Wpisy z tagiem: fil

poniedziałek, 10 lutego 2014
Słodka jak wata cukrowa. :)

Niby nie jest zimno. Mogłoby być przecież gorzej, mógłby być mróz i śniegu zaspy.
Czasami jednak miewamy z Pierożkiem słabsze dni, standardowa ciepłota domowa nam nie wystarcza i wtedy prosimy Baraniastego aby rozpalił w kominku.

Wtedy Owca się z radości (i ciepła) napuchaca, a Pierożek? A Pierożek wygląda tak. :)

 

Jest to jedyna okazja, kiedy Pierożek leży NA, a nie - jak zwykle - POD kocykiem. 

To za Filemonem, to oczywiście Kawa syjamska. 

 

Jest coraz cieplej, więc różowy nosek robi się ciemnoróżowy. :)

 

Tutaj widać lepiej. I łapeczki "na krewetkę". 

 

I jeszcze uszki. Nie zapominajmy o uszkach. Też są ciemnoróżowe. Znaczy - Pani Baronowa osiągnęła właściwą temperaturę. :)

 

 

sobota, 07 grudnia 2013
Pierożek z Kawą.

Kiedy patrzę na to zdjęcie,

to myślę sobie, że dobrze, że Fil ma z kim się przyjaźnić. Jasne, że to nie to samo, co przyjaźń z Indyczkiem, ale dobrze, że wybrała sobie kogoś, kogo lubi bardziej, niż innych. A Syjamka Strachliwa ma teraz TAKĄ obrończynię. :)

Pierożek lubi też oczywiście Amber - pociesza ją (myje jej ten wielki, puchaty łeb) kiedy Trykocia ma smuteczki, śpią też razem na mojej kołdrze (czasem we trójkę, co daje mi kołdrę o wadze ok. 15 kg - spróbujcie sobie to w nocy naciągnąć na plecy). :)

 

Kiedy Kawa zje za szybko chrupki, albo nazbiera jej się kłaków, to wbogaca nam hacjendę o liczne hafty.
Nie można jej dać pasty odkłaczającej, bo jako JEDYNA jej nie je normalnie podanej. Wymyśliłam, że dam jej to (pastę) do chrupek, na co NzM wyraził sceptycyzm:
I co Owco? Będzie sobie z tej pasty dip do chrupek robić? 
:)

Czasami, kiedy nie chce nam się iść po aparat, a chcemy zrobić zdjęcia kociambrom, to telefony okazują się najlepszym (najszybszym!) pomysłem. :) Niedawno Baraniasty bawił się moją Galaktyką, która rozpoznaje twarz i włączył sobie tę opcję robiąc zdjęcie Pierożkowi. Chwilę później usłyszałyśmy z Pierożkiem:
Fil, pokaż twarz!
:)

Tak, czasami jest u nas całkiem wesoło. :)

wtorek, 29 października 2013
Fil i Bii.

Zdjęcia stare, z poprzedniej pory roku.
W czasach, kiedy Fil jeszcze tolerowała Bii.

Wspólna kąpiel słoneczna na chodniczku. 

 

 

 

 

 

Pasionkowanie było zawsze dobrą odskocznią - może tym razem też pomoże?  

sobota, 24 sierpnia 2013
Tak, ale nie.

Urlop - tak. Wakacje - nie.
Niechodzenie do pracy - tak. Odpoczynek - nie.

 

Wybory, jakich kiedyś dokonaliśmy i dokonujemy nadal, nadają kształt naszemu życiu. Naszemu, ale także żywotom naszych Futrzaków i Pierzaków.

Trudno się zdecydować na wyjazd, jeśli...

Nasze koteczki jedzą co dwie, względnie trzy godziny. W tak zwanym międzyczasie należy się z nimi bawić, głaskać i zapewniać, że są najmądrzejsze i najśliczniejsze na świecie.
I czyścić nocniczki. Tryliard razy dziennie, bo Amber nie siusia do brudnego, a jak siusia do czystego, to kupę też robi do czystego - w kuwecie obok. Należy nasypać dużo żwirku (ale nie do wszystkich kuwet, bo Amber nie lubi), bo Pierożek lubi nurkować i wysypywać, a Bii robić siusiu "na górce".
Acha - i należy obserwować czy nie tańcuje i nie kręci dupką w kuwecie (nadal Amber), bo wtedy (jak wężem strażackim) zasikuje wszystko dookoła.

