wszelki wypadek nie moczyliśmy stóp w sadzawce ;)

NzM spodobały się rosiczki (które u nas jakoś nie chcą rosnąć)

i piękne drzewo, które wyglądało jak mimoza (też nam sie jeszcze nie udało wyhodować).

 

Byliśmy w kaktusiarni



i u sukulentów,



mnie zachwyciła agawa.

Znaleźliśmy też kilka znanych nam roślin, które z powodzeniem hodujemy w domu. Wśród nich była oczywiście diffenbachia (która u nas rośnie jak szalona) i monstera (jak wyżej).



Zrobiło mi się przykro gdy zobaczyłam, że musieli ściąć tak wielką monsterę, 
ale potem dotarło do mnie, że ilość korzeni powietrznych wskazuje na to, że roślinka wcale nie czuje się źle, a jej mniejsza wersja już rośnie obok (z prawej strony). :)

Były też wielgaśnie palmy,



gigantyczne bananowce,


i cytrusy.



A w chaszczach schował się kot z trzeciego zdjęcia. :)

 

Przy wyjściu zaś rosły takie oto kwiatki.

 

Autorem wszystkich zdjęć jest NzM. :) 

poniedziałek, 08 sierpnia 2011
Sztuka spadania.

Pierwotnie w tytule miało być: sztuka latania, ale od razu skojarzyła mi się ta

 

upiorna (i doskonała) animacja Bagińskiego.

Poniżej garść fotek (mojego autorstwa - od razu widać, hi hi) ustrzelonych w tych krótkich chwilach, kiedy nad śląską ziemią gościło słońce.

Czy to ptak? 

Samolot?

Co też wyłania się z mroku (no dobrze - cienia?) :)

Zgadliście, prawda?

To Beta1400 

I jak widać - w stanie spoczynku o wiele łatwiej mi ją fotografować. ;)

  

niedziela, 31 lipca 2011
Lipcopad.

Tytuł dzisiejszego wpisu wymyśliła mi w komentarzach AMW. I dziękuję, bo dokładnie tak chciałam tę katastrofę pogodową określić.

Pada. Siąpi. Deszczy. Leje. Kropi.
Świra można dostać.

Szczególnie kiedy człowiek usiłuje się dostać małym niebieskim samochodem na drugi koniec sąsiedniego województwa i jedzie tam (i z powrotem) w sumie jakieś 8 godzin. 170 kmx2. Obłęd. Nad morze dojechaliśmy w niecałe 7.

Jedyną zaletą tego wszystkiego jest fakt, że NzT wypoczęła (mam nadzieję) i zobaczyła (pod mgłą) mały kawałek naszych pięknych gór. Zrobiła do tego stos ładnych zdjęć (widziałam!) i może pozwoli mi kilka na Pasionek wrzucić. :) 

Wadą zasadniczą było zaś to, że jak u nas przez ten tydzień lało, tak i tam góry były codziennie moczone i opakowywane we mgłę.

 

Poza tym - stan psychiczny Owcy bez zmian. 
Niedługo egzamin. Wydaje mi się, że nic nie wiem, niczego nie umiem, wszystkiego zapomniałam i nie mam pojęcia co powiedzieć.

 

No i Duża Czarna. Nie jestem w stanie na nią patrzeć nie rycząc: z ulgi, że dzięki niej mój Baran jest cały i żałości, że ulubione, genialne, wyczekane autko wygląda tak, jak wygląda przez czyjąś głupotę.

poniedziałek, 27 czerwca 2011
Relacja.

Działo się dzisiaj, oj działo... ale o tym będzie na końcu, bo najpierw będzie o wczorajszej wycieczce. 

W niedzielę odwiedziliśmy Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach. Było fantastycznie i zdecydowanie polecam to miejsce - nie tylko po to, żeby wybrać się tam z potomkiem (wszak my jesteśmy childless).

NzM zrobił mnóstwo zdjęć, a ja wybrałam kilka z nich, bo reszta i tak pewnie niedługo pojawi się w jego galerii. :)

To był nasz kolejny przystanek na Szlaku Zabytków Techniki.

 

Widzieliśmy mnóstwo wiekowych wozów strażackich

 

fotografowanych od wewnątrz 

 

i w szczegółach

ale nie tylko.