Najsamwpierw należałoby zacząć od obsługi Pierożka, która przecież w ogóle nie lubi zostawać sama. I za którą biega się z miską, a jeśli nie wyrazi zgody na posiłek, to należy szukać czegoś, co kotek zje (do skutku). I podawać chrupeczki (tajne, schowane, tylko dla niej) tyle razy, ile sobie zażyczy.
I wpuszczać do pokoju Baraniastego (i pilnować, bo to w końcu kot, a tam są ptaszki) i wypuszczać, jak się znudzi.
I otwierać okno w sypialni, gdy jest słoneczko i pilnować, żeby za długo na nim nie leżała (widać po uszkach - bardzo różowe, to Pierożek zagotowany). Głaskać i uspokajać, kiedy zdenerwuje się na pospólstwo i zbije Zapazurzoną Łapą Sprawiedliwości.
I karmić trawką (doniczka za oknem w kuchni) - jak krówki (razem z Amber), kiedy tylko sobie zażyczą. Przede wszystkim obserwować czy nie wylizuje brzuszka i łapek - wtedy czymś kotka zająć, najlepiej głaskaniem. I dużo leżeć, bo Fil lubi leżeć na człowieku.
Oraz zapewniać kompleksowy (i ekskluzywny) standard usług.
To koteczki.

A jeszcze są ptaszeczki. Tym trzeba przygotować pokarm jajeczny (całość jednorazowo - załóżymy jakieś 1,5 godziny), dbać o świeżość owocków i warzywek, uzupełniać ziarno, usuwać łuski ze starego, wymieniać wodę (bo albo się w niej kąpią, albo wrzucają tam różne rzeczy) w pojnikach, przygotowywać kąpiele (z solą)...

Oczywiście obserwować czy dobrze się czują, a jeśli nie, to odmierzyć, przygotować i podać lekarstwo, prowadzić mediacje, kiedy się biją i na siebie skrzeczą, rozmawiać z Glosterem (bo lubi), zapewniać, że są śliczne, mimo że wyglądają jak straszydła (po pierzeniu). :)

No i nie zapominajmy, że jeśli jest lato, to jeszcze należy podlewać naszą dżunglę kwiecia. :D

Macie podobnie? Też się Wam wydaje, że nikt nie zajmie się lepiej Waszym zwierzyńcem, niż Wy sami? :)

 

Fil ostatnio przeszła samą siebie w wychowywaniu Dwunożnych. Wstaje tylko na posiłki "mokre" (też nie na wszystkie), chrupeczki natomiast życzy sobie podawać na posłanie, na którym aktualnie się wyleguje, z miseczką pod mordką.
Tak, żeby nie musiała wstawać...

 

O tym, że musiałam sobie kupić fotel, bo Pierożek trwale zaanektował dotychczasowy nie powinnam wspominać? ;)

 

A w ogóle, to chyba jasne, że nie jeździmy na wakacje dlatego, że Pierożek nie lubi długich podróży. ;) 

niedziela, 28 lipca 2013
Niuchaczka.

Nie ma znaczenia skąd wracam (chociaż preferuje powrót z rowerowania w parku).
Buty też nie mają znaczenia (chociaż - o zgrozo - upodobała sobie moje wypasione najki).
Ważne jest to, że SĄ.
I pachną (?).
Więc trzeba je WĄCHAĆ.

Owca wącha książki. A Pierożek inhaluje się tym, co miała na kopytkach. :)

Niebieskie balerinki! Nareszcie wróciłyście do domku! 

 

Którą wybrać do niuchania?

 

Może lewą?!
Fil, co robisz? (to po prawej, to kawałek Bii)

 

Niucham, oj jak niucham!
A ja też mogę?

 

Nie słucham Cię, bo niucham! Zdecydowanie lewy nakopytnik jest lepszy!

 

LEPSZY!

 

A potem następuje Pierożkowy szał.

 

I Owca musi zabrać obuw (Fil zawsze wtedy na mnie napluje - bo jak śmiałam!), ponieważ Pierożek zabiera się za wylizywanie podeszwy...

 

 

Czy Wasze kociambry też tak robią? 

 

21:46, ofczasta
Link Komentarze (5) »
czwartek, 11 lipca 2013
Talerz świadomości.

Mam słowotok kulinarny, więc lojalnie uprzedzam - proszę nie czytać, jeśli ktoś nie trawi  moich przemyśleń.

Można po prostu przewinąć niżej i ominąć ten bełkot ;) - tam będzie Pierożek jedzący chrupki. :)
 
Tak naprawdę, to miał być wpis o maśle orzechowym. Wręcz pieśń pochwalna o tym, jak to firma na literkę L* wyprodukowała pinatbater na tyle genialne, że ogołociłam półki w najbliższym sklepie (wzbudzając tym, jak zwykle, sensację). Jak zwykle - bo robię to (ogołacam) cyklicznie, kiedyż tylko objawi się tak zwany "tydzień hamerykański". Powód jest prosty - masło orzechowe (450 g) w L. kosztuje niecałe 10 zł, masło orzechowe (250 g) firm na S i na F kosztuje prawie 11 zł. Do the math.
 
*dzisiaj nie będzie reklamy, bo nikt mi za nią płaci. Jasne, że do tej pory też nie płacili, ale odkryłam, że by mogli. ;) Zwłaszcza jeśli zostawiam u nich jednego Jagiełłę za samo masło. Albo żeby chociaż dali je ze zniżką. ;) 
 
Naszła mnie refleksja, że wszystko upiornie podrożało. Nie, nie tylko pinatbater. Zawsze myślałam, że fakt niespożywania zwłok (znaczy - mięsa) będzie oznaczał dla nas mniejszy szczękopad przy kasie. Źle myślałam. Bo o ile nie samym serem żółtym człowiek żyje, to jakoś różnicy wielkiej nie ma. Przeraża mnie myśl o tym, ile płaci za wyżywienie (miesięczne, załóżmy) czteroosobowa, niewegetariańska rodzina.
 
A propos sera żółtego właśnie. Od ponad trzynastu miesięcy próbuję się jakoś ogarnąć w świecie roślinno-warzywno-nabiałowym i co? Jem żółty ser. No dobrze, czasem też twarogowy i topiony. Pleśniowe są ok, ale na patelni.

No dobrze, jest jeszcze pasztet sojowy. No i jajka. Ale poza tym - co ja mam jeść?! Jasne, że NIC - to najlepsza odpowiedź. Bardzo wskazana dla organizmu i w ogóle super (to nie jest ironia!), ale nie zawsze się da i nie zawsze człowiek ma siły, żeby nie jeść. :)
Nabyłam kilka książek wege, na bieżąco przeglądam blogi wegetariańskie, ale wszystko, co tam znajduję jest (genialne, przyznaję) potwornie czasochłonne! A mnie nie dość, że się nie chce, nie lubię (gotować), to jeszcze prawie zawsze nie mam na to czasu. Nie powala mnie też pomysł dwugodzinnego przygotowywania pasty do chleba...
Ano właśnie. Chleba. Wiem, że jest lato i je się mniej (za to pije się więcej), ale nie macie wrażenia, że większość pieczywa jest po prostu niesmaczna? Nie mówię o pieczywie z superhiperextra marketów, mówię o takim standardowym - z piekarni.
Mamy swoją ulubioną piekarnię (w której ostatnio odkryłam fantastyczny jogurt!), z dobrym pieczywem (o ile nie są to bułki, które na drugi dzień przypominają wyglądem i smakiem piankę uszczelniająco-montażową do okien), ale na kolana to ono nie powala. :/ Powala za to pieczywo z piekarni "na rogu" w Żywcu. Największy problem polega na tym, że ta piekarnia jest tylko tam. A to jednak kawałek, żeby jechać po świeże bułeczki, albo po chlebek z ziarnem. ;)
Tak, wiem. Można piec chleb samemu. Jasne, że można. Ale trzeba mieć czas, nie dostawać palpitacji na widok rachunku za prąd i umieć wytrzymać w kuchni, w której jest ze czterdzieści stopni (o ile dobrze pamiętam, to Baraniasty piekł chleb z temperaturze 250 st. C).
 