 

Na sam koniec zwiedzania Owca walnęła w dzwon (spiżowy?), który kiedyś służył do zawiadamiania o pożarze. "Walnęła" to odpowiednie słowo (nie spodziewałam się takiego efektu) bo od dźwięku i wibracji zadzwoniły mi nawet pięty. ;)

 

Było fantastycznie, chociać brakowało mi dwóch rzeczy: współczesnego wozu strażackiego (chociaż to pewnie kłóciłoby się z założeniem muzeum) - tak dla kontrastu - i tej takiej błyszczącej rury, po której można zjechać piętro niżej. :)

A poza tym - jak dorosnę, to zostanę strażakiem. :)) 

A z rzeczy zmieniających życie:

- byłam dzisiaj w urzędzie zanieść dokumenty. Teraz pozostaje mi tylko czekać do sierpnia na egzamin, a potem... No cóż, o tym co będzie później będziemy pisać jak już to "potem" nastąpi. ;) 

- Kasia od Lazarków sprezentowała dzisiaj mojej NzT kota. Właściwie "miejsce na kota", bo dokładnie nie wiadomo jeszcze czy to on czy ona, ani co z niego wyrośnie. Kłębuszek futra ma 4-5 tygodni i nie jest w jakiejś rewelacyjnej formie (jak to znajda), ale nie jest też bardzo źle. 

Poprzednim razem nasza sąsiadka sprezentowała nam sikorkę "wypadniętą" z gniazda (NzM udało się znaleźć miejsce, gdzie się nią zaopiekowali), a tym razem uratowała sprzed paszcz swoich psów (zdumiała mnie tym faktem niezmiernie, bo z tej strony chartów nie znałam) - mały kawałek futra. 
To na razie tyle. Jak już puchata kluska zacznie przypominać kota, napiszemy coś więcej.  

A to dopiero początek tygodnia. 

niedziela, 12 czerwca 2011
Niedziela.

I znowu zabrakło mi dnia.
Marzą mi się już wakacje, ale do września (najbliższy przewidywany termin urlopu) daleko, więc trzeba się wziąć w garść.
Byliśmy dzisiaj (we trójkę - czyli z NzT) w parku. Jeździliśmy dwie godzinki, co jak na Owcę, która miała dłuższą rowerową przerwę, jest całkiem dobrym osiągnięciem.

Moje biało-różowe cudeńko.

Przy okazji NzM "released the dragon" czyli latał Lamą, która usilnie opierała się wiatrowi, aż do momentu kiedy mimo usilnych starań Barana, wpadła na latarnię. I takie były efekty tego zderzenia... (ułamana łopata).

 

Potem oczywiście Lama latała dalej... (ucięłam kawałek koła, bo wcale nie łatwo zrobić zdjęcie w stylu: "atak wściekłej Lamy", hi hi - rower co prawda stoi, czego nie można powiedzieć o heli)

W parku było fantastycznie, pogoda piękna (wszyscy wrócili pięknie zaróżowieni oprócz mnie - jak zwykle przez całe lato będę udawać "córkę młynarza"), ludzi niestety też dużo, chociaż wyjechaliśmy rano (owcze rano - czyli ok. 9:30). Widzieliśmy faunę

i florę (te krzaczory za różowymi kwiatkami oszałamiająco pachną miodem. Czy ktoś może je rozpoznaje? Miło by było wiedzieć co tak pięknie pachnie. :)

W drodze powrotnej mocno się zdziwiłam, bo kolejka do chorzowskiego Zoo była trzy razy zawijana. Do tej pory mnie to zastanawia (mam wyrobione, raczej mało pozytywne zdanie o "naszym" Zoo).

Potem szalałam w kuchni, a Baran chichotał, że do tej pory jedliśmy ryż z warzywami, a od kiedy jego żona czyta blogi kulinarne, to spożywamy risotto ze szparagami. Przepis ponownie wzięłam od Dorotki i powiem, że całkiem dobrze to wszystko smakowało. Gdyby nie wybitnie irytujące obieranie szparagów - byłoby to danie idealne. ;)
Potem wizyta u babci, potem przygotowanie się na jutro, karmienie futer (które dzisiaj jadły chyba z piętnaście tysięcy razy) a na kolację gofry.
Boskie,
własnoręcznie robione przez NzM - gofry. Drożdżowe, puchate, z serkiem waniliowym i dżemem wiśniowym. Mniam.

Trudno określić jak bardzo optymistycznie taki dzień nastraja i jak dużą siłę daje, do zmierzenia się z nadchodzącym tygodniem (który wcale nie będzie łatwy). :)

poniedziałek, 06 czerwca 2011
Tylko tekst.