O, jeszcze lody. Powyżywam się. Lody są za słodkie.
Owco - czy Ty na wełnę upadłaś?! A co? Mają być gorzkie, albo kwaśne?
Nie, niech będą słodkie, ale nie ZA słodkie.
Wszystkie lody w pudełkach (nie ma wyjątku) da się zjeść dopiero po dodaniu około pół litra mleka. Więc można je jeść jedynie w domu (to nie yerba, nie dostaje się w kawiarni termosiku z odpowiednim płynem). W przeciwnym razie człowiek kończy z mdłościami od przesłodzenia. :/ Niezmiennym moim hitem są lody na M (też mi nie płacą...). Nowe odsłony (czarne i różowe) szału nie robią, (zdecydowanie wolę z migdałami), ale jeśli już, to zdecydowanie czarne (kawowe).
A, teraz mi się przypomniało - kiedyś były złote. Autentycznie złote. Bodajże karmelowe, całkiem niezłe, ale pozłacane usta zostawiały na dłuższy czas. Lody - 4 zł, błyszczyk - gratis. :)
 
Z obiadem jest trochę łatwiej. Zwłaszcza latem. Makaron, ryż, kartofelki - w każdej postaci i na tysiąc sposobów.
A mozzarelllla ("Aniello" mówił Bernard do Anieli*) z pomidorami, czarnymi oliwkami i mnóstwem ziół, to ostatnio podstawa naszego pożywienia. :) O, i jeszcze sałatka z brokułem (fetą, pomidorami i jogurtem).
Wszystko przez pomidory. Jakiekolwiek danie, byle zawierało pomidory. POMIDORY. Cała szafa pommmidorów! Oj tak, latem Owca wpada w pomidorowy szał...
*kto pamięta gdzie?:) 
 
A co Wy spożywacie latem? A jakie niemęsne hity drzemią w Waszych głowach (lub zeszytach z przepisami)?
Czy macie (Ci, którzy dotarliście do tego miejsca mojego strumienia myśli) jakieś sprawdzone przepisy na szybkie i niemięsne dania?
 
A co do picia? Wypijam codziennie jakieś dwa litry płynów (tak, wiem, że mało), głównie herbaty, ale też niczego szczególnie smacznego nie wymyśliłam.
Za to nabyłam ostatnio (to na pewno zdecydowanie pomoże! ;) ) w T. fajne foremki na lód (w zestawie były: misie, serduszka i sople - o kotach pewnie nikt nie pomyślał. I słusznie,  bo koty przecież nie lubią zimna, nie wspominając już o wodzie). Misie się mrożą, do czego je wrzucić? ;)
 
A tutaj obiecany Pierożek :)
 
Mniam, smaczne te chrupeczki dla Pierożka (czyt. dla kotów wybrednych).
 
 
 
Widzi, że brakło? Haaloo, zjadłam, pusta miska! Proszę napełnić!
 
 
 
Dobrze wychowałam tych Dwunożnych. Szybko dosypali. Mniam!
 
 
niedziela, 09 czerwca 2013
O_o

Oczy jak spodki. :)

Autorem dzisiejszego wpisu, jest tak naprawdę Baraniasty (a bohaterami Fil i któryś z ptasich maluchów), który kilka dni temu napisał mi w mejlu:

(wprowadziłam drobne poprawki, bo często piszemy do siebie skrótami myślowymi, nie do końca zrozumiałymi dla reszty świata  ;) )

Czyściłem klatkę ptasim dzieciom, pokój zamknięty, Pierożek śpi na komputerze. 
Jeden oczywiście zwiał.
Zwiał, poleciał na półkę (czyli wprost do kociej paszczy, jak to młody) i siedzi jak kupa. 
Pierożek coś usłyszał. Otworzył jedno oko, potem drugie. Obejrzał się.
W tym czasie kanarek już był w klatce. 
Pierożek wstał, przeciągnął się i zaczął się zastanawiać nad zjawiskiem. 
Wyglądało to tak:  

 

 

Jutro też będzie o ptaszkach. :) 

piątek, 03 maja 2013
You have to let her go.

Nie wystarczą trzy zdania żeby pogodzić się z odejściem Indyczka.
Nie wystarczy tydzień, dwa, pięć.
Nie wystarczy przeglądanie zdjęć i wpisów na Pasionku.

Nadal przygotowuję 5 misek na śniadanie i dziwię się, że jedna zostaje. Nie umiem podzielić jedzenia na cztery koty.
Nie potrafię karmić Futrzastych przysmaczkami, bo patyczki jadła przecież przede wszystkim Mała.
Kiedy wołam
kociaste na kolację, to głos więźnie mi w gardle, gdy dociera do mnie, że Indyk nie jest zamknięty w pokoju z ptaszkami i po prostu nie przyjdzie.
Zamykam drzwi zewnętrzne na dwa zamki, nawet jeśli idę na chwilę do Fordki, bo przecież Mała sobie otworzy i wyjdzie (zrobiła to tylko raz, ale dla mnie wystarczyło).
Blokuję się, kiedy liczę koty (kilka razy dziennie: przy wyjściu z domu, przed włączeniem pralki, zamknięciem balkonu, pójściem spać). Doliczam do czterech i się zawieszam.
Nikt mi nie śpi na głowie, nie budzę się z futrem w ustach, nikt mnie nie budzi o trzeciej nad ranem, "żeby głaskać po wąskach".
Nie ma kota, który bawi się spinaczykami, który poluje na paragony, albo woreczki. Nikt nie drapie nam drzwi i framug do gołego drewna.
Nikt nie spuszcza pawi z szafy (z rozbryzgiem!) albo z pieca.
Nikt z
zapamiętaniem nie liże świeżo założonego na kubełku worka na śmieci.
Nikt mnie już nie sterroryzuje (Mała, to był jedyny kot, który jak na mnie s p o j r z a ł, to wychodziłam z pokoju. Mogłam sobie pozwolić na ten respekt w stosunku do Pani Prezes - bo samiec Alfa od dawna w naszym stadzie jest ustalony).

 

Mała odeszła 22 kwietnia, w Dzień Ziemi, Matki Ziemi, Wszechmatki, Wielkiej Melitele...
Wtedy zatrzymałam jej urodzinowy licznik.
Wiem, że Wielka Melitele dba o mojego Indyczka. Że nikt jej nie niepokoi (Mała lubiła tylko Pierożka), na śniadanie jest niebiańska skrobana wołowinka i że czeka na nas.
Bo przecież kiedyś znowu się zobaczymy, z naszym Pierwszym
Kotem - Małą, od której wszystko się zaczęło.

Dla wszystkich, którzy wsparli mnie słowem (dziękuję Wam), a przede wszystkim dla mojego wspaniałego NzM i dla mojej NzT, której mądre słowa zapadły mi głęboko w duszę - mój Indyczek, moje Maleństwo, na 85 zdjęciach. W większości takich sprzed 10 lat (wpółczesne były na bieżąco na Pasionku), w większości ze swoim ulubionym Pierożkiem, w większości, kiedy Indyczek była młodym kotkiem.

Miłego oglądania - mnie niestety nadal od razu "pocą się oczy" i mam zamazany obraz. :)

21:19, ofczasta
Link Komentarze (8) »
sobota, 30 marca 2013
Za piecem.

Ten wpis miał być o pierzakach, ale udało mi się podsłuchać (to brzydko, wiem) rozmowę dwóch Seniorek grzejących plecki za piecem. :)

O ptaszkach będzie więc następnym razem, a tymczasem...