Dzisiaj (wraz z kolejnym deszczem) spłynęło na mnie olśnienie: prawie od tygodnia trwa czerwiec, a ja nie zajrzałam nawet na Pasionek.
Ten pierwszy tydzień czerwca był jednak na tyle intensywny, że czuję się usprawiedliwiona.

Pasionek.
Czyli my (tym razem zacznę od Dwunożnych). W ubiegłą sobotę udało nam się posadzić kwiatki na balkonie. Fotek na razie nie będzie (bo jeszcze nie ma całokształtu) podobnie jak pomidorów w tym roku, bo się zagapiliśmy. Będą więc zioła, petunie (ciotka Petunia...) i pięknie pachnące goździki. A za oknem kuchennym (tam gdzie był wrzos) kwitną, jak oszalałe, pelargonie.

Byliśmy wczoraj w Krakowie. Bez szczególnej przyczyny, chociaż w planie miałam odwiedziny na Targach Książki Dziecięcej i Młodzieżowej. Pogoda (upał) zniechęciła mnie jednak skutecznie i zamiast tego - posiedzieliśmy sobie znowu pod Wawelem nad Wisłą. W cieniu oczywiście. :)

Nie byłabym sobą, gdybym nie zaciągnęła Barana do krakowskiego Empiku (oczywiście z samozapewnieniem, że NIC nie kupuję). Skończyło się wiadomo jak. Pal licho zubożenie konta, pal licho postanowienie, że "na razie nie kupuję żadnych książek" - mam dla Barana nowego Pilipiuka (komiks tym razem) z autografem! Niestety nie zdobytym "własnoręcznie", a tylko dzięki uprzejmości pani kasjerki ("a czy nie chciałaby pani egzemplarza z autografem?"), ale mamy!

W Czekoladopijalni tym razem trochę zaszaleliśmy, dzięki czemu poznałam smak lemoniady grejpfrutowej z bazylią. Tego sie nie spodziewałam! Genialne! A potem już standardowo.

Dzisiaj spotkanie ślakich fajczarzy, po którym udowodniłam wszem i wobec, że certyfikatu Dobrej Żony nie dostałam na piękne owcze oczka. ;) Pozwoliłam Baranowi dokończyć fajkę w Fordce. Mimo, że nie był to Peterson (tytoń cudnie pachnący).  :)

NzM skończył grać w "Wiedźmina 2". Bardzo ciekawa byłam jego recenzji (uzależniam od niej swoje rozpoczęcie gry), no i wywiązał się taki dialog:

Owca: I jak oceniasz grę? Wiesz, tak ogólnie - w skali od 1 do 10, skoro większość recenzji daję ocenę 9,5.
Baran: Hm... tak z 6...
Owca: ?!?!?! Ale jak to? Przecież to jest takie super! I w ogóle! I jak możesz tak nisko oceniać?! Ale przecież!
Baran (spokojnie dokańczając): ... powyżej 10...
I za to (i nie tylko za to) go uwielbiam. :)

Fordka
27 maja minął rok od kiedy razem jeździmy. Przejechałyśmy ponad 3 tysiące kilometrów. A ja ciągle się uczę. Ciągle poznaję mój niebieski samochodzik. Każde kolejne "drapy" przeżywam jak osobiste rysy na honorze. Nauczę się w końcu. I będę śmigać jak "Błędny Rycerz" (autobus w cyklu o Harrym Potterze, który przejeżdżał... nawet tam gdzie pozornie nie było to możliwe). :)

Futra.
Przez wiekszą część dnia leżą "rozrzucone po całym domu, jak wyliniałe futra". Nie są oczywiście wyliniałe, są jednak futrzaste co pewnie im jakoś szczególnie nie pomaga - w taką pogodę. A NzM tylko śle mi mmsy naszych kiciusiów rozłożonych w różnych konstelacjach. Robi im też czasem sesje balkonowe (jeśli nie jest za gorąco na trzymanie aparatu, hi hi) czego efekty wrzucę niebawem.

Póki co - niedawna sesja fajkowa. Bardzo mi się podobają, szczególnie churchwardeny.

Praca.
Napisałam i oddałam. Teraz czekam. Czyli chwilowy spokój. Uzbrajam się w cierpliwość, bo wiem, że to dopiero początek. Nie zmienia to jednak faktu, że chciałabym mieć to wszystko za sobą.

Acha. I House się skończył. Mogę w sumie powiedzieć, że NARESZCIE, bo ta ostatnia seria, to była jakaś porażka. Niech sobie odpuszczą dalsze kręcenie i niech zostawią po sobie dobre wrażenie, a nie niesmak.

 

Chciałabym, żeby pewne rzeczy w życiu były prostsze...

sobota, 15 stycznia 2011
Day off.

Za każdym razem kiedy mam dzień wolny wydaje mi się, że ma on 48 godzin, a nie 24, z czego jakieś 6-8 trzeba przeznaczyć na sen. I za każdym razem planuję sobie, że zrobię całe mnóstwo rzeczy, po czym - już w nocy (po całym dniu działań), dopada mnie frustracja, że nie udało mi się zrobić wszystkiego.

Udało mi się wczoraj chociaż trochę odkopać spod zaleglości pracowych. Porażką jest branie urlopu, żeby zrobić rzeczy, których nie mam czasu zrobić w pracy, a zrobić je muszę. Gorszą porażką jest jednak ciągłe frustrowanie się,  że zaległości się gromadzą, a nie ma kiedy ich zrobić.

Drażni mnie to jednak. Wolałabym dokończyć czytanego Pratchetta, pobawić się z kotami, obejrzeć jakiś film, czy po prostu posiedzieć i "ponicnierobić". Jutro planuję porządek w zdjęciach. To jest akurat przyjemne i jest tego sporo,  bo rok się skończył, a ja go jeszcze "zdjęciowo" nie zarchiwizowałam. Bedzie więc foto-niedziela.

Dzisiaj odwiedziliśmy Kraków (w celach interesowo-prywatnych). Padało, więc tylko przebiegliśmy Traktem Królewskim do kebabowej jadłodajni, szybko do trafiki i jeszcze przystanek w Czekoladopijalni, po czym szybki (dzięki  bezkonkurencyjnej Zerrikance) powrót do domu zanim koty zdążyły się zirytować, że tak długo nas nie było. Ponieważ Miasto Królów odwiedzaliśmy dokładnie w samo południe - pomachał nam z wieży pan dzierżący trąbkę. A mnie zawsze, kiedy słyszę hejnał, przechodzą ciarki...

A takie (upiornie słodkie) lody Owca wchłonęła poprzednim razem w krakowskiej Czekoladopijalni. :)

Nazbierało się też trochę blogowych zalegości.
Nie wiem jakim cudem mi to umknęło, ale nie wspomniałam ani słowem o naszej wycieczce do zawierciańskiej Huty Szkła.
Zdjęcia są w galerii NzM - nie ma sensu ich powielać, a są naprawdę genialne. Ponieważ wybraliśmy dosyć oryginalny termin - na tydzień przed świętami (17 grudnia 2010 r.) - byliśmy tam jedynymi zwiedzającymi. Jednym słowem - wycieczka liczyła 2 osoby + pani przewodnik (konkretna i sympatycza osoba). Praca w hucie jest fascynująca. 
Oczywiście moim zdaniem, bo ktoś kto chodzi tam codziennie pewnie nie widzi w niej nic fascynującego. A już latem zwłaszcza (gorąco!). Panowie, którzy odcinali lejące się glutki szkła mnie zachwycili. A konretniej - zachwyciły mnie glutki wyglądające jak toffi, cięte nożyczkami, z których to glutków nagle powstaje wazon, szklany koszyczek, albo krucyfiks. Widzieliśmy całą halę pań grawerujących gotowe kryształy - w krzaczki, kwiatki i inne gwiazdki. Były też panie sprawdzające już efekt końcowy;  byliśmy też z wizytą w muzeum szkła. Zdecydowanie nam się podobało.

Fajczarze. Po ostatnim spotkaniu mnie natchnęło. Postanowiłam przestać tylko siedzieć (wywąchiwać dym tytoniowy i pić fanaberianą herbatę za herbatą) i wziąć się wreszcie za coś konkretnego. Będę więc robić kronikę Śląskiego Klubu Fajki. Cieszę się z tego faktu niepomiernie, ale zdecydowanie większa radość mnie rozpiera z faktu przyjęcia mnie "w poczet". Zostałam (niepalącą) członkinią Śląskiego Klubu Fajki. :) To już nie tylko dzielenie pasji z Baranem, to również fakt zaistnienia jako Owca. Przydatna do czegoś Owca. :)

 
1 , 2









Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Glosterowscy


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie:



free counters




























WYGRAŁAM U BASI