Fil: Zimno mi.
Mała: Nic dziwnego, w końcu jest zima. Poza tym - gdybyś nie wylizywała sobie brzucha i łap, to byłoby Ci cieplej.



Fil: Bo tak długo ich w domu nie ma!
Mała: Teraz będą, nawet dłużej i częściej niż zwykle. Święta są.



Fil: A to te święta od rybki czy od szyneczki?

Mała: Od szynki, ale ja bym się nie nastawiała...



Fil
: Jak to?

Mała: Bo Kolorowe mówiły - po inspekcji ostatnio przyniesionych zakupów - że żadnej szynki nie kupili.



Fil
: Niemożliwe! Dla Pierożka?!

Mała: Pierożek, Pierożkiem, a słyszałaś co Owca ostatnio mówiła? Że "w tym domu mięso jedzą tylko koty, bo ona w swoim życiu zjadła już wystarczająco dużo zwierząt".



Fil
: I nie kupiła nam szyneczki?!

Mała: Nie kupiła. Słyszałam jak Dwunożni rozmawiali, że "dostajemy najlepsze kocie jedzenie, jakie jest dostępne na rynku", i że jest ze dwa razy droższe niż najlepsza szynka. Więc nie kupili.



Fil: I co teraz?
Mała: Nie wiem, Kolorowe mówiły, że podobno jest dużo sera.



Fil
: Fuj, przecież my nie jemy sera! To może Mama od Rozpieszczania w Wakacje nam coś przyniesie?

Mała: Zapomnij, ona jest fajna i nas lubi, ale przecież ma własne koty. Trzeba poczekać aż Baraniasty kupi nam sopocką. A Ty wyproś u Owcy swojego ulubionego kuraka.
Czekaj, mów mi do ucha, bo Owca się patrzy.

 

Fil: Gdzie idziesz?
Mała: Po jakieś chrupki, bo zgłodniałam od tego wszystkiego.



Fil: To tu ja poczekam na wiosnę. I na tego kuraka.



 

sobota, 23 marca 2013
Rogaliki.

Dzisiaj (za sprawą NzT, która uświadomiła mi tenże fakt) dotarło do mnie, że rok temu o tej porze, to już rowerowaliśmy. O, tutaj jest dowód.

Tymczasem mamy zimę. No chyba, że ktoś uważa, że temperatura w stylu -10, inkluding śnieg, jest charakterystyczna dla pory roku znanej jako wiosna.

W mijającym tygodniu doszłam do wniosku, że już mnie nic nie zdziwi i że już jest tak źle, że lepiej żeby nie było gorzej, bo nie ogarnę.
A potem okazało się, że gdzie tam Owco, bierz na plecy jeszcze trochę, dasz radę. Jak nie, jak tak? Przecież i tak nie masz wyjścia. A masz na dokładkę jeszcze okoliczności przyrody.

W chwili obecnej czekam na dno, bo dwa metry mułu już minęłam. Potem pozostanie się tylko od tego dna odbić.

Znalazłam dzisiaj na stronie z demotywatorami coś takiego:
Jumanji
i bardzo mi się podoba. 

A wpis ma być o rogalikach. Więc komplet pieczywa poniżej:

Pani Prezes

 

Syjam Strachliwy 

 

Biisława Torbiasta

 

Pani Baronowa Pierożek

Lady Amber

Bonusik ;)

 

 

Pragnę dodać, że od dzisiaj (do: aż mi się znudzi) mamy w nagłówku ciasteczka pomarańczowe według przepisu Szarlotki, które przygotowałam (oczywiście nie sama - Baraniasty ugniatał i turlał, a ja wycinałam) na Dzień Kota w bibliotece. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9












Mała
(Indyczek, Królik, Pani Prezes)


Fil
(Pierożek)


Latte
(Kawa)


Amber
(Lady Amber Herbu Tricolor)


Bii
(Biisława, Szylkretka)


Ptaszki


Książki



Wojaże



Koty



Pasionek



Książki o kotach



Decoupage Owcy



Filmy



Krewni i znajomi



Autko



Jedzonko



Modele



Tubka









Licznik odwiedzin:



Gości na stronie: